sobota, 28 grudnia 2013

Kot marnotrawny przedstawia: Szamponetka Joanna Multi Color 04 Malinowa Czerwień

Czemu kot marnotrawny? Ano dlatego, że przed kilkoma dniami usunęłam bloga, myśląc, że powinnam skupić się bardziej na nauce do zbliżających się egzaminów zawodowych (niestety, łatwo nie jest) - ponadto przyznam że lenistwo nieco wzięło nade mną górę i nie mogłam zmotywować się do napisania notki. Na szczęście to już za mną (lenistwo, nie egzaminy), sama też nieraz łapałam się na przeglądaniu Waszych blogów, więc gdzie tu sens?

Przez chwilę znudziła mi się moja klasyczna, rubinowa czerwień. Chyba każda kobieta potrzebuje zmian co jakiś czas, zwłaszcza jeśli chodzi o zmiany urodowe. Młodszym dziewczęciem będąc niesamowicie szalałam z kolorami, czego efekty były raz bardziej, raz mniej udane... Od dłuższego czasu trzymam się czerwieni i ponoć nie wychodzę na tym tak źle. Zdarzały mi się romanse z burgundami, fioletami... ale czerwień to jednak coś. ;)
Tym razem jednak zachciało mi się odmiany i postawiłam na malinowy odcień czerwieni - ten sam, który z takim zawzięciem wciskały mi swojego czasu panie w zaprzyjaźnionym sklepie :D



Ponieważ opisałam już swoje wrażenia z farbowania szamponetką z tej samej serii tutaj (klik), a szata graficzna, postać produktu czy sposób użycia nie zmieniły się, pozwólcie że podaruję sobie te opisy (po prostu bym się powtarzała, a nie chcę marnować Waszego czasu). Przejdę od razu do efektu końcowego:


Zdjęcie nie jest najlepszej jakości, bo a) telefon, b) ostatnimi czasy ciężko złapać jakiekolwiek promienie słońca i z światłem do zdjęć bywa różnie... Niestety, na moich włosach kolor wyszedł zupełnie inny od oczekiwanego. Miałam zostać malinowym kotem, jednak sierść zawzięcie pozostała rubinowa. Efekt był taki sam jak przy użyciu 05 Porzeczkowej Czerwieni, więc przyznam że byłam bardzo zawiedziona - zwłaszcza że obleciałam 3/4 miasta by dostać ten kolor.

Nie zniechęcam do tego koloru - co u mnie nie wyszło, u Was może wyjść aż za dobrze. Każda głowa jest inna, a moje włosy ostatnimi czasy wykazują zaskakujący brak woli współpracy jeśli chodzi o koloryzację. Może inaczej - dadzą się ufarbować, ale albo kolor jest nie taki jak chciałam, albo się udaje - ale co z tego, skoro farba spływa z włosów przy każdym myciu i robią się coraz jaśniejsze (mam tu na myśli moje czarne pasma). Planuję spróbować z farbą Joanny w takim malinowym odcieniu, może wyjdzie lepiej...

Czy kupię ponownie?


Nie, ponieważ mam jeszcze jedną taką szamponetkę w szufladzie (myślałam że będą potrzebne dwie, ale jednak udało się z jedną) - nie mówiąc już o tym, że nie jeśli mam katować włosy MEA, to niech przynajmniej będzie jakiś efekt. Na mojej głowie efektu nie było - więc następnym razem spróbuję z czymś innym.

A tak Kot będzie szalał przez zimę. ;)



Pozdrawiam kocio,
Kot.

piątek, 22 listopada 2013

Rozdanie u Jaskółczego Ziela!


Miałam dziś zamieścić recenzję balsamu pod prysznic Nivea, ale z tej radości (mogę już komentować, juhuu!) postanowiłam napisać o rozdaniu u Jaskółki! :) Mam nadzieję, że wybaczycie :)
 
Można wygrać taki zestawik:
 
1. Yves Rocher "Seco Specific Anti-Imperfections" - krem zwężający pory 50ml/39zł
2. Yves Rocher "Exper Repair" - balsam odbudowujący do skóry bardzo suchej z masłem shea 150ml/59zł
3. Yves Rocher "Active Sensitive" - krem kojący pod oczy dla skóry wrażliwej 15ml/49zł
 
Co trzeba zrobić? By się dowiedzieć, zapraszam na bloga Jaskółki! (klik)

Pozdrawiam miaucząco!

czwartek, 21 listopada 2013

Babydream: szampon-marzenie?



Na początku mojego włosomaniactwa (od którego tak powiedzmy sobie szczerze - wciąż za daleko nie odeszłam) nie mogłam uwierzyć, że szampon dla dzieci jest w stanie sprostać wymaganiom dorosłych. Myślałam, że to głupota - w końcu z jakiejś przyczyny jest on "dla dzieci", może jest po prostu za delikatny by umyć włosy osoby dorosłej, które - jakby nie było - różnią się od włosów dziecięcych. W Blogosferze jednak non stop trafiałam na niemalże peany na temat szamponu Babydream, więc postanowiłam spróbować - zwłaszcza że cena nie należy do szczególnie wysokich. Polowałam więc na niego przez jakiś czas w Rossmannie, w międzyczasie zdążyłam przetestować próbkę szamponu Johnsons' Baby (klik), i w końcu udało mi się go zakupić.

