Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 września 2016

Nie wszystko złoto... Natura Estonica, linia Hydrating Boost

Hej!

Dzisiejszy post miał ukazać się o wiele wcześniej, a przepraszanie za odstępy w pisaniu powoli staje się tradycją, ale muszę się Wam przyznać, że ostatnio cały świat techniki sprzysiągł się przeciwko mnie. Najpierw padła mi karta SD, na której miałam zrobione na bloga zdjęcia - dlatego też nie kontynuowałam wyzwania kosmetycznego. Później szwankować zaczęła moja komórka, ale na szczęście doszłam z nią do ładu, a teraz - tuż po moim powrocie do Polski (wyjazd do Anglii przedłużył się z dwóch do pięciu tygodni) mój laptop również postanowił zrobić mi pod górę i się zepsuć. Tego posta piszę na laptopie awaryjnym z mooocno rozwaloną obudową (jest z drugiej ręki) i tylko prawą ręką, bo lewą... trzymam monitor, by nie opadł. Najważniejsze jednak, że - mimo grzania się - działa. Jedynie myśl o wiszącej nade mną stracie materiałów na studia (również tyczących się licencjatu) napawa mnie przerażeniem :(

Ponadto ogłoszenie parafialne - jeśli komentujecie, zostawiajcie mi linki do siebie! Po ostatnich zmianach Bloggera ciężko mi potem znaleźć Wasze blogi...

No, ale dość biadolenia - dziś pomiauczę trochę o tej czwórce - czwórce, z którą wiązałam pewne nadzieje, ale cóż... Tak bywa.



poniedziałek, 14 marca 2016

Yves Rocher - woda do demakijażu Pur Bleuet

Po nieciekawych przygodach z różowym płynem micelarnym z Biedronki nabrałam sporo ostrożności, jeśli chodzi o kosmetyki do demakijażu. Nie chcę już powtarzać tego, co przerobiłam z wspomnianym gagatkiem - łzawienie, pieczenie i potoki łez codziennie rano i wieczorem. W zasadzie tęsknię za czasami, kiedy mogłam po prostu umyć twarz wodą i czymś myjącym, co było pod ręką - teraz mając świadomość posiadania bardzo suchej skóry (uparcie ocenianej w przeszłości jako normalna ze skłonnością do przetłuszczania się). którą używanie wody dodatkowo przesuszy, czegoś takiego po prostu nie popełnię - chyba że w ostateczności. Taki stan rzeczy zmusił mnie do poszukiwań idealnego produktu do demakijażu i oczyszczania skóry.



sobota, 13 czerwca 2015

Dermokonsultacje Sylveco i co z nich wynikło

Dziś nieco nietypowo, bo nie będzie ani opisu kosmetyku, ani mojego narzekania na polskie koleje, ani nawet nie będę po raz kolejny podejmować wyzwań w stylu "do sierpnia zrzucę x kg, od dziś zaczynam ćwiczyć'. Dziś przeczytacie o tym, jak to się stało, że z dnia na dzień zmieniłam swoją pielęgnację twarzy.



Marka Sylveco zapewne nie jest Wam obca i nieraz obiła się o uszy (czy też oczy) - jej temat niejednokrotnie był poruszany w blogosferze i przeważnie koleżanki-blogerki wypowiadają się o niej w pozytywnym tonie, wiele z nich zachwyca się tymi kosmetykami ze względu na naturalny skład i działanie. Osobiście (mimo chęci) nie miałam z nimi styczności innej, niż właśnie opisy na blogach aż do dnia 7 maja.

piątek, 10 kwietnia 2015

Krem BB DIY z e-naturalne.pl

Zawsze z zazdrością czytałam posty innych blogerek, które traktowały o samodzielnie robionych kosmetykach. Wydawało mi się to czarną magią, czymś co najmniej na równi z posyłaniem Balroga tam, skąd przyszedł, przez samego Gandalfa. Od jakiegoś czasu ciekawią mnie też kremy BB, ale że ciężko dobrać mi dobrze dopasowany kolor (skóra w żółtym, ale zimnym odcieniu, taka kość słoniowa), pomyślałam "może w końcu zrobię coś sama?" - i BUM, tak powstał Chocapic... to znaczy, pomysł :) Później było już z górki - znalazłam gotowy zestaw do samodzielnego przygotowania kremu BB na stronie e-naturalne.pl (konkretnie ten - klik). Wysyłka nastąpiła bardzo szybko (aż byłam pod wrażeniem), ale i tak zestaw przeleżał w lodówce dobre dwa tygodnie, bo bałam się go ruszyć.

sobota, 14 marca 2015

Mizeria po kociemu... krem do twarzy na dzień Alterra z winogronem i białą herbatą

Pewnego dnia podczas wizyty w Rossmannie trafiłam na coś, o czego istnieniu nie miałam pojęcia. Weszłam tam po słynną pastę oczyszczającą Ziaji, a na półce obok stał... krem na dzień Alterry. Co w tym takiego dziwnego? Ano to, że do tej pory na hasło "krem Alterry" kojarzyła mi się jakaś różowa tubka, która zbierała niespecjalnie dobre recenzje w blogosferze. Krem był akurat w promocji i zapłaciłam za niego jakieś 8,99zł, podczas gdy jego normalna cena to ponoć 13zł.
Prawdę mówiąc, ledwo go zauważyłam. Biały kartonik z całkiem ładną grafiką mimo wszystko nie wyróżniał się za bardzo na sklepowej półce i pewnie gdyby nie ta wielka cena z napisem "PROMOCJA", umknąłby on mojej uwadze. Ale jakoś tak wzięłam do ręki, zaczęłam oglądać... i bum, po krótkiej lekturze składu poleciał do koszyka.

wtorek, 4 listopada 2014

Sucha skóra? Rabarbar i gruszka nadchodzą z odsieczą!

„A ta znowu wariuje...” - pomyślałam pewnego wrześniowego poranka, kiedy – tuż przed egzaminem zawodowym – spojrzałam na swoje odbicie w lustrze w szkolnej łazience.

Odkąd prowadzę bloga, staram się dbać o skórę. Z mniejszymi lub większymi sukcesami, ale jednak. Różne perypetie uświadomiły mi, że moja skóra nie musi być wcale tłusta, a mieszana – a teraz z kolei co rusz zauważałam objawy posiadania cery suchej. Uczucie ściągnięcia, notoryczne suche skórki na nosie, brodzie i policzkach – wszystko to pomimo regularnego stosowania peelingu i codziennie kremu nawilżającego, i to dwukrotnie w ciągu dnia. Żeby było śmieszniej, krem którego wtedy używałam był z tych niemieckich, ekologicznych i obiecywał gładką skórę bez żadnych powierzchniowych trików, zresztą miał też niezły skład. O ile uczucie ściągnięcia skóry i suche skórki dałoby się jeszcze jakoś opanować przy pomocy chociażby kremu i peelingu, o tyle była jeszcze jedna rzecz, która mnie niepokoiła – a mianowicie to, co od jakiegoś czasu robiło się z podkładem mineralnym po mniej-więcej godzinie od nałożenia. Wyglądałam, jakbym porządnie pacnęła twarzą w miskę z mąką – a wcześniej przecież tak nie było, nie używałam tego podkładu po raz pierwszy. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno wystarczająco nawilżam moją skórę? Zapytałam Was na Facebooku, jakie nawilżacze polecacie. Padały różne propozycje z których nie wszystkie niestety mogłam zaakceptować (choćby ze względu na parafinę), ale los chciał, że wygrałam wtedy pewien konkurs. Nagrodą w nim było ekstremalnie nawilżające serum z gruszką i rabarbarem Aquaextrem, wyprodukowane przez bydgoską firmę Apis.


Przyznam, że ucieszyłam się wręcz nieziemsko. Nie dość, że nie miałam nigdy żadnego kosmetyku tego producenta, to jeszcze produkt wydawał się być idealnym remedium na moje problemy! Wiązałam z nim bardzo duże nadzieje – a czy serum ich nie zawiodło, możecie przeczytać poniżej :)

Opakowanie serum mieści 100ml kosmetyku. Jest wykonane z twardszego, nieprzezroczystego plastiku i zaopatrzone w wygodną, niezacinającą się pompkę. Osobiście wystarczała mi jednak połowa pompki – jeśli przypadkowo docisnęłam pompkę do końca, dozowała mi zbyt dużą ilość serum z którą potem średnio miałam co zrobić. Szata graficzna jest dokładnie taka, jaką lubię – nieprzesadzona, ale też nie ascetyczna, a wszystkie potrzebne informacje są umieszczone na tylnej etykiecie dość czytelną czcionką. Serum należy zużyć do 8 miesięcy od jego otworzenia.

