Nie używałam w życiu zbyt wielu pudrów w kamieniu. Wydawały mi się jakieś niepraktyczne, słabo kryjące i mniej wygodne od podkładów w formie płynnej. Długo stawiałam te dwa produkty na równi i mając do wyboru - puder w kamieniu lub podkład w płynie, wybierałam to drugie. Czasem tylko, jeśli akurat w domu znalazłam jakiś ogryzek po starszej siostrze która z racji miłości do solarium różniła się ode mnie znacznie karnacją, nakładałam ciemniejszy puder w kamieniu pod kości policzkowe, jak bronzer (brązer? jak to się w końcu pisze?).

Puder Eveline Art Make-Up dostałam na spotkaniu blogerskim w Gdyni i początkowo byłam nim przerażona. Już krótki rzut oka na odcień uświadomił mi, że jako bladzioch raczej się z nim nie zaprzyjaźnię... Niestety, wszystkie dziewczyny dostały ten sam odcień - 31 Transparent - więc niezbyt było z kim się zamienić. W nadziei że może na twarzy nie będzie się tak wyróżniał, przystąpiłam do testów - minerałki miałam już praktycznie na wykończeniu, więc i czas trafił się dobry.
Puder ma tradycyjne, plastikowe opakowanie z przezroczystą "zakrętką", która przyklejona jest do drugiej części zawierającej puder za pomocą przezroczystej naklejki. Moim zdaniem nie jest to wystarczające zabezpieczenie produktu - nie zatrzyma ono macacza drogeryjnego, któremu możliwość obejrzenia odcienia jak na dłoni może nie wystarczyć, a opakowanie tak zachęcająco samo otwiera się w dłoni... Powiedzmy sobie szczerze - nikt z nas nie ma ochoty używać kosmetyków, do których ktoś wkładał swoje paluchy i nikt z nas nie ma ochoty zaprzyjaźniać się z czyimiś bakteriami. Zresztą, już na spotkaniu opakowanie samo otworzyło mi się w ręce przy wyjmowaniu go z torby z produktami. Nie ma też żadnego puszka, gąbeczki, jakiegokolwiek aplikatora.
 |
Trochę poharatał się od nakrętki. :( |
Co o produkcie mówi producent:
"MATUJĄCY PUDER MINERALNY Z JEDWABIEM
Ultralekka formuła nie zapycha porów skóry.
Pierwszy puder prasowany marki Eveline Cosmetics wzbogacony kompleksem ANTI-SHINE, który skutecznie matuje i ujednolica cerę.
Delikatna i aksamitna struktura pudru ułatwia jego równomierne rozprowadzanie, doskonale dostosowuje się do struktury skóry oraz nadaje jej świeży, jedwabisto-matowy wygląd.
Puder dostępny jest w 6 półtransparentnych odcieniach, które idealnie stapiają się z kolorytem skóry, kryjąc równocześnie drobne niedoskonałości i przebarwienia."
Skład prezentuje się tak:
Talc - minerał z grupy krzemianów, absorbent, składnik matujący
Titanium Dioxide - dwutlenek tytanu, filtr UV, barwnik stosowany w kosmetykach naturalnych
Ethylhexyl Hydroxystearate - emolient, pochodna kwasu stearynowego (jeden z nasyconych kwasów tłuszczowych)
Mineral Oil - parafina (!)
Theobroma Cacao Seed Oil - olej kakaowy
Camellia Sinensis Leaf Oil - wyciąg z liści zielonej herbaty
Silk - obiecany na opakowaniu jedwab
Phenoxyethanol - (konserwant, niby bezpieczniejsza alternatywa dla parabenów)
Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, dodatkowo nawilża
May contain [+/-] (...) - barwniki
I tu się na chwilę zatrzymam. Uważam, że to wcale nie jest zły skład dla pudru i byłam nim nawet lekko zaskoczona - mineralnym bym go nie nazwała, bo jeśli obecność talku i titanium dioxide czyni kosmetyk mineralnym, to większość cieni i kolorówki na rynku taka jest... ale PARAFINA?! W pudrze, którego "ultralekka formuła" ma nie zapychać porów?! Przecież parafina jest czynnikiem powodującym zapchanie u przynajmniej połowy właścicielek problematycznych cer...
A wspominam go...
...średnio. Ze względu na parafinę w składzie podchodziłam do niego z dość dużą dozą nieufności. Moja cera potrafi trochę gwałtownie reagować na parafinę i raczej nie ma szans, by umknęło to otoczeniu, a pewnie sami wiecie jak denerwujące potrafią być pytania w stylu "Co Ty tu masz?", już nie mówiąc o dyskomforcie własnym.
 |
Niestety, odcina się od skóry. |
Zacznijmy może od odcienia. Moja cera jest raczej jasna, z żółtymi podtonami. Puder jest leciutko od niej ciemniejszy i niestety wpada w pomarańczowe tony. O ile nie mam większych zastrzeżeń do wyglądu pudru na skórze - bo z tym nie jest źle, w trakcie stosowania nie zauważyłam efektu tapety widocznej z kilometra - o tyle kolor nie jest w moim przypadku trafiony. Po nałożeniu na twarz wyraźnie odcina się od szyi i to go u mnie dyskwalifikuje.
Jeśli chodzi o matowanie, owszem - matuje, ale efekt nie utrzymuje się wiecznie. Po około trzech-czterech godzinach radziłabym poprawkę/użycie bibułki matującej.
Zaryzykowałam testowanie go, bo raz że kończyły mi się minerałki, a dwa - byłam go po prostu ciekawa. Dziś wiem, że już po niego nie sięgnę, nawet w jaśniejszym odcieniu. Przez pierwsze kilka dni testowania nawet nie było źle, po tygodniu zostałam już nieźle wysypana. Odstawiłam go na półkę, doprowadziłam się jakoś do porządku i po małej przerwie postanowiłam sprawdzić, czy tym razem skończy się tak samo. Już po dwóch dniach zauważyłam na twarzy krostki... tak więc obietnice o niezapychaniu porów można między bajki włożyć. Dobrze, że przynajmniej trochę kryje i faktycznie łatwo się rozprowadza.
Dla tych z Was, którym parafina w kosmetykach nie przeszkadza, może to być całkiem ciekawy produkt spod znaku Eveline i nie zniechęcam do niego totalnie, bo wiem, jak kapryśna potrafi być moja skóra. Nie zmienia to jednak faktu, że puder się u mnie nie sprawdził i przyznaję mu ocenę 3/6. Więcej po niego nie sięgnę i pokornie uciekam pod skrzydła minerałków Pixie Cosmetics, których otrzymane próbki pokażę wkrótce na blogu.
A Wy macie jakiegoś faworyta wśród takich pudrów?
Pozdrawiam!