Słyszałam, że Rossmann ostatnimi czasy wprowadzał zmiany w serii Babydream, i uczucia wobec tych zmian były mieszane. Mój egzemplarz pochodził już z nowej serii, więc niestety nie mam porównania. Zacznijmy jednak od opakowania:

Szampon zamknięto w nieprzezroczystej, błękitnej butelce o nieco opływowym kształcie. Z etykiety szeroko uśmiecha się do nas zachwycony maluch, a nad nim widać kilka wypukłych motylków. O ile tylna etykieta jest w języku polskim, węgierskim i czeskim, o tyle przednia jest w języku niemieckim – co uważam za nieco zabawne, ale Rossmann chyba tak już ma ;) Butelkę uważam za minus tego produktu ze względu na twardy plastik z którego została wykonana - póki szamponu jest więcej nie robi to może problemu, ale kiedy dobiegamy mniej niż połowy opakowania może być ciężko z wydobyciem szamponu. Do tego w celu upewnienia się czy coś w butelce jeszcze jest trzeba zdejmować nakrętkę i zaglądać do środka. O ile łatwiej byłoby, gdyby plastik był chociaż półprzezroczysty! I mniej twardy...

Co mówi producent:


"Szampon Babydream myje i pielęgnuje włosy i skórę niemowlęcia szczególnie delikatnie i dokładnie. Wyciąg z kiełków pszenicy umożliwia łatwe rozczesywanie.

  • Bez środków barwiących i konserwujących
  • pH neutralne dla skóry
  • z rumiankiem i panthenolem
  • nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego" 

Skład:

Aqua (woda), Lauryl Glucoside (substancja myjąca, łagodna dla skóry), Cocamidopropyl Betaine
(delikatna substancja myjąca, może uczulać), Coco-Glucoside (łagodna substancja myjąca, usuwa zanieczyszczenia z powierzchni skóry i włosów), Glyceryl Oleate (emolient tłusty, substancja renatłuszczająca), Sodium Lactate (nawilżacz), Triticum Vulgare Germ Extract (wyciąg z kiełków pszenicy), Panthenol (prowitamina B5), Glyceryl Caprylate (emolient tłusty, substancja renatłuszczająca), Lactic Acid (kwas mlekowy), Chamomilla Recutita Flower Extract (wyciąg z rumianku), Parfum (kompozycja zapachowa).


 Cena: ok. 4,20zł/250ml 

Moje wrażenia z użytkowania:


Szampon pieni się tragicznie, ale lubi współpracować z metodą kubeczkową. Rozcieńczony rzeczywiście jest w stanie umyć włosy, ale wciąż nie pozostaje to najłatwiejszym zadaniem. Mimo nie tak rzadkiej konsystencji jest mało wydajny, używałam go dużo więcej niż zwykle by umyć nim włosy, nie podoba mi się też jego pudrowy zapach - domyślam się że może podobać się dzieciom (dla których szampon zresztą jest przeznaczony :D), ale mi wybitnie nie przypadł do gustu.

Włosy zaraz po umyciu są ciężkie do zniesienia. "Tępe", nie dające się rozczesać - bez odżywki nie ma co podchodzić. To akurat nic dziwnego - jak widzicie powyżej, w składzie nie ma silikonów, jest tylko kilka emolientów i nawilżaczy. Po wysuszeniu jednak (i rozczesaniu, jeśli się dało) były miękkie i nie było tak źle, jak mogłoby się wydawać. Nie były tłuste, były oczyszczone dokładnie tak, jak powinny.

Nieprzyjemnym zaskoczeniem było dla mnie intensywne swędzenie skóry głowy, jakie dopadło mnie po wysuszeniu włosów. Nieraz potrafiło trzymać do dwóch dni – trzeciego zwykle myłam włosy ponownie. Pomyślałam, że jeśli nie alergia na kokamidopropylbetainę, to być może niedokładnie spłukuję szampon... Dokładniejsze spłukiwanie przyniosło co prawda pewną poprawę, ale problem pozostał.

Podsumowując:

(+) łagodny skład
(+) dobrze myje
(+) łagodne działanie na włosy, nie przesusza
(+) niska cena
(-) plącze włosy
(-) może uczulić
(-) twarda, nieprzezroczysta butelka
(-) zapach


Czy moja przygoda z Babydream będzie miała swoją kontynuację?


Nie. Poplątane włosy jestem jeszcze w stanie zrozumieć z uwagi na skład, ale to swędzenie doprowadzało mnie do szału. Poszukam innej alternatywy, bo do szamponów z SLS też nie mam ochoty wracać.

A jak Babydream spisał się u Was?


Pozdrawiam!

wtorek, 19 listopada 2013

Listopadowe "miau", mały zonk pielęgnacyjny i inne.


Wszyscy znają Tard, znaną również jako The Grumpy Cat. Ostatnimi czasy usłyszałam, że ja i Tard mamy identyczną mimikę i pewnie gdybym była kotem, wyglądałabym jak ona.
Cóż... nie ma jak oryginalne komplementy/wrzuty, prawda? ;)

Zaniedbałam trochę bloga z przyczyn mniej lub bardziej zdrowotnych, ale i nie tylko. Trochę się pozmieniało w moim życiu (również rodzinnym) i musiałam nadążyć za zmianami, szkoła również mnie nie rozpieszcza - w samym styczniu mam do zdania dwie z trzech kwalifikacji zawodowych, a w maju czeka mnie rozszerzona matura z angielskiego (że też zachciało mi się poprawiać...). Grzybica oczywiście nie odpuściła jeszcze do końca i nie rozstaję się z Clotrimazolum. 21-go listopada mam umówioną wizytę u dermatologa, mam nadzieję że coś z tym w końcu zrobi...

