Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kolorówka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 kwietnia 2017

Bitwa Pod Szafami na Polach Rossmańskich AD 2017 - łupy i kilka słów opinii

Tytułowa Bitwa Pod Szafami na Polach Rossmańskich AD 2017 w dniu dzisiejszym dobiega już końca. W Rossmannach plączą się pewnie jeszcze ostatnie zbłąkane dusze, odbierając zamówienia bądź poszukując czegoś, co jeszcze mogą kupić w promocji, a nie pomyślały o tym wcześniej lub nie kupiły z powodu braków (ale o tym później). Pracownicy tej sieci pewnie już odliczają czas do końca, bo – jakby nie było – wyobraźcie sobie pracę w okresie promocyjnym w Rossmannach w tych większych miastach, zwłaszcza w pierwszych dniach promocji. W Internecie można było przeczytać artykuły opisujące zachowania niektórych klientek i budziły one po części zażenowanie, a po części nawet przerażenie – życie mi miłe, w dodatku ostatnio bywam paskudnie porywcza, stąd moje zamówienia były w większości zamówieniami internetowymi, które też nie obyły się bez kłopotów i mam dość nieciekawe zdanie na temat sposobu w jaki promocja została zorganizowana, ale o tym w dalszej części postu.
Teraz skupmy się na czymś przyjemniejszym – czyli oglądaniu nowych kosmetycznych nabytków :)






piątek, 1 kwietnia 2016

Niestety, nie dla mnie - Golden Rose Stick Foundation 02

"Podkłady? Im bardziej kryjące, tym lepiej!" - tak wyglądało moje podejście do tego typu produktów przez dobre kilka lat. Brak odpowiedniej pielęgnacji, dopasowanej do potrzeb mojej skóry (która okazała się być bardzo sucha, nie tłusta, jak to mi niejednokrotnie wmawiano) owocował różnymi dziwnymi zjawiskami na mojej twarzy. Raz było w miarę spoko, za chwilę wyglądałam jak muchomor. Normalka w okresie dojrzewania, i to właśnie takie sytuacje uczyniły z kryjących podkładów moich najlepszych przyjaciół. Z czasem (i ogarnięciem tematu pielęgnacji suchej skóry) problem ten - na szczęście - przestał pojawiać się tak często, a ja mogłam przerzucić się na lżejsze produkty, takie jak kremy BB.
Co więc skłoniło mnie do ponownego sięgnięcia po mocno kryjący podkład?


wtorek, 1 marca 2016

Małe nowości z Golden Rose

Hej! :)

W swoim mieście mam stoisko Golden Rose, które powoli zaczyna dorównywać Viperze jeśli chodzi o zawartość procentową mojej kosmetyczki, i złapałam się na tym że ile razy jestem w tej galerii handlowej, zawsze zaglądam na to stoisko (i mniejsza, że po drugiej stronie jest Inglot ;p). Tak było też i tym razem - musiałam kupić karmę dla kotów, a że stoisko było niedaleko... Zobaczcie, co z tego wyszło. :)




sobota, 27 lutego 2016

Cienie Mariza Brilliant

Hej!
Jak Wam mijają ostatnie dni lutego? :) Mi nerwowo, strasznie nerwowo... Nie dość, że praktycznie połowę (jak nie trzy-czwarte) lutego przesiedziałam w Wielkiej Brytanii, to jeszcze bycie studentem potrafi naprawdę dać w kość, jak i bieganie po lekarzach. Za parę lat na pewno będę tęsknić za "problemami pierwszego świata", jakie mam teraz, no ale...
Tak czy inaczej - melisa na uspokojenie zaparzona, można pisać. :)