Skład:

Aqua – woda;
Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil – olejek z nasion słonecznika;
Glycerin – gliceryna;
Lethicin – naturalny emulgator, wspomaga transport substancji w głąb skóry;
Silk Amino Acids – proteiny jedwabiu utrzymują i przywracają sprężystość i elastyczność skóry, zatrzymują w niej wodę;
D-panthenol – prowitamina B5. Nawilża, przyspiesza gojenie ran i podrażnień;
Glucose – glukoza, działa nawilżająco;
Trilaureth-4-Phosphate – substancja powierzchniowo czynna, zmiękczająca;
Magnesium Pca – sól magnezowa, humektant;
Pyridoxine – witamina B6, chroni przed szkodliwym działaniem promieni UV;
Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie antyoksydantów, zmiękcza, konserwuje;
Carnitine - naturalny składnik wszystkich komórek naszego organizmu, niezbędna przy prawidłowym metabolizmie lipidów;
Ceramide 6 - ceramidy - stanowią główny składnik spoiwa wypełniającego przestrzenie międzykomórkowe w warstwie rogowej naskórka;
Saccharomyces Cerevisiae Extract – drożdże, świetnie dotleniają skórę;
Glucose - glukoza, działa nawilżająco;
Hydrolized Silk – znów proteiny jedwabiu;
Coco-Caprylate/ Caprate – emolient;
Sodium Hyaluronate – kwas hialuronowy;
Pyrus Communis Fruit Extract – ekstrakt z gruszki;
Rheum Rhaponticum Root Extract – ekstrakt z rabarbaru;
Cetearyl Alcohol – natłuszczacz;
Ceteareth-20 - emulgator, nie wolno nanosić go na uszkodzoną/podrażnioną skórę;
Carbomer – reguluje lepkość kosmetyku, tworzy film na skórze;
Triethanolamine - chemiczny regulator pH, powoduje reakcje alergiczne;
Algae Extract – wyciąg z alg;
Argania Spinosa Oil/Argania Spinosa Kernel Oil – olejek arganowy;
Butyrospermum Parkii – masło shea;
Aloe Extract – wyciąg z aloesu;
Phenoxyethanol – półsyntetyczny środek konserwujący, coraz częściej używany w kosmetyce naturalnej;
Caprylyl Glycol – zmiękcza, wygładza, tworzy warstwę okluzyjną;
PEG-8 – glikol propylenowy, substancja nawilżająca. Zapobiega krystalizacji produktu;
Tocopherol – witamina E, działa kojąco i łagodząco na skórę i jej ewentualne stany zapalne, działa też jak konserwant;
Ascorbyl Palmitate – pochodna witaminy C, rozjaśnia, zmniejsza przebarwienia, działa przeciwrodnikowo, regeneruje witaminę E w skórze, do tego wit C jest niezbędna w syntezie kolagenu;
Ascorbic Acid – antyoksydant, spowalnia zewnętrzne starzenie się skóry, chroni przed promieniami UV;
Citric Acid – kwas cytrynowy, wspomaga działanie antyoksydantów, używany jako konserwant, substancja zmiękczająca, przeciwutleniacz;
CI 19140, CI 42090 - barwniki
Parfum – kompozycja zapachowa


No co tu dużo mówić – cud, miód i orzeszki... Serum ma wyjątkowo bogaty skład i przyznała to sama Arsenic, kiedy poprosiłam ją o opinię w czasie jej akcji czytania składów :) Jest trochę substancji czerwonych i pomarańczowych, ale bez przesady – a i ja guru w analizowaniu składów nie jestem (jak widzicie jakieś błędy, to mnie poprawcie). Dziwi mnie też, że niektóre się powtarzają.
Zauważyłam też jedną ciekawą rzecz – wiele firm chwali się zawartością olejku arganowego umieszczeniem-możliwie-największych-informujących o tym napisów na opakowaniach swoich kosmetyków, a tu... cisza. Na froncie buteleczki z dumą prezentuje się gruszka i rabarbar, ale o olejku arganowym, maśle shea czy algach można dowiedzieć się jedynie po odwróceniu butelki i zajrzeniu do opisu/składu. W moim przypadku najpierw spojrzałam na skład :) Żadnych wielkich złotych liter...  To prawie jak odpakowywanie prezentu na święta – i to wszystko w cenie około 35zł :)

Rozpisałam się na temat buteleczki, składu, a teraz czas na opis doświadczeń empirycznych. Może dziwnie to zabrzmi, ale serum ma naprawdę przyjemny, świeży, kwaskowato-owocowy zapach i jaśniutko-zielony kolor, czego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu. Konsystencja jest wodnista jak na serum przystało, przez co bardzo łatwo się rozprowadza. Nie wchłania się może natychmiastowo, ale też nie zdarzyło mi się spóźnić przez nie na pociąg ;) Myślę, że tak koło kilku sekund, choć bywały dni kiedy czułam, jak przy aplikacji na twarzy znika mi spod palców. Pewnie ten konkretny parametr zależy od skóry. Do tego serum nie jest negatywnie nastawione do makijażu i dobrze z nim współgra. Początkowo stosowałam je dwa razy dziennie, rano i wieczorem, ale później ograniczyłam stosowanie do jednego razu dziennie. 

Powiem krótko – nie rozstanę się z nim. Po prostu nie oddam i już! Mam co prawda w planach przetestowanie innego serum, ale muszę przyznać że tym produktem Apis zyskał w moich oczach wiele i na pewno do niego wrócę. Uczucie ściągnięcia pojawia się obecnie jedynie po myciu twarzy (podejrzewam za mocne myjadło), a suchym skórkom mogę co najwyżej pomachać chusteczką na pożegnanie. Moja skóra zyskała ładny, promienny wygląd, jest gładsza, miękka, nawet nieco lepiej napięta, a przede wszystkim – dużo lepiej nawilżona i to naprawdę czuć. Zniknął też problem z dziwnym zachowaniem podkładu mineralnego...
Zabawną rzeczą jest to, że mam na czole „początkującą” zmarszczkę mimiczną i odkąd rozpoczęłam stosowanie tego serum, widać ją trochę mniej. Ot, potęga porządnego nawilżenia!

Serum podbiło kocie serducho i w związku z tym Kotu nie pozostaje nic innego jak przyznać ocenę 6/6 i tytuł kociego ulubieńca :) Polecam każdemu, kto boryka się z problemem suchej/odwodnionej skóry!

Pozdrawiam :)

PS: Ochy i achy Kota spowodował nie fakt wygrania kosmetyku w konkursie, a jego rzeczywiste działanie.

sobota, 28 czerwca 2014

Płyn micelarny Dermedic Hydrain3 Hialuro

Witajcie! :)

Wiem, miałam być tu częściej... ale niestety, egzamin E.14 okazał się silniejszy ode mnie. Mimo całkiem ładnie zdanej teorii prawdopodobnie zawaliłam praktykę :( Na egzaminie było to, czego nie mieliśmy w szkole. Na szczęście mogę poprawić ją w innym terminie. :) Jutro zakończenie roku szkolnego, tak więc żadnych egzaminów aż do września. Brzmi super. :)
Jak widzicie, na blogu troszeczkę się pozmieniało od strony wizualnej. Obecny wygląd nieco odbiega od mojej wizji (i prawdę mówiąc nie wiem, czy poprzedni nie był lepszy), więc w najbliższym czasie mogą jeszcze pojawiać się drobne zmiany - na pewno będę siedzieć nad nagłówkiem, bo nie mam pojęcia dlaczego tak się rozmył... Mam jednak nadzieję, że teraz jest bardziej czytelnie, a czerwony kolor nie męczy już tak bardzo Waszych oczu :) I żeby nie było, że nauka w policealnej poszła w las - ten mały, wysuwany panelik Facebooka który macie po prawej jest moim dziełem :) Jakoś żaden samouczek nie chciał działać, więc byłam zmuszona skorzystać z umiejętności nabytych na zajęciach. Wiem że to nic, ale... jakoś taka dumna z niego jestem :D
Jeśli macie jakieś zastrzeżenia do wyglądu bloga, piszcie :) Postaram się ogarnąć go tak, by było ładnie i przejrzyście jednocześnie :)

Przechodząc do głównego tematu tego posta (postu?) - dziś chciałabym pokazać Wam płyn micelarny, którego używałam w ostatnim czasie. Opakowanie po nim spoczywa już w denkowym pudełku więc troszkę ślizgnęłam się z recenzją, ale mam nadzieję że mi to darujecie :)

Płyn micelarny Dermedic Hydrain3 Hialuro trafił do mnie za sprawą wyprzedaży kosmetycznej u jednej z blogerek. Znałam już wcześniej tę markę, jednak jakoś ominęły mnie micele spod ich szyldu - a że akurat potrzebowałam nowego, ciekawość zwyciężyła. Stałam się posiadaczką przezroczystej buteleczki o pojemności 200ml, zakończonej wciskanym korkiem, opatrzonej stonowanymi kolorystycznie, przejrzystymi etykietami i - co najważniejsze - pełnej przezroczystego płynu, który od tej pory miał dbać o moją odwodnioną skórę.