Tytułowy zonk pielęgnacyjny wyszedł w sumie przypadkiem. Skończył mi się krem do twarzy, a że z funduszami kiepsko - poszperałam w szufladach i znalazłam krem Nivea. Taki zwykły, najzwyklejszy krem Nivea - ten sam, który kiedyś ponoć kładło się na usta, bo taka panowała moda :) Data ważności sugerowała konieczność szybkiego zużycia, więc cóż... zużywam, i ze zdziwieniem obserwuję pojawiające się zmiany. Odkąd używam tego kremu i dałam sobie spokój z podkładem, moja cera wreszcie wraca do siebie. Znacznie mniej niespodziewajek, jeśli już się pojawią - to sporadycznie. Jedyne z czym nadal mam problem to zaskórniki i rozszerzone pory, ale tego już raczej się nie pozbędę. Na czym polega zonk pielęgnacyjny? Ano na tym, że wcześniej używałam dopasowanych do mojego rodzaju skóry kosmetyków pewnej znanej firmy sprzedawanych głównie w aptekach, które dostałam w prezencie od siostry - i było DUŻO gorzej. Nie obwiniam tu firmy bo moja skóra potrafi być naprawdę kapryśna, ale... nie myślałam że uproszczenie pielęgnacji do mydła i kremu Nivea zrobi aż taką różnicę. Wygląda na to, że muszę bardzo zwracać uwagę na składy kremów i od tej pory będę przywiązywała do tego dużo większą wagę.

Pod kątem włosowym też trochę się zmieniło. Miałam ochotę na zmiany, i ich próbowałam - a to kolorowe końcówki (które kompletnie nie wyszły...), a to przymiarki do grzywki... Ostatecznie zdecydowałam się na ufarbowanie spodu włosów na czarno. Kiedyś już miałam tak ufarbowane włosy - z tą różnicą że kolorem dominującym był wtedy brąz, nie czerwień. Ograniczyłam też dość mocno używanie silikonów, ale widzę że moje włosy kompletnie się z takim stanem rzeczy nie zgadzają. Nakładam olej po każdym myciu włosów, serum silikonowe co dwa dni (lub codziennie, jeśli trzeba). Niestety, brakuje mi systematyczności w stosowaniu masek, odżywki, a także olejowaniu, na co włosy zaczynają narzekać. :(

W planach mam recenzję zaległych kosmetyków, m.in. Babydream, balsamu pod prysznic Nivea, odżywki w sprayu Isana, wspomnianej szamponetki, olejku do masażu Alterry i co mi tam jeszcze w łapki wpadnie. :)

Obecnie mam na włosy nałożoną szamponetkę o pewnym tajemniczym kolorze... Kto zgadnie, jakim? :)

Pozdrawiam! Miau!

PS: Chwilowo z niewyjaśnionych przyczyn nie mogę odpisywać na komentarze :/ złośliwość rzeczy martwych...

poniedziałek, 18 listopada 2013

Green Pharmacy - Jedwab w płynie: Serum na łamliwe końcówki

Po długiej nieobecności chciałabym opisać dla Was kosmetyk, którego poszukiwałam długo - a na który udało mi się wreszcie natknąć w jednej z drogerii należących do sieci Rossmann. Jest to specyfik zapewne doskonale Wam znanego rodzaju, a nosi on nazwę "jedwab do włosów".

W największym skrócie - takie preparaty to koktajl silikonów i różnych substancji kondycjonujących mający zabezpieczyć nam końcówki przed różnego rodzaju uszkodzeniami. Nazwa "jedwab" nie zawsze jest trafna - bywa bowiem, że taki preparat wcale nie ma nic wspólnego z proteinami jedwabiu, które według nazwy powinien zawierać. ;)
Na rynku dostępnych jest wiele produktów tego typu - chociażby jedwab Chi, Farouk (który odradzam ze względu na alkohol w składzie - przy dłuższym stosowaniu może nabroić), Marion (który bardzo sobie chwaliłam), a także Green Pharmacy - o którym właśnie będzie ta notka.

Zdjęcie wzięte z Internetu
Jak wspominałam - dłuuugo poszukiwałam tego serum. Zainteresowałam się nim po wielu pozytywnych recenzjach w blogosferze, a że akurat potrzebowałam takiego produktu (moje serum Oriflame Hair-X właśnie się skończyło, choć i tak kończyłam je z bólem...), to postanowiłam poszukać. Nie mogłam go niestety znaleźć w sklepach w swojej rodzinnej miejscowości (co mnie dziwi, bo jednak aż tak mała nie jest) - udało mi się go dorwać przy okazji wyjazdu.

Jak wygląda, widzicie na zdjęciu obok. Przepraszam, że wzięte z Internetu, ale po kilku tygodniach noszenia w torebce serum po prostu nie nadaje się do pokazania. Nadruk z etykietki niestety bardzo łatwo się ściera, i etykietka mojego opakowania serum nie jest już nawet czytelna - i to uważam za pierwszy minus produktu. Kolejnym minusem jest moim zdaniem dziwna nakrętka, która co prawda zabezpiecza pompkę przed przypadkowym naciśnięciem, ale nie chroni przed dostawaniem się do niej zanieczyszczeń (schowajcie kiedyś na szybko do torebki ciastko francuskie, nawet w woreczku...). Plusem jest za to przezroczysta buteleczka o pojemności 30 ml. Widać jak na dłoni, ile produktu jeszcze nam pozostało - bez żadnego rozkręcania opakowań, które niestety zdarzało mi się przy jedwabiach konkurencyjnych firm. Cena - około 10zł.

Co obiecuje nam producent?

"Mocno skoncentrowane serum wygładza końcówki włosów. Chroni je przed rozdwajaniem i uszkodzeniami. Daje jedwabisty efekt na całej długości. Przeznaczone do włosów cienkich delikatnych,łamliwych, wrażliwych, zmęczonych zabiegami fryzjerskimi. Lekka formuła nie obciąża, wzmacnia, a naturalne składniki dają lśniący i zdrowy wygląd. Olejek ryżowy i kameliowy wspiera regenerację uszkodzonej struktury,a ekstrakt aloesu i olejek cedrowy daje włosom nawilżenie. "

Sposób użycia: Rozprowadzić 1-2 kropelki serum na końcówki suchych lub zwilżonych włosów. Nie spłukiwać.

 Co piszczy w składzie?