środa, 9 września 2015

Pomadkowa środa - matowa pomadka Vipera Elite Matt nr 108 Berry Deluxe

Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie pewne zmiany w podejściu do makijażu. Nie zmienia się to, że moim ulubionym sposobem na makijaż oczu jest ciemne smoky eyes (i to się już chyba nie zmieni), nie zmieniają się drastycznie kolory, jakich do niego używam. Nadal lubię siebie bladą i raczej niechętnie używam różu do policzków, czasem podejmuję próby użycia bronzera, ale co tu dużo mówić... chyba jeszcze długo się nie nauczę.
Co więc się zmienia? Kolory pomadek, jakie ostatnio wybieram. Kiedyś były to blade, najczęściej beżowe nudziaki - najlepiej, jeśli stapiały się z kolorem skóry. Taka pomadka nie tworzyła konfliktu z ciemnymi cieniami na powiekach, ba - wręcz potęgowała efekt. Ostatnim dwóm pomadkom, jakie zakupiłam daleko jednak do bycia nudziakami...

Niby Miaoww...ale nie.

Powiedzmy sobie szczerze - jestem kociarą. Co gorsze, nie wiem czy to uleczalne. Wątpię.
Niby nie jestem już słodką nastolatką (choć nadal czuję się na może z 20 lat), al wciąż jeśli zobaczę gdzieś coś z kocim designem, momentalnie słyszę w głowie "bierz". A jeśli akurat wychodzę z egzaminu, którego przebieg nie był do końca taki jak bym sobie tego życzyła, to już w ogóle chowajcie się wszystkie kocie rzeczy. Niestety (stety?) tej dwójce nie udało się przede mną ukryć, kiedy weszłam do Rossmanna celem nabycia bazy pod cienie.



Zauważyłam w szafie, obejrzałam (bez otwierania - to ważne), pomyślałam - słodkie. W dodatku akurat w przecenie. Za eyeliner w pisaku zapłaciłam wtedy 13,49zł, a za mascarę - 10,99zł. Pomyślałam - okej, eyeliner w sumie i tak miałam kupić, tusz do rzęs niby mam, ale niech już będzie - i tak egzemplarze z końca półki (to też jest tu ważne) trafiły do koszyka, tuż obok wspomnianej wcześniej bazy.

wtorek, 8 września 2015

Vipera BB Cream Silky Match Maker 04

Kremy BB firmy Vipera Cosmetics są mi znanymi kosmetykami. Miałam już trzy - Cover Me Up, Get A Drop (notka na jego temat w przygotowaniu) i Silky Match Maker, który widzicie na zdjęciu obok. Niestety, chwilę jeszcze muszę pomęczyć się ze zdjęciami średniej jakości, ale wszystko zmierza ku lepszemu.
Wracając do kremu BB - był on efektem spontanicznej wizyty na stoisku Vipery w gdańskim Madisonie. Początkowo miałam kupić tylko pomadkę, którą wypatrzyłam na fanpage'u firmy, ale powiedzmy sobie szczerze - ja tam zawsze idę "tylko po coś", a wychodzę z nadprogramowym kosmetykiem, wyrzutami sumienia i miotającym wściekłe spojrzenia w moją stronę portfelem. Już tak mam - jak już jestem na stoisku, to zawsze sobie pooglądam, popatrzę... no i tym razem postanowiłam poszukać jaśniejszego odcienia kremu BB Cover Me Up. Poszukiwania przerwała mi jednak ekspedientka (bardzo sympatyczna swoją drogą), która uznała że mam bladą cerę, a dla takiej idealny będzie Silky Match Maker. Sama miała go własnie na twarzy i cóż... wyglądał naprawdę dobrze.
Odkręciłam tester, popatrzyłam... Kolor faktycznie jasny, blady, nieco szarawy. Nałożyłam trochę pod oko - bajka. Uznałam, że bez niego nie wychodzę :) I tak oto skończyłam z kolejnym kremem BB i malinowo-czerwoną pomadką, którą opisywać będę na dniach.