Pierwszą rzeczą, jaka zwraca uwagę po zaaplikowaniu produktu na wacik jest jego woń. Wyraźnie wyczuwalny, świeży zapach, który mi jednoznacznie skojarzył się z ogórkiem i absolutnie nie przeszkadzał mi w używaniu tego płynu. Konsystencja jest wodnista (cóż, jaka ma być inna w przypadku płynu micelarnego...), zaś sam płyn jest idealnie przejrzysty. Żadnych tańczących drobinek czy innych tego typu cudów. :)

Producent pisze...

"Płyn micelarny H2O zmywa makijaż i wszelkie zanieczyszczenia, pozostawiając uczucie świeżości i czystości - micele estrów kwasów tłuszczowych `przyciągają` zanieczyszczenia bez potrzeby nadmiernego tarcia skóry wacikiem.
Nie podrażnia oczu - hypoalergiczny - czystość, jaką daje woda termalna nie powoduje podrażnień.
Nie wysusza skóry - Hyaluronic Acid - kwas hialuronowy, kompleks Hydroveg VV - zmiękczają i utrzymują nawilżenie warstwy rogowej skóry.
Nie zatyka porów. Jest neutralny dla oczu. 
Nie pozostawia filmu na skórze."

Cena: około 12zł/200ml


Skład - czyli co mu tam pod maską siedzi:

Aqua - woda;
Glycerin - gliceryna, działa osłonowo, łagodzi, nawilża, wygładza;
PEG-7 Glyceryl Cocoate - substancja renatłuszczająca pochodzenia naturalnego, w produktach spłukiwanych nie podrażnia, ale w pozostających na skórze może podrażnić, jeśli stężenie przekracza 10%;
Sodium Hyaluronate - substancja silnie nawilżająca;
Urea - mocznik, poniżej 10% działa nawilżająco, powyżej - złuszczająco i reguluje rogowacenie skóry;
Diglycerin - nawilżacz;
Sodium PCA - w zależności od pochodzenia: naturalne - substancja hydrofilowa, filmotwórcza, humekant, syntetyczne - może wywoływać silne reakcje alergiczne;
Hydrolyzed Wheat Protein - hydrolizat protein pszenicy, mocno nawilża, tworzy na powierzchni skóry film;
Sorbitol - nawilżacz, wiąże wodę na powierzchni naskórka;
L-Lysine - humekant;
Allantoin - goi, koi, likwiduje podrażnienia;
Lactic Acid - kwas mlekowy, regulator pH, nawilżacz,
PEG-40 Hydrogenated Castor Oil - chemicznie zmieniony olej rycynowy, bez korzyści dla skóry, emulgator;
Parfum - kompozycja zapachowa;
Dehydroacetic Acid - konserwant, może uczulić;
Benzyl Alcohol - konserwant

Nie wiem dlaczego, ale początkowo jakoś nie miałam zaufania do składu. Po analizie okazuje się on jednak pozytywnym zaskoczeniem... Ciekawi mnie czy zastosowane w tym płynie Sodium PCA jest pochodzenia naturalnego czy syntetycznego, ale poza tym - kurczę... Moim zdaniem niezbyt jest o co się czepiać :)

Wrażenia z używania:

Muszę przyznać, że miło wspominam ten produkt. Buteleczka o pojemności 200ml wystarczyła mi na ponad miesiąc testów przy częstotliwości używania 2x dziennie (choć zdarzało mi się wyrabiać 50% normy ;) )
Miał problemy ze zmywaniem mocniejszego makijażu (a u mnie mocny makijaż oka to norma), ale z mniejszymi wyzwaniami radził sobie bardzo dobrze. Zresztą - dłuższe przytrzymanie nasączonego wacika przy oku z reguły rozwiązywało problem. Wyraźnie służył mojej skórze - była gładka, nawilżona, oczyszczona, a po przetarciu płynem zyskiwała blasku i była lekko rozjaśniona. Świetnie łagodził uczucie ściągnięcia, jakie pojawia się u mnie po myciu twarzy i - tak jak obiecywano - nie zapchał, nie podrażniał, a oczy zachowywały się jakby go nie było. Dodatkowym plusem jest przyjemny, ogórkowy zapach który przypadł mi do gustu i kojarzył się ze świeżością. Podsumowując - fajny micel w dobrej cenie. Jedyne o co mogłabym się przyczepić to fakt, że potrafił zostawiać na skórze lekko lepką warstwę - jednak to nie pierwszy micel który tak u mnie działa... Może po prostu używam zbyt dużej ilości?

Tak czy inaczej - chcę wypróbować jeszcze płyn micelarny innej firmy, ale do Dermedic Hydrain3 Hialuro z pewnością jeszcze wrócę!


Ocena Kota:
5/6

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego weekendu! :)

sobota, 7 czerwca 2014

Kalina, Krem-korektor do twarzy Czysta Linia z wyciągiem z rokitnika i porzeczki

Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek była bardzo wybredna względem kremu do twarzy. Nie zaglądałam w składy (zresztą i tak były dla mnie ciągiem niezrozumiałych literek), irytujący był też fakt bycia wysypaną po niemal każdej próbie używania kremu przez dłuższy czas. Nie wiedziałam wtedy, że parafina może być tego powodem. Ślepo wierzyłam producentom, co potem kończyło się często odstawieniem kremu na półkę i to było ostatnie miejsce, w którym go widziano. Zmieniło się to, odkąd jestem stałym gościem w Blogosferze. Nauczyłam się kilku rzeczy - przede wszystkim zwracać uwagę na skład. Dzięki temu od dłuższego czasu niespodziewajki odwiedzają mnie rzadziej niż bywało to wcześniej, a i znajomy jest mi wdzięczny za zasugerowanie mu zmiany szamponu na taki bez Cocamidopropyl Betaine w składzie po tym, jak opisał objawy podobne do alergii na powyższe. 

Kiedy ten krem trafił w moje ręce jako część zawartości pudełeczka PinkJoy ,od razu zajrzałam do składu i ucieszyłam się nie widząc w nim parafiny. Miałam wtedy inny otwarty krem do zużycia, a nie lubię mieć otwartych zbyt wielu kosmetyków pielęgnacyjnych naraz (terminy ważności...), krem musiał poczekać na swoją kolej. Jak widzicie, w końcu się doczekał :)

Opis na kartce dołączonej do PinkJoy był następujący:
"Krem do twarzy przygotowany na bazie kompozycji ziołowej z dodatkiem wyciągu z porzeczki i rokitnika. Określany przez producenta mianem "korektora twarzy" ze względu na właściwości ukierunkowane na przywrócenie skórze młodego i promiennego wyglądu. Formuła kremu ma zapewnić skórze gładkość i blask, uelastycznić, zmniejszać widoczność zmarszczek oraz zapobiegać powstawaniu nowych. Polecany szczególnie dla skóry dojrzałej jako krem do codziennego stosowania w celu poprawy ogólnej kondycji skóry. Idealnie nadaje się również dla młodej skóry jako krem przeciwzmarszczkowy."

Kosmetyk mieszka sobie w ładnej, miękkiej zielonej tubce z szeroką nakrętką, na której można go spokojnie postawić. Nie napotkałam na żadne problemy z wydobyciem kosmetyku, tubka jest wyprodukowana z miękkiego plastiku i każdy da jej radę (mi udało się nawet ją lekko zmasakrować). Widywałam co prawda bardziej eleganckie opakowania, ale to też nie prezentuje się najgorzej postawione w łazience ;) Po otworzeniu tubki krem należy zużyć w przeciągu sześciu miesięcy.


Sam krem nie wyróżnia się szczególnie na pierwszy rzut oka. Krem jak krem - nie jest tak gęsty byśmy mieli problem z aplikacją, ale nie jest też rzadką emulsją spływającą po dłoniach w trakcie aplikacji. To, co go wyróżnia, to zapach. Krem pachnie absolutnie cudownie, bardzo ziołowo. Zdaję sobie sprawę że nie wszystkie z Was lubią takie zapachy, ale akurat ja wolę taki zapach niż słodko-mdłe pudrowe nuty zapachowe. :)

Skład:
Aqua (woda), Zea Mays (Corn) Oil (olej z kukurydzy), Glyceryl Stearate (zmiękczacz, nieszkodliwy ale wrażliwców może podrażniać), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Isopropyl Myristate (substancja otrzymywana z kwasów tłuszczowych. Nawilża, chroni, natłuszcza, wygładza. W dużych stężeniach podrażnia skórę i błony śluzowe wywołując swędzenie), Ethylhexyl Stearate (filmotwórczy emolient, zmiękcza), Cyclopentasiloxane (silikon lotny, wygładza), Butyrospermum Parkii (masło shea), Dimethicone (silikon, wygładza), Potassium Cetyl Phosphate (emulgator pochodzenia roślinnego), Sorbitol (nawilżacz, wiąże wodę na powierzchni naskórka), Hiphophae Rhamnoides Fruit Juice (wyciąg z owoców rokitnika), Hipophae Rhamnoides Oil (olej rokitnikowy), Ribes Nigrum Leaf Extract (ekstrakt z liści czarnej porzeczki), Urtica Diotica Leaf Powder (sproszkowane liście pokrzywy zwyczajnej), Chamomilla Recutita Flower (kwiat rumianku), Achillea Millefolium Extract (wyciąg z krwawnika pospolitego), Hypericum Perforatum Flower/Leaf/Stem Extract (wyciąg z dziurawca zwyczajnego), Creatine (dodaje energii, przyspiesza syntezę keratyny i kolagenu), Allantoin (goi, koi, likwiduje podrażnienia), Niacinamide (witamina B3), Acrylates /C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (niestety, nie mam pojęcia...), Triethanoloamine (chemiczny regulator PH, lubi uczulać, podrażniać, stosowany przez dłuższy czas może być toksyczny), Peg-40 Hydrogenated Castor Oil (chemicznie zmieniony olej rycynowy, bez korzyści dla skóry), Cera Alba (wosk pszczeli), Disodium EDTA (stabilizator pochodzenia chemicznego, często zanieczyszczony konserwant), Alcohol (tu jako naturalny konserwant, może wysuszać), Phenoxyetanol (niby bezpieczniejsza alternatywa dla parabenów), Methylparaben (konserwant), Propylparaben (konserwant), Ethylparaben (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa).