Cyclopentasiloxane (silikon lotny, odparowujący z włosa), Dimeticonol (silikon łatwo zmywalny łagodnym szamponem, np. Babydream), Olea Europea (Olive) Fruit Oil (oliwa z oliwek), Aloe Barbadensis Extraxt (ekstrakt z aloesu), Oryza Sativa (rice) Germ Oil (olej ryżowy), Camellia Sasanqua (Camellia) Seed Oil (olej kameliowy), Pinus Sibirica Nut Oil (olej cedrowy), Parfum, Limonene , Citronellol ,Geraniol, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Farnesol, Amyl Cinnamal.

Jak więc widzicie, skład całkiem przyjemny. Dużo olejków, ekstrakt z aloesu, łagodne silikony, zero parabenów, alkoholu czy SLS. Wrażliwcom radzę jednak uważać m.in. ze względu na Geraniol.
Mimo że skład jest dość przyjazny, tu pojawia się kolejny minus - wbrew nazwie produktu, nie zawiera on protein jedwabiu. Jedwab, który nie zawiera jedwabiu :) Patrząc jednak na to co ma w zamian myślę, że mogę mu to malutkie kłamstwo darować.

Jak spisuje się u mnie?

Dobrze. Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze. Serum jest przezroczyste, dość gęste, o bardzo przyjemnym słodkim zapachu. Bardzo przypadło mi do gustu :) Aplikacja serum jest w zasadzie bezproblemowa - pompka odmierza wystarczającą ilość, należy tylko rozetrzeć w dłoniach i nanieść serum na suche bądź końcówki. Po użyciu tego serum moje włosy są miękkie, wygładzone, i nie wyglądają aż tak strasznie ;) - a odkąd używam go regularnie widzę jakby nieco mniej zniszczeń.  Niezaprzeczalną zaletą tego produktu jest świetny skład za niską cenę, a także brak alkoholu, SLS i innych przykrych niespodzianek.

Czy kupię ponownie?

Zdecydowanie tak. Myślę, że to będzie stały mieszkaniec mojej włosowej kosmetyczki.

A Wy używacie tego serum? Jak sprawdza się u Was? A może znacie inne produkty tego typu które dobrze się spisują?


Pozdrawiam, miau! :)

poniedziałek, 7 października 2013

Cień do powiek L'Oreal Infallible - 013 Burning Black

Przy okazji recenzji podkładu Maybelline Whitestay wspomniałam, że zrecenzuję kilka innych kosmetyków, które razem z nim zamówiłam. Ponieważ jestem dziś uziemiona w domu - mogą przyjechać panowie monterzy, by założyć internet stacjonarny - postanowiłam opisać dla Was cień, który tamtego dnia przyjechał wraz z podkładem. Jest to cień L'Oreal Infallible - odcień 013 Burning Black. Jeden z ulubionych kosmetyków w mojej kolorówce. Jest on już w moim posiadaniu kilka miesięcy, więc wybaczcie ewentualny niewyjściowy wygląd opakowania. ;)



Cień zakupiłam - tak jak wspomniany podkład - na aukcji w serwisie Allegro.pl za niecałe 9zł. Z tego co czytałam, Burning Black nie występuje w standardowej (w Polsce zresztą mocno okrojonej) palecie barw, pochodzi on z edycji limitowanej. Kupiłam go w ciemno, nie wiedząc dokładnie, jaki będzie - ale nie żałuję.

Kolor 013 Burning Black można opisać jako oberżynę z bordowym połyskiem. Przez "szybkę" słoiczka wygląda po prostu na ciemną czerwień (i tak też wyglądał na zdjęciach z aukcji), ale w rzeczywistości jest to coś pomiędzy czerwoną czernią a fioletem, z nutą ciemnej szarości po roztarciu. Dla mnie - bomba


Opakowanie jest moim zdaniem bardzo estetyczne. Ma ono formę słoiczka z przezroczystym denkiem, dzięki któremu możemy - w przypadku posiadania kilku cieni z tej serii - szybko znaleźć pożądany cień w kosmetyczce, a także patrzeć do woli na wybrany przez nas kolor. ;) Lubię takie opakowania, pod tym względem producent trafił w dziesiątkę. Pod zakrętką znajdziemy czarną, plastikową zatyczkę, która pomaga utrzymać cień w jednym miejscu (choć wcale nie przejawia on tendencji do kruszenia się).

Infallible to - według słów producenta - połączenie intensywności sypkich pigmentów z wygodą nakładania cieni w kremie. Jest również mowa o 24h trwałości koloru, braku efektu rolowania się i zbierania się cienia w załamaniach powieki, wodoodporności i komforcie nakładania i "noszenia" cienia. Producent obliczył nawet, że jego produkt wytrzymuje  bez szwanku 11 tysięcy mrugnięć!

Konsystencja cienia jest rzeczywiście interesująca. Nie jest on ani suchy, ani też do końca "mokry". Taki jakby "cień w kremie", ale wciąż nietypowy. Pocierając palcem o cień można przekonać się, że rzeczywiście kolor jest dość intensywny. Aplikacja również jest bardzo prosta - cień wystarczy potrzeć i przenieść palcem na powiekę, choć osobiście wolę używać do tego celu pacynek - mam wrażenie, że pigmentacja jest wtedy większa.
  

Cień posiadam już od kilku miesięcy i nie jest on cieniem, którego używam dzień w dzień z uporem godnym osła, ale mogę potwierdzić, że on rzeczywiście nie roluje się ani nie zbiera w załamaniach powieki. Wykonany nim makijaż spokojnie wytrzymywał do końca dnia bez szwanku - sporym zaskoczeniem było dla mnie, że po prawie 10h nie musiałam poprawiać makijażu. Nie miałam również większego problemu w czasie deszczu - zwykle, kiedy z nieba nagle spada ściana deszczu (a ja oczywiście nie mam parasola) kończy się to dla mnie wyglądem pandy. Kiedy używałam tego cienia taka sytuacja nie miała miejsca (no dobrze, wyglądałam jak panda... ale tylko dlatego, że zawiódł tusz do rzęs). Ciekawą rzeczą jest, że - pomimo wysokiej trwałości - cień łatwo daje się zmyć zwykłym mleczkiem do demakijażu.