sobota, 4 lipca 2015

Nocą, nocą - paleta cieni w7 In The Night

Dawno, dawno temu pokazywałam Wam na Instagramie moją pierwszą paletę cieni - no, przynajmniej pierwszą w takiej formie ;) W dodatku nie miałam wcześniej styczności z marką w7. Paletę In The Night dostałam jako prezent od siostry mieszkającej w Wielkiej Brytanii tuż przed tym, jak marka ta pojawiła się w Naturach. Siostra dobrze wie, jaki typ makijażu preferuję (w sumie ona jedyna z mojej rodziny nigdy z tym nie walczyła) i pewnie tym kierowała się przy wyborze palety. In The Night wydawałaby się być idealną paletą do smoky eyes. Czy aby na pewno?

piątek, 3 lipca 2015

Tanio i dobrze - baza pod cienie Wibo

O ile cieni do powiek zużyłam już całą masę, o tyle bazy pod cienie to dla mnie stosunkowa nowość. Nie mam pojęcia, jak udawało mi się kiedyś zrobić makijaż bez tego kosmetyku i nie chcę wiedzieć, z ilu cieni byłam niezadowolona, bo "wyglądały do bani, nie trzymały się powieki i szybciutko znikały". Cóż, może gdybym wcześniej odkryła blogosferę, uniknęłabym wielu makijażowych wpadek :)


Pierwszą bazą, jakiej używałam była baza Nyx, która znajdowała się w paletce One Night in Morocco kupionej na wyprzedaży blogowej u Annabel, jednak o ile z samej paletki byłam w miarę zadowolona, o tyle baza bardzo się u mnie nie sprawdzała. Używałam jej z przymusu, póki nie wymęczyłam jej do końca. Podczas jednej z wizyt w Rossmannie wypatrzyłam jednak bazę Wibo, którą widzicie na poniższym obrazku. Kosztowała 9,90zł, do tego była ostatnia, co - w obliczu braku bazy pod cienie i tego, że bez tego kosmetyku nie wyobrażam sobie już makijażu oczu - nieco pomogło mi w decyzji. :D

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Krem BB Vipera Cover Me Up! - 02 Neutral

Po średnio udanym własnołapnie stworzonym kremie BB (którego tworzenie wspominam miło) chciałabym pokazać Wam kryjący niedoskonałości krem BB Cover Me Up! firmy Vipera Cosmetics. Pierwszą styczność z nim miałam na spotkaniu blogerek w Gdyni - został użyty przez jedną z Pań w trakcie robienia mi makijażu. To był pierwszy raz, kiedy miałam styczność z takim produktem - wcześniej używałam jedynie podkładów. Wiedziałam jednak że jest to lżejszy produkt, do tego usłyszałam, że mam całkiem ładną cerę i nie muszę na co dzień mieć AŻ takiego krycia, więc dało mi to do myślenia.
Z tą "całkiem ładną cerą" nie do końca się zgodzę. Często mam jakieś zaczerwienienia, drobne krostki, czasem nawet wyglądam jak dorodny czerwony muchomor, ale wizja mniejszego obciążania cery w końcu wygrała i zainteresowałam się tematem.


niedziela, 31 maja 2015

Nowości majowe

No tak, maj już praktycznie się kończy, a ja dopiero teraz pokazuję Wam kolejną porcję nowości :) To będzie taki typowo lekki, niedzielny post. No i jak wiadomo - im bliżej sesji, tym student dalej ucieka od nauki...

1. Przesyłka od Vipery
Vipera postanowiła mnie zaskoczyć i obdarować mnie "skromnym" upominkiem. Ładny mi "skromny"... Kiedy otworzyłam paczkę, opadła mi szczęka. Tyle dobroci, tyle wspaniałości! Musiałam wyglądać jak kot, który właśnie dostał tuńczyka :D Wiecie, oczy jak pięć złotych i ogon jak szczotka do butelek z tej radości :D
Vipera Cosmetics - jeszcze raz dziękuję! :)
Na zdjęciu widzicie krem BB, brązowy tusz do rzęs, dwa lakiery do paznokci (miętkę, którą pokazywałam już na Instagramie i moje już-ukochane bordo), a także hamstera i czerwony woreczek do niego, który mnie zauroczył :) Czerwony... No tak, w końcu nazwa mojego bloga jest, jaka jest :)


piątek, 1 maja 2015

Nowości - choć nie wszystkie takie nowe :)