Nie jest idealnie, zdecydowanie nie jest. Nie jestem przekonana do stosowania silikonów w takich kosmetykach jak krem do twarzy. Tutaj zastosowano je jako wygładzacze skóry i teoretycznie pozbywamy się ich w trakcie mycia twarzy, ale kurczę - po co? Do tego Triethanoloamine, który,  jeśli dobrze pamiętam (a jeśli nie, to mnie poprawcie) ułatwia transport substancji w głąb skóry poprzez zwiększanie jej przepuszczalności (ale wszystkich - nie tylko tych dobrych). Zmieniony chemicznie olej rycynowy który i tak nie daje nam żadnej korzyści, Disodium EDTA które jest akurat groźniejsze w razie spożycia niż stosowania na skórę, ale i tak lepiej unikać. Alkohol, podejrzewam, jako naturalny konserwant - okej, ale po co za nim stadko innych konserwantów, w tym parabenów? Jakoś nie mam zaufania do mieszanin takich substancji.
Żeby nie było, że marudzę - czerwonych substancji jest dziewięć, żółtych cztery, a krem ogółem liczy sobie coś ponad trzydzieści składników. Nie ma co narzekać, bo dobrocie są, jest ich dużo i wysoko w składzie. Sądząc po tym, że kompozycja zapachowa znajduje się na końcu składu, to pewnie im zawdzięczamy ten świetny zapach.

Jak sprawdził się w polu?
Dość dobrze, ale nie obędzie się bez zastrzeżeń. Przede wszystkim - krem mnie nie zapchał, i już tutaj ma pierwszy plus. Drugim jest zapach i szybka wchłanialność - nie musiałam długo czekać z nałożeniem makijażu. Nie ocenię działania przeciwzmarszczkowego bo zwyczajnie nie mam na czym tego testować (i obym jeszcze dłuższą chwilę nie miała :D), ale z wygładzaniem skóry mimo zawartości silikonów było trochę słabo. Po aplikacji kremu mogłam wręcz wyczuć je na skórze - trochę dziwne uczucie, a i tak skóra nie wyglądała na wygładzoną. Pomimo tego że krem nieźle nawilżał, nie do końca było to nawilżanie wystarczające dla zaspokojenia potrzeb mojej skóry i często czułam, że moja cera "nie napiła się" wystarczająco. W trakcie stosowania pojawił się też problem z suchymi skórkami na nosie - zrozumiałabym coś takiego w zimę, ale wiosną?

Moim zdaniem krem-korektor to zbyt szumne określenie, choć kto wie - może u kobiet borykających się z problemem zmarszczek czyni cuda. U mnie widocznych cudów nie było, ale sięgnęłabym po ten krem ponownie z racji wielu roślinnych dobroci. Krem miał być ziołowy i zdecydowanie jest ziołowy - z chemiczną domieszką, ale wciąż.

Oceniam na 3+/5 :)

Jak spędzacie weekend? U mnie niestety nauki do egzaminów ciąg dalszy... :(
Pozdrawiam!

czwartek, 8 maja 2014

Zakochany Kot, czyli nawilżający krem odprężający Tołpa Dermo Face Hydrativ

Jak zapewne niektóre z Was pamiętają, jakiś czas temu cera Kota wypowiedziała wojnę parafinie i bardzo dobitnie okazywała swe niezadowolenie, zmieniając swoją nieświadomą faktu właścicielkę w ludzką wersję czerwonego muchomora - z tym wyjątkiem, że tu były czerwone kropki na jasnym tle, nie odwrotnie. Kiedy wreszcie dotarło do mnie o co może chodzić, uśmiechnęło się do mnie szczęście - wygrałam w zimowym rozdaniu Jaskółki krem, i to nie byle jaki! Nawilżający krem odprężający Dermo Face Hydrativ ciekawił mnie okrutnie, zwłaszcza że firmę Tołpa znałam jedynie z Waszych blogowych postów. Ale chwila, moment... czy ja w ogóle pochwaliłam się Wam wygraną? Jeśli nie, to przepraszam najmocniej za tę zbrodnię! Dostałam wtedy mnóstwo wspaniałości - aż mruczałam! Wspomniany krem, farbę do włosów (którą zdążyłam już zużyć) i maaasę próbek :) Dzięki, Jaskółko! Wiem że późno, ale podobno lepiej późno niż później :)

Wracając do tematu postu - przypadło mi do gustu opakowanie kremu. Ładna, aluminiowa, nadająca się do recyklingu tubka mieszcząca 40ml kremu jest plusem również dlatego, że nie zasysa powietrza i bakterii, dzięki czemu krem jest dłużej wolny od wątpliwych atrakcji za nimi idących - choć przyznam bez bicia że raz czy dwa udało mi się zassać trochę powietrza do środka tubki. Duża nakrętka umożliwia też bezproblemowe postawienie kremu w pozycji pionowej. Jest jeden minus - jak nam się tubka zabrudzi, ciężko ją doczyścić, dlatego przepraszam za stan tubki na zdjęciach. Ile bym nad nią nie siedziała, ona i tak uparcie nie chciała dać się całkowicie doczyścić :(
Krem dostałam już bez kartonowego pudełka, więc ciężko ocenić mi w pełni szatę graficzną produktu, ale podoba mi się kilka rzeczy w projekcie graficznym tubki. Etykieta jest przejrzysta, znajdziemy na niej wszystkie potrzebne informacje dotyczące kremu. Z tyłu znalazło się też miejsce na krótki opis i sposób użycia :)

Opis producenta: 
"Nasz dermokosmetyk uzupełnia poziom nawilżenia skóry i działa odprężająco. Intensywnie nawilża, odżywia i uelastycznia. Łagodzi podrażnienia i przywraca komfort. Relaksuje skórę i eliminuje oznaki stresu. Wspomaga regenerację mikrouszkodzeń i odbudowę bariery ochronnej. Zabezpiecza przed negatywnym wpływem środowiska i wolnych rodników."

A w składzie czają się...
Aqua (woda), C12-C15 Alkyl Benzoate (emolient, mieszanina składników syntetycznych uzykiwanych m.in. z ropy naftowej, stosowany zamiast naturalnych lipidów), Octocrylene (filtr chemiczny, jedyny używany w kosmetykach naturalnych), Glycerin (działa osłonowo, łagodzi, nawilża, wygładza), Polysilicone-15 (Filtr UV, chroniący skórę przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego, dozwolony do 10%), Biosaccharide Gum – 1( fucogel - pochodzenia roślinnego, mieszanina naturalnych węglowodanów, otrzymywany jest z kukurydzy i soi, substancja o długotrwałym i głębokim nawilżaniu, przez co skóra nie wysusza się i jest gładka, wpływa wyraźnie rewitalizująco i stymulująco na skórę, osłabia reakcje alergiczne i koi podrażnienia), Butyl Methoxydibenzoylmethane (jeden z najczęściej stosowanych filtrów UV, niestety niefotostabilny - stabilizuje go towarzystwo Octocrylene), Ethylhexyl Palmitate (stabilny emolient tłusty, nawilża, zmiękcza i wygładza skórę, tworzy warstwę okluzyjną), Propanediol (naturalny konserwant, nawilżacz, emulgator, poprawia konsystencję), Peat Extract (wyciąg z torfu, pochodzi ze skał osadowych bogatych w kwasy huminowe, minerały, celulozę; znany też jako borowina), Hydroxyethyl Urea (nawilżacz, zmiękcza, utrzymuje wilgotność), Aluminum Starch Octenylsuccinate (pochodzenia mineralnego, regulator lepkości, nierozpuszczalne w wodzie, pozostawia na skórze film), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Saccharide Isomerate (zmiękczacz, emolient, długotrwale nawilża), Caprylyl Glycol (zmiękcza, wygładza, tworzy warstwę okluzyjną), Stearic Acid (stabilizator emulsji, ułatwia docieranie substancji aktywnych w głębsze warstwy skóry), Parfum (kompozycja zapachowa), Cetyl Alcohol (emolient, stabilizator emulsji, zmiękcza, wygładza), Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract (wyciąg z kiełków pszenicy), Saccharomyces Cerevisiae Extract (drożdże), Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy, bardzo silny nawilżacz), Salvia Sclarea Extract (ekstrakt szałwii muszkatołowej), Tocopheryl Acetate (antyoksydant, syntetyczna wit. E), Ceteareth-20 (emulgator), Sodium Polyacrylamide (tu nie mam pojęcia, jeśli ktoś wie proszę o korektę), Xanthan Gum (stabilizator, zagęstnik, nie wchodzi w konflikty ze skórą), Magnesium Aluminum Silicate  (składnik absorbujący i wygładzający skórę, polepszający optycznie jej wygląd, nieszkodliwy), Potassium Phosphate (kolejny składnik na temat którego nie mogę nic znaleźć, ktoś wie?), Carbomer (reguluje lepkość, tworzy film na skórze), Disodium EDTA (stabilizator pochodzenia chemicznego, często zanieczyszczony konserwant), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu, regulator PH)