Produkt zaskakuje trwałością, pięknym kolorem i - moim zdaniem - idealną konsystencją, ale niestety ma również swoje wady. Pierwszą z nich jest wysoka cena w regularnej sprzedaży (dlatego polecam przeglądać aukcje na Allegro). Drugą - cień niestety osypuje się przy aplikacji. Nieważne jak bardzo producent by temu zaprzeczał - osypuje się. Za każdym razem kiedy wykonuję nim makijaż robię to PRZED nałożeniem podkładu, by móc potem przetrzeć okolice oczu chusteczką i nałożyć podkład - inaczej nie daje to zbyt miłego efektu. Mam również problem z rozcieraniem go, ale możliwe że to kwestia braku wprawy - na blogach innych dziewczyn czytałam, że nie mają z tym problemu.




Podsumowując:

Produkt nie spełnia wszystkich obietnic swojego producenta, ale wciąż jest to jeden z najlepszych cieni, z jakimi miałam do czynienia. Preferuję bardzo ciemne smoky eyes, więc ważne jest dla mnie by cień zostawał na swoim miejscu zamiast zbierać się w załamaniach powieki i rolować. Długo utrzymująca się intensywność koloru również jest na wagę złota. To wszystko jest w stanie zapewnić mi ten cień.

Czy kupię ponownie? 

Myślę, że tak - ale nieprędko, i na pewno nie w cenie regularnej gdyż jest dla mnie po prostu za wysoka.

Skład:

G803077 - Ingriedents:
Cyclohexasiloxane, Isododecane, Trimethylsiloxysilicate, Nylon 611/Dimethicone Copolymer, HDI/Trimethylol Hexyllactone Crosspolymer, Calcium Sodium Borosilicate, Calcium Aluminium Borosilicate, Caprylyl Glycol, Silica, Talc, Alumina, Polyethylene Terephthalate, Synthetic Fluorphlogopite, Lauroyl Lysine, Tin Oxide, Calcium Stearate, Polyurethane-11, [+/- May contain: Mica, CI 77891/Titanium Dioxide, CI 77491, CI 77492, CI 77499/Iron Oxides, CI 77163 Bismuth Oxychloride, CI 77510/Ferric Ferrocyanide, CI 75470/Carmine, CI 77007/Ultramarines, CI 77288/Chromium Oxide Greens, CI 77289 Chromium Hydroxide Green, CI 77742/Manganese Violet, CI 77947/Zinc Oxide, CI 77400/Bronze Powder, CI 77400 Copper Powder, CI 77000/Aluminum Powder, CI 77510 Ferric Ammonium Ferrocyanide, CI 42090/Blue 1 Lake, CI 19140/Yellow 5 Lake]. (F.I.L B42189/4).

niedziela, 6 października 2013

Akcja: Pokrzywa!

 

Z racji jako-takiego uporania się z kłopotami zdrowotnymi wracam do prób przyspieszenia porostu!

Tym razem nie będę posiłkować się drożdżami, a pokrzywą. Piłam ją już wcześniej i dawała u mnie bardzo dobre efekty. Zdecydowałam się jednak przerwać kurację ze względu na możliwość przyczyniania się do nasilenia intensywności problemu torbieli macicy - a że mam problemy z torbielami jajników pomyślałam, że może i lepiej nie ryzykować. Postanowiłam poczekać do rozmowy z moją lekarką, która jednak nie miała żadnych przeciwwskazań co do picia pokrzywy. Ucieszyłam się, bo - co tu się rozdrabniać - lubię nie tylko właściwości pokrzywy, ale również jej smak :)

 W takich okolicznościach spokojnie mogę rozpocząć kurację od nowa! Planuję pić pokrzywę przez najbliższe dwa miesiące, trzymając się jednak reguły miesiąc picia: dwa tygodnie przerwy. Idzie zima, moim zdaniem warto wykorzystać ten czas na zadbanie o porost włosów. :)

Dlaczego warto pić pokrzywę? Pisałam o tym tutaj >klik<. .

A więc - kubek w dłoń i do boju! :D

sobota, 5 października 2013

Rozdanie na blogu Kosmetyczny Świat!

Jesień w pełni. Nie wiem jak u Was, ale w moich okolicach zdecydowanie nie jest to złota, polska jesień. Wiatr hula jak szalony, szaleje również temperatura - w dzień bywa nawet 12 stopni Celsjusza, a w nocy temperatura spada nawet poniżej zera... Codziennie rano słyszę, jak właściciele samochodów zeskrobują szron z szyb, a inni mają problem z odpaleniem samochodów. No, ale nie o tym chciałam pisać. Chciałabym tylko wspomnieć o rozdaniu, które ma miejsce na blogu Kosmetyczny Świat!


Do wygrania są trzy interesujące zestawy kosmetyków :) Weźmiecie udział? Ja tak. ;)

Jeśli akurat rozglądacie się za produktami Green Pharmacy, zapraszam do sklepu internetowego Quaco Chemia - mają właśnie obniżki na asortyment tej firmy. :)

Jeśli o mnie chodzi, spokojnie - przygotowuję kilka postów. Chwilowo mam po prostu sporo nauki. :(

Pozdrawiam!

wtorek, 1 października 2013

Letnio-jesienny haul!

Witajcie w pierwszym dniu października!

(Wam też ciężko uwierzyć, że już jesień? Dopiero był lipiec...)