Hej :)

Witam pierwszo-majowo :)
Dawno nie było u mnie notki z nowościami. Ba, dawno w ogóle mnie tu nie było. Nowości nie ma może dużo i dominuje głównie kolorówka, w dodatku to bardziej nowości zbiorcze z kilku miesięcy, do tego światło i aparat ewidentnie zrobiły sobie ze mnie jaja... ale może akurat któraś z Was jest ciekawa, może któraś szukała posta z nowościami, a może kogoś coś zainteresuje... :)


czwartek, 30 kwietnia 2015

Chomiki atakują - hamster Vipera Magnetic Play Zone

Cześć i czółkiem :) 

Zapewne pamiętacie to małe ustrojstwo, które dostałam zeszłej jesieni na spotkaniu blogerek w Gdyni? :)
Jest to magnetyczna paletka, która od tamtego czasu towarzyszy mi za każdym razem, kiedy wyjdę na dłużej z domu. Jeździ ze mną na uniwersytet, ratuje z opresji kiedy rano nie zdążę się umalować (i nadrabiam na szybko w pociągu), jest bardzo praktyczna, a do tego i estetyczna. Panie (i Panowie?), przedstawiam Wam hamsterka Vipera Magnetic Play Zone!

piątek, 27 lutego 2015

Kot i czerwień? Jakim cudem? - Błyszczyki Elite Vipera Cosmetics

Witajcie!

Sesja się skończyła (wreszcie), a ja oczywiście już dzień po ostatnim egzaminie kichałam, kaszlałam, i walczyłam z gorączką - zresztą, nadal walczę. To trzeba mieć szczęście... W zasadzie zawsze mogło być gorzej - mogłam przecież zachorować w środku sesji, a wtedy z nadrobieniem jej nie byłoby łatwo. Niemniej jednak tak jak obiecywałam - jestem z powrotem, a oprócz bloga ruszył też koci Instagram, który można znaleźć TUTAJ.
Muszę przyznać, że studia skutecznie wyciskają mnie z sił niczym cytrynę... ale jestem silna i się nie dam! Tylko czy Wy wybaczycie mi nieobecność...?

Pewnego styczniowego dnia, wracając z wykładów, zahaczyłam o stoisko firmowe Vipera Cosmetics w gdańskim Madisonie. Tego dnia zaliczyłam pierwszy przedmiot na 5, do tego jakiś czas wcześniej pokrywka od mojego hamstera (którego muszę Wam zaprezentować na dniach) poległa w nagłym starciu z uniwersytecką podłogą, więc okoliczności jak najbardziej sprzyjały. Ku mojemu zdziwieniu, Pani na stoisku pamiętała mnie ze spotkania :D Było mi bardzo miło:) Tego dnia kupiłam wkład do hamstera, pokrywkę, lakier i jeden z błyszczyków, o których za chwilę przeczytacie.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Kot kreskowy - eyeliner Hi-Tech od Pierre Rene :)

 Eyelinery nie należą do najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków. Zwykle mój makijaż jest dość ciemny, nie boję się wcale czerni i tym podobnych kolorów na całej powiece, więc kreski po prostu nie miały racji bytu - i tak nie byłoby ich widać, a innym argumentem za nieużywaniem eyelinera było "przecież i tak kreska wyjdzie mi krzywa". Niemniej kiedy powyższy gagatek został mi sprezentowany na spotkaniu blogerskim przez firmę Pierre Rene, postanowiłam może troszkę zmienić swoje nastawienie.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Bo ramą oczu są brwi - stylizator do brwi Pierre Rene

Witajcie :)

Dziś opowiem Wam o kosmetyku, który jest pierwszym tego typu produktem w mojej kosmetyczce. Niestety, nosiłam go często ze sobą i opakowanie "troszkę" się porysowało...mam nadzieję że nie będzie Wam to przeszkadzać :(