Skład wygląda na zupełnie nienajgorszy. Nie mam pewności czy dobrze zanalizowałam wszystkie składniki, ale mimo wszystko są tu tylko dwie potencjalnie niefajne substancje. Nie jest źle :) Zgodnie z obietnicą producenta: 0% alergenów, sztucznych barwników, PEG – ów, oleju parafinowego, konserwantów (parabenów i donorów formaldehydu). Podoba mi się to, zwłaszcza że w składzie można też znaleźć obiecane dobrocie :)


A jak wspominam używanie?
Pokochałam ten krem od pierwszego użycia. Idealna konsystencja i świetne działanie łagodzące. Co prawda zdecydowanie nie wchłaniał się do matu i bywało, że świeciłam się po nim niczym żaróweczka, ale za to pięknie nawilżał skórę i koił podrażnienia. Moja skóra jakby porzuciła focha i stała się gładka i promienna. Nic w tym kremie nie zdołało jej zapchać. Jedynym maleńkim minusem było to, że zapach kremu - całkiem przyjemny i delikatny, ale jednak - pozostawał na moich dłoniach po aplikacji i zmuszało to do mycia rąk po każdym użyciu.


Po raz pierwszy w jakże krótkiej historii tego bloga mam przyjemność przyznać kosmetykowi najwyższą ocenę - 5/5 :) Myślę, że wrócę do niego jeszcze nie raz i nie dwa!

A teraz lecę, czeka mnie codzienny trening... W końcu się zobowiązałam, prawda? :)

Pozdrawiam!

PS: Obiecuję, że znajdę lepsze tło do zdjęć ;)

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Teebaum, Pianko-żel do mycia twarzy z rosyjskiego pudełka PinkJoy

W czasie deszczu koty się nudzą, a tak się składa że dziś pada jak z cebra, do tego przez kilka ostatnich dni miałam dostęp do internetu jedynie przez komórkę która pamięta daawne czasy (w tym miejscu serdecznie "pozdrawiam" pewnego dostawcę internetowego), nie mówiąc już o lekcjach w szkole. Miałam mały problem z wyborem, o czym chciałabym dziś Wam napisać. Wahałam się pomiędzy kolorówką, aktualizacją włosową, nowościami a tym właśnie żelem do twarzy, ale ostatecznie padło na niego.

Pianko-żel Teebaum białoruskiej firmy Belkosmex trafił do mnie w rosyjskim pudełko PinkJoy. Ucieszyłam się z niego, bo akurat nie miałam żadnego takiego produktu - miałam za to taaakie problemy z cerą... Przystąpiłam do testowania praktycznie zaraz po otrzymaniu paczki. :)
Żel jest na stałe zameldowany w białej, estetycznej tubce zakręcanej szeroką, dużą zakrętką, na której można spokojnie tubkę postawić. Tubka nie jest przezroczysta, więc ilość pozostałego żelu musimy oceniać na wyczucie. Wszystko oprócz składu opisane jest cyrylicą (nie do pomyślenia przy białoruskim kosmetyku, prawda? ;D) i jedyny polski akcent stanowią karteczki naklejone na opakowanie przez panie z PinkJoy - szkoda tylko, że karteczki nie lubią się z wodą, co widać na załączonym poniżej obrazku.

Oto, co można przeczytać o produkcie na karteczce dołączonej do PinkJoy'a:

"Specjalnie zaprojektowana formuła określana przez producenta mianem pianko-żelu do mycia twarzy. Delikatnie i skutecznie oczyszcza twarz, usuwa nadmiar sebum, a dzięki zawartości olejku z drzewka herbacianego przywraca równowagę nawet wrażliwej i problematycznej skórze. Dodatkowo wyciąg z nagietka zapobiega występowaniu podrażnień oraz stanów zapalnych skóry."

Pianko-żel przeznaczony jest do cery trądzikowej, problematycznej. Nie znalazłam danych na temat ceny, ma być dostępny w sklepie PinkJoy.

Skład:
Aqua (woda), Sodium Laureth Sulfate (silny środek myjący), Glycerin(nawilża, łagodzi), Hydroxypropyl Guar (antystatyk, zagęstnik, stabilizator emulsji), Coco-Glucoside (emulgator, substancja myjąca pochodzenia naturalnego), Sodium Cocoamphoacetate (łagodny środek myjący pochodzenia naturalnego), Glyceryl Oleate (emulgator, nawilża i utrzymuje wilgoć), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil (olej z liści drzewa herbacianego, działa antybakteryjnie), Calendula Officinalis Flower Extract (ekstrakt z nagietka, działa bakteriobójczo, przeciwzapalnie i wspomaga gojenie ran), PEG-40 Hydrogenated Castor Oil (chemicznie zmieniony olej rycynowy, bez korzyści dla skóry), Trideceth-8 (substancja myjąca), Propylene Glycol (humektant, ułatwia transport substancji w głąb skóry), Parfum (kompozycja zapachowa), Sodium Hydroxymethylglycinate (konserwant), Citric Acid (zmiękczacz, konserwant, przeciwutleniacz), Disodium EDTA (stabilizator pochodzenia chemicznego, często zanieczyszczony konserwant), CI 42090 (barwnik), CI 19140 (barwnik), Limonene (składnik kompozycji zapachowej)

Z opisu wynika, że żel może być używany nawet przez osoby o wrażliwej skórze, ale ten SLS na samiuśkim początku składu średnio mnie do tego przekonuje. Co do dwóch składników (Hydroxypropyl Guar i Sodium Hydroxymethylglycinate) nie mam pewności, ale dobrą rzeczą jest że żel faktycznie zawiera olejek z liści drzewa herbacianego i ekstrakt z nagietka. Skład może nie zachwyca do końca, ale moim zdaniem mogło być gorzej.

Jak mi się go używa?
Muszę przyznać, że bardzo dobrze. Jest w miarę wydajny, o dziwo nie podrażnia mi skóry (mimo że mam cerę mieszaną w stronę suchej), do tego zauważyłam że niespodziewajki szybciej się goją gdy go stosuję. Nie przesusza zbytnio, choć pojawiało się u mnie uczucie lekkiego ściągnięcia - krem i po sprawie. Kiedy pierwszy raz zajrzałam do składu spodziewałam się, że nie polubię się z tym kosmetykiem - ze zdziwieniem przyznaję, że stało się inaczej. Niemniej uważam że nazwę "pianko-żel" producent wziął sobie z kosmosu, ponieważ kosmetyk ma formę zwykłego żelu, widocznego zresztą poniżej. Przy myciu twarzy jedynie leciutko się pieni i moim zdaniem to za mało, by nazwać produkt pianko-żelem.


Żel jest transparentny o lekkim żółto-zielonym zabarwieniu, całkiem przyjemnym dla oka jak już się je dostrzeże. Niestety, zapach może odrzucać. Osobiście bardzo mi się podoba, ale jest mocny i ciężki do określenia, więc nie każdemu przypadnie do gustu. Mi kojarzy się z roślinami i ziemią po deszczu, ale kto go tam wie...

Podsumowując, powrót do tego kosmetyku w przyszłości uważam za całkiem możliwy, jeśli nie znajdę niczego lepszego - a wciąż jestem w fazie poszukiwań :)

Oceniam na 4/5 :)

Pozdrawiam!




poniedziałek, 10 marca 2014

Hardkorowo... czyli peeling do twarzy "Czysta Linia"!

Witajcie!