Jak wiecie, choroba skóry uziemiła mnie pod względem urodowo-pielęgnacyjnym na dobre trzy miesiące. Od czasu do czasu jednak pozwoliłam sobie na małą zachciankę i kupowałam jakąś rzecz, tak ku pokrzepieniu ducha. Śmiałam się z samej siebie że muszę szybko poradzić sobie z grzybicą, inaczej wszystkie te kosmetyki pójdą na marne - miną terminy ważności! :D Ponieważ już wydaję się rzeczywiście z tego wychodzić (dzięki wielkie dla Izu za trzymanie kciuków!), postanowiłam przedstawić Wam co też nowego przez te trzy miesiące się u mnie pojawiło...


 Od lewej:
  1.  Odżywczy balsam do ciała Nivea z olejkiem migdałowym, do skóry suchej - próbka, dostałam jako gratis przy zakupach w Rossmannie.
  2. Farba do włosów Verona Revia, odcień 07 - Rubin. Zainteresowała mnie ta farba, postanowiłam przetestować.
  3. Farba do włosów Joanna Naturia, odcień 243 - Czarny Bez. To do małych modyfikacji fryzurowych, jakie planuję ]:->
  4. Jedwab w płynie - serum na łamliwe końcówki Green Pharmacy. Cieszę się, że w końcu go znalazłam...
  5. Odżywka Wella ProSeries Volume - zakupiona w promocji w Rossmannie, ostatecznie oddana Mamie ponieważ z moimi włosami nie dała sobie rady. W moim przypadku efekt garnka na głowie jest po prostu nieśmiertelny.

  1. Szampon Babydream, Rossmann. Wreszcie go dopadłam! Niestety, nie jestem do końca pewna czy wyszło mi to na dobre...
  2. Maska do włosów i odżywka Alterra Granat i Aloes - trzeba przedstawiać? :)
  3. Szamponetka Delia Cameleo - cieszyłam się, że w końcu udało mi się ją znaleźć, zwłaszcza w tym kolorze (o ile przez "dziką śliwkę" mam rozumieć pokazaną na opakowaniu czerwień). Nie zawiera ona w swoim składzie MEA, co niezmiernie mnie cieszy. 
  4. Odżywka do włosów w sprayu z olejem arganowym i masłem shea Isana - i to jest mój absolutny HIT! Kupiłam w ciemno i zdecydowanie nie żałuję. :)
  5. Olejek Alterra Migdały i Papaja - kupiony do włosów. Ten z brzozą i pomarańczą też dobrze się sprawdził, ale chciałam spróbować czegoś innego. :)
A teraz coś, o co sama nigdy bym się nie podejrzewała - otóż Kot kupił sobie... dwie czerwone szminki.


Co prawda kosztowały one 1,50zł za sztukę (kupione w chińskim supermarkecie, ale obie są produkcji polskiej - Cantare i MB Cosmetics). Powiedzmy sobie szczerze - za taką cenę nie ma prawa być mowy o dobrej jakości, ale spodobały mi się kolory. Nigdy takich nie miałam gdyż preferuję raczej blade barwy, ale za łączną kwotę 3zł chyba można było zaszaleć...zwłaszcza że nadchodziło wesele, na które byłam zaproszona. Inna sprawa, że jak przyszło co do czego, nie mogłam ich użyć.

Tak się prezentują na ustach:
Ciemniejsza czerwień
Jaśniejsza czerwień - i dopiero teraz zorientowałam się, jak krzywo pomalowałam usta! :D Cóż... na co dzień nie maluję ich wcale.




Jasna czerwień w chłodniejszym świetle.

Kupiłam także eyeliner Verona i cień Vollare - w tym samym chińskim supermarkecie i w bardzo podobnych cenach.

W słońcu, by lepiej pokazać kolor cienia.


Mam również słabość do zapachów. Te poniżej - chińskie - kupiłam za 3zł za buteleczkę. Niebieski "Summer" bardzo mi się podoba (choć czuć chińszczyzną), natomiast pomarańczowy... ciężko będzie go zużyć.
Swoją drogą - czy tylko mnie bawią te ich genialne nazwy wyglądające jak losowo wybrane słowa ze słownika języka angielskiego?

  

Innym razem trafiłam na obniżkę cen biżuterii na dworcowym stoisku i za cenę 15zł sprawiłam sobie takie małe srebrne cacko. To taka nagroda za zdany egzamin, o którym pisałam Wam w którymś poście. :)


Mam dwie ulubione apteki w swoim mieście. W jednej z nich regularnie są promocje na suplementy diety. Zajrzałam do niej przy okazji, by wykupić leki na receptę - i wyszłam z trzema dodatkowymi produktami.

  1. Nursea Odporność z rutyną, cynkiem i ekstraktem z malin - data przydatności do 30 września, ale zgodnie z tym co mówiła farmaceutka leki można zużyć najpóźniej w ciągu kolejnych 3 miesięcy po ich terminie ważności. Zapłaciłam za opakowanie aż 1zł.
  2. Bust Forte - suplement diety na... powiększenie biustu. ;) Nie to, bym miała jakieś kompleksy ze względu na swój rozmiar - po prostu ciekawi mnie, czy takie cuda na kiju działają. Sytuacja taka sama jak w przypadku Nursei, z powodu krótkiego terminu ważności przeceniony na 1zł za opakowanie. Wzięłam z czystej ciekawości.
  3. Calcium C Forte - mój sojusznik w walce z osłabieniem, przeziębieniami i oczywiście grzybicą. W zasadzie to chyba jedyne tabletki musujące które po rozpuszczeniu mogę wypić bez krzywienia się. Cena - 3zł.
Jak widzicie, trochę tego się nazbierało. W najbliższym czasie postaram się opisać moje "wrażenia" z używania przynajmniej części powyższych produktów. Na pewno napiszę o jedwabiu Green Pharmacy i odżywce Isany, jak również i Babydream. Ciekawi mnie jak spiszą się farby - farby Joanny co prawda są mi bardzo dobrze znane, ale nigdy wcześniej nie używałam farb z serii Revia. Cóż, jeśli tym razem nie skończę z czarnymi włosami, jak to miało miejsce równo rok temu po tym, jak producent mojej poprzednio ulubionej farby zmienił jej recepturę (odcień Ciemna Czerwień), nie będzie źle...