Tak - nigdy nie wpadło mi do głowy, że może istnieć coś do malowania brwi, ale i prawdę mówiąc niespecjalnie tego potrzebowałam. Mój naturalny kolor włosów to średni/ciemny blond i jestem w miarę blada, ale oprawę oczu mam ciemną. Moje naturalnie czarne rzęsy i brwi zwracały uwagę już w dzieciństwie, ale wciąż sporo - przynajmniej brwiom - im brakowało do idealnych. Potem nieco zjaśniały przez to, że farbowałam je henną, ale w porę się opamiętałam i obecnie jest tak, jak było zawsze... ale wciąż nie wyglądają najlepiej niepociągnięte niczym, więc przeważnie traktowałam je nieco podeschniętym tuszem do rzęs. Uprzedzając Wasze pytania - nie, nie wyglądałam jakbym uciekła z teatru, przynajmniej póki uważałam na aplikowaną ilość :D

środa, 5 listopada 2014

Podkład mineralny Pixie Cosmetics


Jak wiecie, jakiś czas temu przerzuciłam się na podkłady mineralne i uważam, że była to dobra decyzja. Moja skóra dobrze je toleruje i sprawia mi przy nich mniej niespodzianek, choć nie będę ukrywać że aplikacja jest nieco bardziej problematyczna niż przy zwykłym, drogeryjnym podkładzie w płynie. Podkłady mineralne lubią też podkreślać rozszerzone pory, ale trudno się mówi... coś za coś. :)

Na przedpremierową facebookową zabawę Pixie Cosmetics trafiłam zupełnie przypadkiem, jednak udało mi się załapać do grupy 100 osób, które dostaną darmowe próbki. Można było wybrać sobie odcienie z dość szerokiej gamy kolorystycznej, jaką oferuje Pixie – z racji bycia żółtawym bladziochem wybrałam Dune, Almond Milk i Butter Cream.

Najpierw jednak zajrzyjmy do składu:

Mica – mika, naturalny rozświetlający minerał;
Titanium Dioxide – dwutlenek tytanu;
Zinc Oxide – tlenek cynku;
Zinc Stearate - zwiększa przyczepność, ułatwia aplikację produktu;
Kaolin - glinka;
Silica - krzemionka;
Gold - złoto;
(+/-) CI … - barwniki;

Skład jest dłuższy i bogatszy niż w przypadku stosowanego przeze mnie ostatnio Annabelle Minerals, ale zaskakuje swą dobrocią. Zaskoczyła mnie mika na pierwszym miejscu w składzie, bo podkład po nałożeniu wcale nie oślepia ilością skrzących drobinek... W sumie dopiero zapis składu uświadomił mi, że jest ona tak wysoko. Do tego mamy krzemionkę, glinkę i... złoto. Podkład na bogato! :)


Obecnie Dune jest kolorem najbardziej odpowiednim dla mnie, choć - co może się wydawać dziwne - dwa pozostałe kolory też wpasowują się w moją kolorystykę. Jakoś tak wyszło, że wybrałam kolory których mogę używać bez większej szkody dla siebie :) Myślę, że Almond Milk byłby świetny na zimę, zaś Butter Cream - na lekką opaleniznę. :)
Na zdjęciu średnio to widać, ale bardziej "żółtym" kolorem jest Dune. Butter Cream bardzo delikatnie wpada w pomarańczowe tony i jest nieco ciemniejszy od Dune.

Pierwszą rzeczą, jaką mogę powiedzieć o tym podkładzie jest to, że fenomenalnie wygląda na skórze praktycznie już od momentu nałożenia. Nie było u mnie tego etapu przejściowego, w czasie którego podkład „łączył się” ze skórą – on po prostu wtapiał się w nią już od momentu nałożenia. Mimo lekkiego pylenia bardzo dobrze trzyma się pędzla, nie ma też tego charakterystycznego „zapaszku”, który pojawia się przy Annabelle Minerals. Wartą odnotowania rzeczą jest też szeroka gama odcieni, wśród których każdy znajdzie coś dla siebie.