Na początku tego posta chciałabym Was przeprosić za moją kilkudniową nieobecność. Musiałam się też trochę pozbierać po tym, co zobaczyłam parę dni temu, a w weekend miałam zjazd w szkole. Te z Was, które lubią profil bloga na Facebooku pewnie kojarzą, o co chodzi z tym, co zobaczyłam... W telegraficznym skrócie mogłabym napisać, że złapałam focha na cały świat w związku z okrucieństwem, jakie spotkało pewnego małego kotka. Nie godzę się, nigdy się nie godziłam i nigdy się nie zgodzę na okrucieństwo wobec zwierząt, stąd to co zobaczyłam dosłownie mnie załamało. Ale dość już o tym... Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.

Zmieniając temat na mniej ponury - powyższy materiał na zupełnie inny post - dziś chciałabym pokazać Wam peeling do twarzy Czysta Linia, który dostałam w limitowanej edycji pudełka PinkJoy. 

Od producenta:

"Zawarte w peelingu drobiny pestek moreli wygładzają i delikatnie stymulują regenerację komórek skóry, a rumianek pomaga zmniejszyć podrażnienia i zaczerwienienia. Skóra staje się dokładnie wygładzona, oczyszczona i lepiej wchłania składniki zawarte w kremach czy maseczkach."

Opakowanie:

Peeling mieszka sobie w ładnej, zielonej tubeczce o pojemności 50ml. Niestety nie potrafię czytać cyrylicy więc niewiele Wam powiem odnośnie tego co jest na tubeczce napisane. Problematyczne jest to, że tubka nie jest przezroczysta i nie widać ile jeszcze produktu zostało, ale myślę że w przypadku peelingu da się to przeżyć.
Otwór tubki jest wystarczająco duży by nie utrudniać aplikacji kosmetyku. Ostatecznie to peeling do twarzy, więc nie potrzebujemy masakrycznie dużego dozownika - nie mówiąc już, że byłby problematyczny, bo co w przypadku zaaplikowania sobie zbyt dużej ilości? :)


Wygląd, zapach i konsystencja:

Powiem szczerze - kiedy czekając na swoje pudełko przeglądałam recenzje peelingu w sieci, byłam trochę przerażona. Na zdjęciach wyglądał jak mało zachęcająca, szaro-brązowa breja z drobinkami ściernymi. Dziś już tak nie zwracam uwagi na wygląd, a na działanie kosmetyku, ale wtedy byłam mocno zaskoczona :D Na szczęście w rzeczywistości nie jest tak strasznie. Peeling to średnio-gęsta masa koloru beżowego z zatopionymi w niej zmielonymi pestkami moreli. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze i dobrze się jej trzyma - nie ma problemu ze spływaniem. Pachnie przyjemnie, choć zdania bywają różne co do zapachu - jedni twierdzą, że pachnie owocami, a ja wyraźnie czuję rumianek. Pomimo niewinnego wyglądu drobinki pestek moreli są dość ostre i mocno ścierają naskórek, więc nie należy go używać częściej niż 1-2 razy na tydzień. Więcej może być po prostu za mocno... 


Złapałam dla Was trochę słońca. :)


Skład:
Aqua (woda), Prunus Armeniaca (Apricot) (morela), Silica (krzemionka, naturalny minerał, matuje), Glycereth-2 Cocoate (emolient, kondycjonuje), Cetearyl Alcohol (natłuszcza), Paraffinum Liquidum (parafina), Glyceryl Stearate(zmiękczacz, wrażliwców może podrażnić), Glycerin (gliceryna), Dimethicone (silikon), Zea Mays (Corn) Oil (olej z kukurydzy?), Kaolin (glinka, często występuje w naturze), Stearic Acid (stabilizator emulsji, ułatwia docieranie substancji aktywnych w głębsze warstwy skóry), Urea (mocznik, poniżej 10% nawilża, powyżej 10% złuszcza), Glycine Soya (Soybean) Oil (olej sojowy), Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower/Leaf Extract (ekstrakt z rumianku), Ethylhexylglycerin (konserwant pochodzenia naturalnego, humektant), Potassium Cetyl Phosphate (emulgator pochodzenia roślinnego), Palmitic Acid (składnik konsystencjotwórczy), Sodium Lauryl Sulfate (silny detergent), PEG-40 Hydrogenated Castor Oil (chemicznie zmieniony olej rycynowy), Sodium Sulfate (siarczan sodu), Triethanolamine (chemiczny regulator PH, wysusza, może być toksyczny jeśli stosowany długo), Sodium Chloride (sól, tu wzmacnia właściwości ścierne), Xanthan Gum (stabilizator, zagęstnik, nie wchodzi w konflikty ze skórą), Disodium EDTA (syntetyczny stabilizator, często zanieczyszczony, może działać drażniąco), Parfum (substancja zapachowa), Methylisothiazolinone (chemiczny konserwant, może wywoływać alergię), Phenoxyethanol (półsyntetyczny środek konserwujący, niby alternatywa dla parabenów, ale szkodzi układom nerwowym zwierząt), Butylphenyl Methylpropional(składnik kompozycji zapachowej), Hexyl Cinnamal (syntetyczna gliceryna użyta tu jako składnik kompozycji zapachowej, może uczulać), Limonene (składnik kompozycji zapachowej), Linalool (składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen)

Jak widzicie, skład średni. Jest trochę dobroci, ale jest też "trochę" chemii. No i parafina.

Wrażenia z używania:

Pomimo faktu, iż moja skóra jest w otwartym konflikcie z parafiną, postanowiłam wypróbować ten peeling. Używałam go od momentu otrzymania PinkJoy tak, jak jest zalecane - czyli 1-2 razy w tygodniu, nie dłużej niż 1 minutę. Zaraz po użyciu peelingu zapobiegawczo myłam twarz białoruskim żelem do mycia twarzy z tej samego boxa, ale nie wiem czy to pomogło parafinie w jakikolwiek sposób odczepić się od mojej twarzy :P

Pierwszą rzeczą jaką mnie zaskoczyła była ostrość drobinek - czułam się, jakbym przecierała sobie twarz papierem ściernym. Po zmyciu peelingu ciepłą wodą okazywało się jednak, że nie było aż tak źle - twarz była zaróżowiona, ale wygładzona i taka... ładna. Suche skórki zniknęły. Nie odnotowałam żadnych podrażnień, które mogłyby wystąpić po użyciu peelingu. Miły zapach umila użytkowanie.

Czy kupię ponownie?

Raczej nie, bo nie ma cudownego składu, do tego jest niedostępny w Polsce. Wiem że ma być dostępny w sklepie PinkJoy, który kiedyś w końcu ruszy - ale wciąż skłaniam się raczej ku spróbowaniu czegoś innego.

Pisanie posta nadzorował mój starszy kiciuś :)
Kociego nadzoru uniknąć się nie da!

Podsumowując: 3/5

Co o nim myślicie? Używałyście? A może macie jakieś propozycje co do peelingów "twarzowych"? :) 

Pozdrawiam i życzę tak ładnej wiosny jak ta za moim oknem!

środa, 26 lutego 2014

Walka z cieniem - krem nawilżający pod oczy Bioliq 25+

W sumie, powinnam napisać "z cieniami" ;)

Od dziecka mam problem z cieniami pod oczami. Miałam przez to robiony szereg badań lekarskich, ponieważ podejrzewano u mnie anemię, którą mogłam odziedziczyć po Mamie. Badania jednak nic nie wykazały - byłam zdrowa jak ryba, a lekarz skomentował to słowami "No cóż, widocznie taka jej uroda". Cienie w zestawieniu z bladą karnacją powodowały, że wyglądałam na ciągle chorą i Mama nieraz czuła na sobie podejrzliwe spojrzenia innych kobiet - zupełnie, jakby nie opiekowała się mną odpowiednio, stąd kupiła mi mały kremik pod oczy i pilnowała, bym go używała. A ja byłam zdrowa i w najlepsze zdzierałam łokcie i kolana na podwórku.

O ile pochodzenie cieni zostało wyjaśnione przynajmniej do stopnia pozwalającego wykluczyć chorobę, o tyle sam problem cieni pozostał - może troszkę zmniejszyły się z wiekiem, jednak wciąż są widoczne. Pomimo wielu tutoriali nie bardzo potrafię je tuszować, więc zawsze są w jakimśtam stopniu widoczne - może nie wyglądam jak panda, ale wciąż. Po jakimś czasie byłam z tym pogodzona i już nawet nie próbowałam nic z nimi robić, nie używałam nawet kremów pod oczy - te produkty dla mnie kompletnie zniknęły, gdy trochę podrosłam. Dlatego ucieszyłam się, kiedy w styczniowym pudełku ShinyBox trafił mi się krem pod oczy Bioliq 25+. Sama na pewno bym go sobie nie kupiła, gdyż uznałabym to za zbędny zakup - a tak zostałam w pewnym sensie zmuszona do walki z cieniami, bo przecież szkoda kremu, a sam się nie zużyje! :)

Opakowanie:

Produkt dostajemy w biało-pomarańczowym, estetycznym kartoniku. Szata graficzna bardzo mi się
podoba - ładna, przejrzysta, bez wodotrysków i zbędnych fajerwerków. Można znaleźć na nim wszystkie najważniejsze informacje dotyczące kremu, skład i datę ważności. W samym kartoniku znajdziemy białą tubkę z średnio twardego tworzywa o pojemności 15ml. Niestety tubka nie jest transparentna, więc nie widzimy ile jeszcze pozostało w niej zawartości, a zakończona jest dozownikiem-dzióbkiem, dzięki któremu nie ma problemów z dozowaniem i można zaaplikować sobie pożądaną ilość kremu.