Na koniec coś do posłuchania. Zdecydowanie różni się to od muzyki której słucham na co dzień, ale... podoba mi się. Mimo że zwykle uciekam od muzyki popularnej najdalej, jak się da. (nie, nie jestem hipsterem... po prostu mam "paskudny" gust muzyczny. ;p )

Zostawiam Was z Laną i uciekam. Pozdrawiam serdecznie! :)



sobota, 28 września 2013

Zamotana, zabiegana...


... i nie do końca ogarniająca to, co się wokół niej dzieje. W tych słowach spokojnie można by opisać mnie z ostatnich tygodni.

Przepraszam Was, dziewczyny, za brak odpowiedzi na komentarze - posty leciały z automatu, ponieważ miałam sporo nauki i jedno bardzo nieprzyjemne wydarzenie przed sobą (które na szczęście uleciało wraz z wczorajszym piątkiem). Przygotowałam więc posty byście miały co czytać, a sama zajęłam się tym, co działo się wokół mnie. Teraz powinno być już lepiej i myślę, że nie będę już tak zawalać.

Uczę się w szkole policealnej, do tego zaocznej, więc same rozumiecie - nauki jest naprawdę dużo. Godzinami potrafiłam siedzieć i wkuwać, wkuwać... A że mój kierunek wbrew pozorom nie jest najłatwiejszy, to bywało ciężkawo. Z dobrych wieści mogę powiedzieć, że:

a) wygrywam walkę z grzybicą skóry i wygląda na to, że już permanentnie;
b) włosy wypadają w coraz mniejszej ilości.

Chciałabym też powiadomić o tym, że utworzyłam na Facebooku profil tego bloga :) Zapraszam - jeśli lubicie, to polubcie ;) Jest jeszcze nieco biednawo od strony graficznej, ale i to zmieni się z czasem. Rubinowy Kot na Facebooku

...a teraz zmiatam, bo jestem w szkole i powinnam zajmować się materiałem do opanowania, nie blogiem! :D

Pozdrawiam!

niedziela, 22 września 2013

Rozświetlający podkład Maybelline Whitestay UV

Los nie dał mi ładnej, niewymagającej poprawek cery. Częste zaczerwienienia i niespodziewajki dodatkowo psują mój wygląd, dlatego od 16-go roku życia regularnie używałam podkładów. Wypróbowałam wiele z nich, ale zawsze było mi ciężko dobrać odpowiedni odcień - a to ze względu na jasny kolor skóry. Większość drogeryjnych podkładów (wtedy nawet nie myślałam o kupowaniu innych) robiła się na mojej twarzy po prostu żółto-marchewkowa (i założę się, że część z Was zna ten efekt). Nie jestem typem królewny Śnieżki choć żałuję, mojej skórze bliżej odcieniem do kości słoniowej niż do śniegu, i tym zawsze się kierowałam przy doborze podkładu - jednak niewiele to dawało. W końcu doszło do tego, że zaczęłam mieszać superjasny Dermacol z innymi podkładami, by móc je chociaż zużyć... :D

Nie lubię tak łatwo zdzierających się etykietek... A zdarła się etykietka od częściej używanego Buff.

Na Whitestay firmy Maybelline natknęłam się przypadkiem na Allegro. Był on dostępny na aukcji w cenie bodajże 7-8zł za opakowanie, a mi akurat kończył się poprzedni podkład w musie. Po zapoznaniu się z opisem aukcji i małej konsultacji z wujkiem Google i ciocią Blogosferą (tym razem anglojęzyczną), zdecydowałam się na zakup trzech opakowań - z czego jedno opakowanie wybrałam w odcieniu Buff, dwa pozostałe - w odcieniu Snow White. Przy tej samej okazji kupiłam jeszcze kilka innych kosmetyków, o których przeczytacie wkrótce.


W moim przypadku Buff jest bardziej trafiony, ale Snow White też od biedy da się użyć ;)

Te podkłady nie są dostępne w Polsce stacjonarnie - a przynajmniej ja nigdzie ich nie widziałam. Opakowanie z białego plastiku wygląda niestety trochę tandetnie - jego minusem jest to, że nie widzimy ile podkładu jeszcze pozostało, jak również łatwo ścierające się etykietki (co widać na wyżej załączonym obrazku - etykietka starła się pod wpływem normalnego użytkowania i noszenia w torebce/kosmetyczce). Przed użyciem kosmetyku należy nim potrząsnąć, by - jak mówi etykietka - aktywować jego wybielające właściwości. Tak, wybielające. To był jeden z głównych powodów, dla których kupiłam ten podkład.
Konsystencja płynna, dość rzadka. Niestety, nie ma co liczyć na efekt bardzo dobrego krycia - chyba, że nałoży się go kilka warstw (nie robi przy tym efektu maski), ale w moim przypadku nawet to rzadko kiedy pomaga. Chyba, że akurat nie mam problemów z cerą. ;)
Podkład zawiera filtr SPF-18 - szczerze żałuję, że nie wyższy.


Skład:

Ingriedents: Aqua/Water, Isododecane, Cyclopentasiloxane, Ethylhexyl Methoxycinnmate, Nylon-12, PEG-10, Dimethicone, Butylene Glycol, BIS-PEG/PPG-14/14 Dimethicone, Phenoxyethanol, Magnesium Sulfate, C9-C15 Flucroalcohol/C9-15 Flucroalcohol Phosphate, Chlorphenesn, Methylparaben, Tetrasodium EDTA, Butylparaben, Tocopherol, Glycerin, Sodium PCA, Urea, Trehalose, Polyquaterntum-51, ,Sodium Hyaluronate (+/- może zawierać CI 77891/Titanium Dioxide, CI 77499, CI 77492/Iron Oxides)

Jak się sprawdza na mojej skórze?