Teraz kilka słów o mojej skórze. Na spotkaniu blogerek w Gdyni usłyszałam od Pani z Vipery, że mam bardzo ładną cerę i w zasadzie nie potrzebuje ona krycia. Otóż... nie. Nie mam może przebarwień, ale mam za to tendencję do zaczerwienień i podrażnień, stąd muszę mieć kosmetyk który będzie potrafił temu podołać i nie zawiedzie. Niestety... to nie jest produkt Pixie Cosmetics.

Przed

Po
Pomimo tego, że przyjemnie mi się go używa, podkład ten nie spełnia mojego podstawowego kryterium jakim jest dobre krycie. Na zdjęciu wygląda to nieco lepiej niż w rzeczywistości. Nie chodzi mi o to, by robił maskę – chodzi mi o to, bym mogła się nim w miarę szybko umalować i nie straszyć ludzi czerwoną twarzą. Odkąd rano mam ściśle ograniczony czas na makijaż, takie rzeczy są dla mnie ważne i co tu dużo mówić, ten podkład u mnie się nie spisuje – krycie jest przeciętne nawet po kilku warstwach, a z racji dobrej przyczepności łatwo zrobić sobie nim plamę. Być może da się nim uzyskać dobre krycie, ale to wymagałoby chyba nieco dłuższej chwili, której ja zwykle nie mam. Zdarzało mu się też warzyć na skórze i szybko znikać. Dla kogoś bez większych problemów z cerą podkład ten byłby świetnym rozwiązaniem, ale cóż... nie dla mnie.

Podkładowi przyznaję 4/6 i czekam na wersję lepiej kryjącą, bo od strony składu jest to naprawdę godny polecenia produkt :) Szkoda tylko, że tak nie trafił w moje konkretne potrzeby... Naprawdę, ubolewam nad tym.

Pozdrawiam! :)


środa, 15 października 2014

Puder mineralny Art Make-Up Eveline

Nie używałam w życiu zbyt wielu pudrów w kamieniu. Wydawały mi się jakieś niepraktyczne, słabo kryjące i mniej wygodne od podkładów w formie płynnej. Długo stawiałam te dwa produkty na równi i mając do wyboru - puder w kamieniu lub podkład w płynie, wybierałam to drugie. Czasem tylko, jeśli akurat w domu znalazłam jakiś ogryzek po starszej siostrze która z racji miłości do solarium różniła się ode mnie znacznie karnacją, nakładałam ciemniejszy puder w kamieniu pod kości policzkowe, jak bronzer (brązer? jak to się w końcu pisze?).


Puder Eveline Art Make-Up dostałam na spotkaniu blogerskim w Gdyni i początkowo byłam nim przerażona. Już krótki rzut oka na odcień uświadomił mi, że jako bladzioch raczej się z nim nie zaprzyjaźnię... Niestety, wszystkie dziewczyny dostały ten sam odcień - 31 Transparent - więc niezbyt było z kim się zamienić. W nadziei że może na twarzy nie będzie się tak wyróżniał, przystąpiłam do testów - minerałki miałam już praktycznie na wykończeniu, więc i czas trafił się dobry.

Puder ma tradycyjne, plastikowe opakowanie z przezroczystą "zakrętką", która przyklejona jest do drugiej części zawierającej puder za pomocą przezroczystej naklejki. Moim zdaniem nie jest to wystarczające zabezpieczenie produktu - nie zatrzyma ono macacza drogeryjnego, któremu możliwość obejrzenia odcienia jak na dłoni może nie wystarczyć, a opakowanie tak zachęcająco samo otwiera się w dłoni... Powiedzmy sobie szczerze - nikt z nas nie ma ochoty używać kosmetyków, do których ktoś wkładał swoje paluchy i nikt z nas nie ma ochoty zaprzyjaźniać się z czyimiś bakteriami. Zresztą, już na spotkaniu opakowanie samo otworzyło mi się w ręce przy wyjmowaniu go z torby z produktami. Nie ma też żadnego puszka, gąbeczki, jakiegokolwiek aplikatora. 