Żałuję, że jeden z moich kotów przerobił kartonik na wióry. Pokazałabym go lepiej.

Od producenta:

"Nawilża i regeneruje delikatną skórę wokół oczu. Zmniejsza opuchliznę i cienie. Pielęgnuje i intensywnie nawilża delikatną skórę wokół oczu. Zawarty w kremie wyciąg z orchidei purpurowej (Orchis mascula) działa kojąco i łagodząco. Krem wspomaga regenerację naskórka oraz skutecznie zmniejsza opuchliznę i cienie pod oczami. Dodatkowo chroni skórę przed niekorzystnym wpływem wolnych rodników, opóźniając powstawanie pierwszych zmarszczek."

Cena: 10-14 zł za tubkę (15ml)

Dostępność: łatwo dostępny, ale widywałam go głównie w aptekach.

Skład:

Aqua, Cetearyl Ethylhexanoate (tworzy film zapobiegający uciekaniu wilgoci), Cyclopentasiloxane (silikon lotny, zapobiega uciekaniu wilgoci, zmiękcza i wygładza), Isohexadecane (parafina, tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną, daje dobry poślizg przy rozsmarowywaniu), Cetyl Alcohol (emolient tłusty, emulgator, kondycjonuje skórę i włosy), Alcohol/ Onoporum Acanthium Flower/ Leaf/ Stem Extract (wygląda na to, że ekstrakt z popłochu pospolitego), Glycerin,(nawilża, umożliwia transport innych składników w głąb skóry) Macadamia Integrifolia Seed Oil/ Tocopherol (olej macadamia, przeciwutleniacz), Dimethicone (silikon, odpowiada za wygładzenie skóry/włosów, może zapychać), Glyceryl Stearate Citrate (emolient pochodzenia roślinnego, wygładza i zmiękcza), Glycerin/ Hesperidin Methyl Chalcone/ Steareth-20/ Dipeptide-2/ Palmitoyl Tetrapeptide-7 (przepraszam Was, ale nie mam pojęcia...), Glycerin/ Orchis Mascula Extract (ekstrakt z orchidei purpurowej, działa kojąco i łagodząco), Glycerin/ Prunus Serrulata Flower Extract (ekstrakt z kwiatów wiśni japońskiej), Butylene Glycol/ Laureth-3/ Hydroxyethylcellulose/ Acetyl Dipeptide-1 Cetyl Ester (ponownie, nie mam pojęcia), Glycerin/ Euphrasia Officinalis Extract (wyciąg z świetlika), Tocopherol (antyoksydant, działa kojąco i łagodząco na skórę), Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (nie mam pojęcia), Benzyl Alcohol/ Metyhylchloroisothiazolinone/ Methylisothiazolinone (konserwanty), Disodium EDTA (stabilizator, konserwant, często zanieczyszczony), Lactic Acid (kwas mlekowy, silne działanie nawilżające) Sodium hydroxide (wodorotlenek sodu, regulator lepkości), Parfum, BHA (konserwant i przeciwutleniacz, jeśli stężenie jest niskie, chroni skórę przed wolnymi rodnikami).

Niestety, nie mam wiedzy na tyle rozległej, by połapać się w tym składzie w stu procentach. Jest w nim kilka rzeczy których nie znam (a chciałabym), i nie podoba mi się zbytnio obecność parafiny - tak, po ostatnim odkryciu stanowię małą, jednoosobową, parafinową inkwizycję ;)

Konsystencja:

Krem jest koloru białego, jest bardzo lekki i szybko się wchłania. Chwilę po jego wklepaniu można bez problemu przystąpić do robienia makijażu i nic się nie dzieje. Po jego nałożeniu czuć lekki chłodek, a przynajmniej ja tak mam.




Zapach:

Bardzo delikatny, ale raczej uniwersalny. Nie pozostaje na skórze.

Wrażenia z używania:

Pozytywne. Krem - jak już wspominałam - szybciutko się wchłania, więc nie jest kłopotliwy w stosowaniu. Używam go od momentu dostania styczniowego pudełka, dwa razy dziennie, i w połączeniu z delikatnym masażem okolic oczu dał całkiem ładne rezultaty. Cienie trochę straciły na widoczności, okolica oczu jest też dobrze nawilżona. Radzi sobie z redukcją niewielkiej porannej opuchlizny (i chwała mu za to!). Czy daje radę z opóźnianiem pierwszych zmarszczek - ciężko powiedzieć, używam go za krótko by to stwierdzić. Przypadł mi do gustu ze względu na lekką formułę... i jakby nie patrzeć, nie tak ciężką cenę. Myślę, że dla osoby nie posiadającej jeszcze pierwszych zmarszczek (przynajmniej zbyt dużych) nada się całkiem dobrze.

Czy kupię ponownie?

Nie, poszukam czegoś bez parafiny. Tak na wszelki wypadek.

Ocena: 3,5/5

Pozdrawiam!



wtorek, 18 lutego 2014

Pielęgnująca maseczka błotna White Flower's Experience do cery suchej!

 Witajcie! :)

Jak pewnie kilka z Was widziało na moim facebookowym fanpage, w niedzielę dostałam jakiegoś dziwnego turbodoładowania - wstałam o 6 rano i do godziny 9:30 miałam już posprzątane mieszkanie, nakarmione koty, oczyszczone z lakieru, opiłowane i naolejowane paznokcie, wypeelingowaną i umytą żelem oczyszczającym twarz, i położoną maseczkę błotną na twarz. Chcę tak częściej! :)

Maseczka White Flower's Experience, którą widzicie poniżej, trafiła w moje łapki za pośrednictwem lutowego Shinyboxa. Jest jedną z trzech, które były w zestawie. Tym razem wybrałam pielęgnacyjną do cery suchej, ponieważ nie borykam się chwilowo z większymi niedoskonałościami by użyć tej do cery z problemami, a anti-age jakoś mi się nie widziała tego dnia.

Od producenta:

"Maseczka pielęgnacyjna do cery suchej i wrażliwej to unikalne, wyważone połączenie działania minerałów morza martwego z delikatnym odżywczo-pielęgnacyjnym działaniem olejku ze słodkich migdałów

Błoto z morza martwego, znane i stosowane od tysiącleci, oczyszcza, odżywia i regeneruje skórę. Bogaty w witaminę E olejek ze słodkich migdałów nawilża ją i pielęgnuje. Witamina E zawarta w olejku ze słodkich migdałów to silny antyoksydant, który przeciwdziała starzeniu się skóry poprzez neutralizację wolnych rodników niszczących kolagen i elastynę w tkance łącznej skóry. Witamina E pomaga także wzmocnić barierę ochronną naskórka.

Efekty stosowania maseczki pielęgnacyjnej:
Maseczka poprawi kondycję Twojej skóry, wygładzi ją i oczyści pory. Skoryguje drobne niedoskonałości, zaś dzięki zawartości olejku ze słodkich migdałów skóra zostanie nawilżona i odżywiona. Widoczna poprawa kondycji skóry w większości przypadków nastąpi już po jednorazowym zastosowaniu maseczki.

W trakcie i po zabiegu może wystąpić zaczerwienienie skóry lub lekkie pieczenie, co jest reakcją naturalną. Produkt przebadany dermatologicznie, tylko do użytku zewnętrznego. Nie zawiera parabenów."

Opakowanie:


Opakowaniu tej saszetki trzeba przyznać że ma ładną, przejrzystą szatę graficzną, ale nie przepadam za maseczkami w saszetkach. Rzadko udaje mi się zużyć całą naraz, zwłaszcza jeśli pojemność wynosi 10ml - tak jak w przypadku tego produktu. Zawartość wystarczy spokojnie na kilka razy (w zależności od dozowania), a co później zrobić z otwartą saszetką? Zawinąć, zacisnąć klamerkami i modlić się, żeby do następnego razu wszystko zostało w porządku?

Konsystencja i zapach:


Maseczka ma konsystencję gęstej, ciemnoszarej papki. To mój pierwszy raz z maseczką błotną, więc trochę się zdziwiłam po otworzeniu saszetki :) Dobrze rozprowadza się po twarzy. Zapach jest... dziwny, ale nie nieprzyjemny. Prawdę mówiąc, ciężko mi go do czegokolwiek przyrównać.