Dobrze. Nie zauważyłam, by zapychał moje pory, a działanie rozświetlające rzeczywiście jest zauważalne przy jednoczesnym braku efektu marchewki. Opalenizna, której nabyłam na wyjeździe zniknęła, pozostał po niej jedynie delikatny ślad - myślę że po części może to być zasługa używania tego podkładu. Jedyne co mam mu do zarzucenia to słabe właściwości kryjące. Naprawdę bardzo by mi się przydały - ale nie można przecież mieć wszystkiego. ;)
Niepodważalną zaletą tych podkładów jest to, że zostały zaprojektowane z myślą o jasnej karnacji, więc większość bladolicych powinna znaleźć wśród nich idealnie pasujący do nich odcień. Niestety, może być gorzej z jego dostępnością.

Czy kupię ponownie?


Być może, ale nie w najbliższym czasie. Póki co, mam do zużycia niecałe trzy opakowania - potem pewnie zacznę się rozglądać za czymś nieco bardziej naturalnym. Może podkład mineralny?

czwartek, 19 września 2013

W poszukiwaniu czerwieni idealnej - farba do włosów Syoss Professional Performance

 Witajcie!

Jakiś czas temu postanowiłam znaleźć dla siebie farbę idealną. Uwielbiam Porzeczkową Czerwień Joanny, która nieraz wyratowała mnie z różnych tarapatów i nie kosztowała przy tym dużo, ponadto nie wyglądało jakby moje włosy były z nią w otwartym konflikcie - ale niestety, zapragnęłam nieco jaśniejszej i bardziej intensywnej czerwieni.

Słyszałam wiele negatywnych opinii na temat farb Syoss - według internautek niszczą włosy, powodują ich wypadanie, a do tego kolor trzyma się ekstremalnie krótko. Mimo to postanowiłam zaryzykować, pamiętając w miarę pozytywne doświadczenia po dawnym zastosowaniu Syoss Mixing Colors. Wybrałam kolor 5-29 - czyli Intensywną Czerwień.

Producent w opisie na opakowaniu obiecuje nam precyzyjny efekt koloryzacji, wyjątkową trwałość koloru i blasku, profesjonalne pokrycie siwych włosów (na szczęście mnie to jeszcze nie dotyczy, uff) oraz mocną strukturę i lśniące włosy.
 Przed zakupem rzuciłam okiem na skład, by upewnić się, że nie ma tu zawartości MEA. Nie było. Odetchnęłam z ulgą.

Zawartość pudełka prezentowała się tak:



Zastanawiacie się, gdzie podziały się rękawiczki? O, tu. Są wklejone do ulotki. :)


Butelka z mleczkiem utleniającym po wciśnięciu do niej zawartości tubki. Jakoś spodobał mi się ten widok. :)


Wymieszałam wszystko zgodnie z zaleceniami producenta i nałożyłam farbę na całe włosy - ponieważ poprzednie farbowanie miało miejsce sporo wcześniej, włosy były jedynie "poprawiane" szamponetką która i tak w zasadzie już się zmyła. Kolor farby był dużo intensywniejszy, niż na zdjęciu - była to wściekła, paprykowa czerwień.



Niestety, nie mam dla Was zdjęcia "po" :( Wiem, strzeliłam sobie w stopę - ale zwyczajnie zapomniałam go zrobić, i przypomniałam sobie o tym po dwóch-trzech tygodniach kiedy już poprawiłam kolor szamponetką. Mam jednak nadzieję, że uwierzycie mi na słowo. To była jedna z najpiękniejszych czerwieni, jaka mi kiedykolwiek wyszła. Kolor był mocny, intensywny, a włosy nie zdradzały oznak szczególnego upodlenia. Byłam zachwycona rezultatem! Nie mówiąc już o tym, że później wielokrotnie słyszałam komplementy na temat koloru moich włosów, i to od obcych ludzi. Najbardziej jednak ucieszył mnie fakt, że farba w jakiś sposób wyrównała ich kolor (włosów, nie ludzi!) - moje włosy od pewnej wysokości były ciemniejsze, co było pozostałością po wpadce z farbą L'oreala w listopadzie 2012. Po użyciu farby Syoss moje włosy miały jednolity kolor. Naprawdę, żałuję że nie zrobiłam tego zdjęcia... ale naprawię to w przyszłości!

Czy producent spełnił obietnice dane na opakowaniu?

Nie mi oceniać, czy farba spisze się w 100% na siwych włosach. Nie zauważyłam też szczególnej poprawy struktury czy szczególnego blasku. Farba niestety zaczęła płowieć po 2-3 tygodniach (z tego powodu zastosowałam szamponetkę), więc obietnicy wyjątkowej trwałości też nie należy traktować do końca poważnie - ale kolor rzeczywiście wyszedł bardzo podobny do tego na pudełku. Może nie była to chirurgiczna precyzja koloru, ale wciąż było BARDZO blisko. :)

Niestety, zauważyłam też jedną przykrą rzecz - wzmożone wypadanie. Wprawdzie nie wiem, co mogło być tego powodem ponieważ w momencie farbowania miałam już początki grzybicy i dość osłabiony organizm - ale fakt faktem, że taka rzecz miała miejsce. Nie było to jednak to, z czym zmagam się dziś - a minął już dobry miesiąc od zastosowania tej farby. Kiedy już w pełni dojdę do siebie, myślę, że zrobię drugie podejście i wtedy wszystko się zweryfikuje.

A dla dociekliwych - zdjęcie składu. ;)  Czy ktoś znający się na czytaniu składów mógłby go zinterpretować? Moje umiejętności w tym zakresie niestety są jeszcze mocno ograniczone.


Jakie macie opinie na temat farb Syoss? :) Zapraszam do dyskusji w komentarzach!
 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design