Trochę poharatał się od nakrętki. :(

Co o produkcie mówi producent: 

"MATUJĄCY PUDER MINERALNY Z JEDWABIEM
Ultralekka formuła nie zapycha porów skóry.
Pierwszy puder prasowany marki Eveline Cosmetics wzbogacony kompleksem ANTI-SHINE, który skutecznie matuje i ujednolica cerę.
Delikatna i aksamitna struktura pudru ułatwia jego równomierne rozprowadzanie, doskonale dostosowuje się do struktury skóry oraz nadaje jej świeży, jedwabisto-matowy wygląd.
Puder dostępny jest w 6 półtransparentnych odcieniach, które idealnie stapiają się z kolorytem skóry, kryjąc równocześnie drobne niedoskonałości i przebarwienia."

Skład prezentuje się tak:


Talc - minerał z grupy krzemianów, absorbent, składnik matujący
Titanium Dioxide - dwutlenek tytanu, filtr UV, barwnik stosowany w kosmetykach naturalnych
Ethylhexyl Hydroxystearate - emolient, pochodna kwasu stearynowego (jeden z nasyconych kwasów tłuszczowych)
Mineral Oil - parafina (!)
Theobroma Cacao Seed Oil - olej kakaowy
Camellia Sinensis Leaf Oil - wyciąg z liści zielonej herbaty
Silk - obiecany na opakowaniu jedwab
Phenoxyethanol - (konserwant, niby bezpieczniejsza alternatywa dla parabenów)
Ethylhexylglycerin - konserwant pochodzenia naturalnego, dodatkowo nawilża
May contain [+/-] (...) - barwniki

I tu się na chwilę zatrzymam. Uważam, że to wcale nie jest zły skład dla pudru i byłam nim nawet lekko zaskoczona - mineralnym bym go nie nazwała, bo jeśli obecność talku i titanium dioxide czyni kosmetyk mineralnym, to większość cieni i kolorówki na rynku taka jest... ale PARAFINA?! W pudrze, którego "ultralekka formuła" ma nie zapychać porów?! Przecież parafina jest czynnikiem powodującym zapchanie u przynajmniej połowy właścicielek problematycznych cer...

 A wspominam go...
...średnio. Ze względu na parafinę w składzie podchodziłam do niego z dość dużą dozą nieufności. Moja cera potrafi trochę gwałtownie reagować na parafinę i raczej nie ma szans, by umknęło to otoczeniu, a pewnie sami wiecie jak denerwujące potrafią być pytania w stylu "Co Ty tu masz?", już nie mówiąc o dyskomforcie własnym. 
Niestety, odcina się od skóry.
Zacznijmy może od odcienia. Moja cera jest raczej jasna, z żółtymi podtonami. Puder jest leciutko od niej ciemniejszy i niestety wpada w pomarańczowe tony. O ile nie mam większych zastrzeżeń do wyglądu pudru na skórze - bo z tym nie jest źle, w trakcie stosowania nie zauważyłam efektu tapety widocznej z kilometra - o tyle kolor nie jest w moim przypadku trafiony. Po nałożeniu na twarz wyraźnie odcina się od szyi i to go u mnie dyskwalifikuje.
Jeśli chodzi o matowanie, owszem - matuje, ale efekt nie utrzymuje się wiecznie. Po około trzech-czterech godzinach radziłabym poprawkę/użycie bibułki matującej.

Zaryzykowałam testowanie go, bo raz że kończyły mi się minerałki, a dwa - byłam go po prostu ciekawa. Dziś wiem, że już po niego nie sięgnę, nawet w jaśniejszym odcieniu. Przez pierwsze kilka dni testowania nawet nie było źle, po tygodniu zostałam już nieźle wysypana. Odstawiłam go na półkę, doprowadziłam się jakoś do porządku i po małej przerwie postanowiłam sprawdzić, czy tym razem skończy się tak samo. Już po dwóch dniach zauważyłam na twarzy krostki... tak więc obietnice o niezapychaniu porów można między bajki włożyć. Dobrze, że przynajmniej trochę kryje i faktycznie łatwo się rozprowadza.