Skład:

Maris Limus (błoto z Morza Martwego), Aqua (woda), Lauryl Glucoside (łagodna substancja pieniąca, łagodząca ewentualne drażniące działanie), Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil (olej ze słodkich migdałów), Glyceryl Stearate (zmiękczacz, nieszkodliwy ale wrażliwców może podrażniać), Glyceryl Stearate Citrate (emolient pochodzenia roślinnego, nadaje skórze miękkość i gładkość, łatwo się wchłania), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Glycerin (łagodzi, nawilża), Caprylic/Capric Trigliceryde (mieszanina roślinnych kwasów tłuszczowych), Xanthan Gum (zagęszczacz, stabilizator kosmetyku), Panthenol (nawilża, działa przeciwzapalnie), Tocopheryl Acetate (antyoksydant, syntetyczna wit. E), Hyaluronic Acid (kwas hialuronowy, bardzo silny nawilżacz), Phenoxyethanol (niby bezpieczniejsza alternatywa dla parabenów), Benzoic Acid (chemiczny konserwant, może uczulać), CI 77266 (barwnik), Parfum (kompozycja zapachowa)

Zielono mi! :) Choć producent twierdzi, że jest to produkt naturalny, można znaleźć w nim trochę chemii. Troszeczkę. Troszeńkę. Podoba mi się, że produkt nie zawiera parabenów, choć czytałam że Phenoxyetanol działa szkodliwie na mózg i układ nerwowy u zwierzątek, więc kto wie, czy nie na ludzki.

Wrażenia po użyciu:

Na opakowaniu nie ma podanego konkretnego czasu trzymania maseczki - producent poleca trzymanie od kilku do kilkunastu minut. Na mojej twarzy maseczka przebywała przez 20 minut - przez nieuwagę, gdyż pochłonęło mnie przeglądanie innych blogów :) Rzeczywiście, po aplikacji maseczki na twarz pojawia się uczucie delikatnego pieczenia, jest jednak całkiem znośne i nie ma się wrażenia skóry wypalanej żelazem. Więcej nie polecam trzymać, gdyż po dwudziestu minutach maseczka zaczynała zasychać.
Po zmyciu produktu (długim i żmudnym, jeśli wliczyć w to mycie umywalki) skóra była rozjaśniona, miękka i wygładzona. Niestety pory zostały tak samo rozszerzone, jak były - ale zwężenie porów obiecuje inna maseczka, po którą sięgnę następnym razem. Nieciekawą rzeczą jest, że następnego dnia zauważyłam wysyp drobnych niedoskonałości, ale to może być wina olejku który położyłam na skórę tuż po maseczce.

Czy kupię?

Sama nie wiem. Według kartki Shinybox zestaw trzech maseczek w saszetkach kosztuje 19zł, a na blogach widzę, że w Rossmannach można było rok temu dorwać opakowanie 500g w cenie 20zł. Gdzie tu logika? Przy następnej wizycie w powyższej drogerii sprawdzę, czy jest u mnie dostępna i jeśli już, pokuszę się na większe opakowanie. Saszetkom raczej podziękuję.

Ocena: 3+/5

Pozdrawiam i życzę tak ładnej pogody, jaka dziś jest u mnie! :)


PS: Małe pytanie do Was! Bawię się trochę ostatnio z wyglądem bloga i w związku z tym chciałabym zapytać, czy aby wszystko jest dla Was czytelne? Czy coś Wam szczególnie przeszkadza w czytaniu? Wielkość czcionki, sama czcionka? Za ewentualne sugestie dziękuję i obiecuję, że wezmę je pod uwagę. :)

sobota, 15 lutego 2014

Płyn micelarny BeBeauty do skóry wrażliwej

Sobotni poranek nie uraczył piękną pogodą. Niesamowicie wieje, jest chłodno, słońca ani widu, ani słychu, a ciśnienie szaleje - odczuwam to w postaci bólu głowy :( Mam nadzieję, że to niedługo przejdzie - nie lubię brać tabletek przeciwbólowych bez wyraźnej potrzeby (co w praktyce oznacza, że biorę je wtedy, kiedy ból staje się naprawdę nie do wytrzymania). W końcu to chemia. Może i stworzona, by pomagać, ale wciąż chemia - a jeśli jestem w stanie obejść się bez tabletki, to czemu nie? No, ale notka miała być o płynie micelarnym, nie o lekach ;)

O płynach micelarnych usłyszałam już kilka lat temu, jednak z przyczyn, których nie pamiętam uznałam je za niepotrzebną mi i pewnie drogą fanaberię. W tamtym okresie ogólnie lekceważyłam sobie pielęgnację i nie jestem z tego dumna. Jeśli akurat miałam coś do mycia twarzy to przeważnie żele czy pianki, w większości łatwo dostępne w drogeriach, do tego jakiś krem i tyle. Niestety nie zawsze zaglądałam w składy i czasem używanie kosmetyków kończyło się pogorszeniem stanu skóry, co odbierałam jako jej złośliwość i kolejne "przejawy złośliwości" tuszowałam makijażem.

Kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogosferą - jeszcze jako czytelniczka - przeczytałam gdzieś o płynie micelarnym BeBeauty z Biedronki. Same ochy i achy, nie pasowało mi to zbytnio do kosmetyku produkowanego dla jednej z największych sieci marketów w Polsce. Przyzwyczajona byłam raczej do postrzegania wartości kosmetyku przez pryzmat jego ceny - czyli "tani, to pewnie jakieś badziewie". A tu wręcz przeciwnie.

Obietnice producenta

"Płyn micelarny delikatnie oczyszcza wrażliwą skórę twarzy oraz oczu z makijażu, także wodoodpornego oraz zanieczyszczeń. Pełni funkcję toniku, działa łagodząco i odświeżająco. Przywraca komfort czystej skóry bez uczucia ściągnięcia.
Oczyszczające micele zapewniają wysoką skuteczność oczyszczania, dokładnie usuwają makijaż i zanieczyszczenia nie naruszając bariery hydrolipidowej naskórka.
Ekstrakt z malwy działa nawilżająco, zmniejsza nadwrażliwość skóry.
D-panthenol działa przeciwpodrażnieniowo."


Cena: 5,99zł/200ml

Na opakowaniu można znaleźć informację o producencie - jest to fabryka leków Torf Corporation, a jeśli dobrze kojarzę odpowiada ona również za produkcję kosmetyków Tołpy. :)

 Skład:

Aqua (woda), Polyxamer 184 (emulgator, substancja powierzchniowo czynna), Disodium Cocamphodiacetate (łagodna substancja myjąca powstała z oleju kokosowego), Propylene Glycol (humektant, glikol propylenowy), Polysorbate 20 (emulgator, stabilizator emulsji, alergen), Panthenol (nawilża, działa przeciwzapalnie), Peat Extract (ekstrakt z torfu), Malva Sylvestris Flower Extract (ekstrakt z liści dzikiej malwy), Sodium Chloride (sól kuchenna), Disodium EDTA (konserwant, często zanieczyszczony), Sodium Citrate (regulator pH, nawilża), Citric Acid (kwas cytrynowy), Parfum (kompozycja zapachowa), Methylparaben (konserwant), Propylparaben (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant)

Czerwień - coś, czego lepiej unikać
Pomarańcz - trochę takie "ni w prawo, ni w lewo" - może zaszkodzić, ale nie musi
Zieleń - coś, co lubimy :)

Jak widzimy powyżej, skład nie jest tragiczny jak na produkt za tą cenę. Mamy panthenol, ekstrakt z torfu, z liści rosnącej sobie dziko malwy, a także łagodną substancję myjącą. Niestety dla nas, ilość substancji zaznaczonych na czerwono nie jest wcale mała i to mnie trochę niepokoi - nie przepadam za parabenami. Chemii w kosmetykach jednak nie ominiemy - przynajmniej nie w tak tanich.

Opakowanie

Przezroczysta butelka z miękkiego plastiku, zakończona dozownikiem w formie klika. Przyjemna dla oka szata graficzna opakowania. Szkoda tylko, że data ważności tak łatwo się ściera - mój płyn jest ważny do 2017, ale gdyby nie moja pamięć, nie doszłabym do tego.


Wrażenia z użytkowania:

Ten micel przy współpracy z olejkiem Alterry wyratował mnie z niejednej parafinowej opresji. Rzeczywiście oczyszcza bez użycia ściągnięcia, bez problemów radzi sobie również z makijażem - choć nie wiem jak sprawdziłby się w starciu z wodoodpornym, bo na chwilę obecną nie stosuję takich kosmetyków. Odkąd go używam mam dużo mniej niespodziewajek, a te które zdążą się pojawić szybciej znikają, choć w moim przypadku to również zasługa odstawienia parafiny. Płyn ma delikatny, ale wyczuwalny zapach, który mi jednak przypadł do gustu. Są więc dobre efekty za małe pieniądze :)

Czy kupię ponownie?

Pewnie tak, bo nie znajdę innego tak dobrze działającego na moją skórę płynu w tak niskiej cenie. Jest to produkt wart wydanych pieniędzy i zaskakujący swoją wysoką jakością. Przyznam jednak, że wolałabym poszukać alternatywy. Jeśli ją znajdę - z radością skorzystam.
Oceniając w skali 1-5 daję mu 4.

Pozdrawiam!
Kot

 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design