Dla tych z Was, którym parafina w kosmetykach nie przeszkadza, może to być całkiem ciekawy produkt spod znaku Eveline i nie zniechęcam do niego totalnie, bo wiem, jak kapryśna potrafi być moja skóra. Nie zmienia to jednak faktu, że puder się u mnie nie sprawdził i przyznaję mu ocenę 3/6. Więcej po niego nie sięgnę i pokornie uciekam pod skrzydła minerałków Pixie Cosmetics, których otrzymane próbki pokażę wkrótce na blogu.

A Wy macie jakiegoś faworyta wśród takich pudrów?

Pozdrawiam!

wtorek, 12 sierpnia 2014

Kot mineralny - pierwsze spotkanie z Annabelle Minerals

Witajcie! :)
Podkłady mineralne to kosmetyk, o którym słyszała chyba już każda z nas, ale nie każda z nas stosuje. Mi osobiście trochę długo zajęło przerzucenie się na minerałki, ale co się odwlecze... :)
Moją pierwszą próbą były minerałki od Yves Rocher i żałowałam wtedy, że od razu nie skusiłam się na polecany mi przez Jaskółeczkę podkład Annabelle Minerals, o którym słyszałam tyle pozytywnych opinii. Przy pierwszej dogodnej okazji zamówiłam więc próbki podkładu kryjącego tej firmy. Pierwszym zaskoczeniem była zawartość koperty - zamawiałam bowiem dwie próbki, a dostałam trzy :) Dziękuję! :)

Zachęcam do zapoznania się z firmą na ich stronie internetowej - www.annabelleminerals.pl :) Bardzo pozytywną rzeczą jest to, że podkłady nie zawierają żadnych niepotrzebnych świństw, a składy są króciutkie. Przechodzę jednak do pokazania Wam próbek :) 


Próbki zapakowane są w małe, jednogramowe słoiczki i każdy taki słoiczek kosztuje 7,50zł. Taka ilość spokojnie wystarcza na kilka aplikacji. Ponieważ należę raczej do bladziochów, wybrałam odcienie z "fair" w nazwie. Jak widać powyżej - beige fair ma trochę pomarańczowe tony, natural fair z kolei jest bladziochem jakich mało - raczej chłodny, jasny kolor. Najodpowiedniejszym, najmniej odcinającym się od reszty mojego ciała kolorem jest golden fair, który obstawiałam od samego początku (i którego, jak widzicie, zużyłam już najwięcej). Moja cera jest lekko żółtawa, więc żółte tony w podkładach są jak najbardziej mile widziane.

No dobrze, chyba udało mi się dopasować kolor, a co z właściwościami kryjącymi?

Dziewczyny, nie będę się rozpisywać. Zobaczcie same :D
Byłam tak zaspana... :) W trakcie robienia zdjęć nieco zmieniło się światło. Widać po szyi - tam nie nakładałam podkładu ;)
Golden fair nie jest w rzeczywistości TAK bardzo żółty i nie wiem, skąd ta żółta plama na policzku (bo normalnie nie było jej widać - jakiś kaprys aparatu? chociaż zwykle nakładam tam nieco większą ilość podkładu...) - w rzeczywistości kolor wygląda dużo lepiej - ale trzeba przyznać, że krycie jest co najmniej zadowalające. Prawdę mówiąc byłam zdziwiona, że krycie jest TAK dobre. Można nałożyć wiele warstw tego podkładu i on wciąż nie tworzy maski - wygląda bardzo naturalnie. Większych niedoskonałości może nie zakryć i może być je widać, ale na moje potrzeby jest bardzo dobry. Cieszy też, że producent nie przesadza z miką i nie ma efektu "księżyca w pełni" - jest po prostu ładna, zdrowa skóra. Do tego wszystkiego należy dołożyć fakt, że podkład rzeczywiście nie zapycha i ze skórą nie dzieje się nic drastycznego.

Z trwałością bywa różnie. W dzień, kiedy temperatury utrzymują się na w miarę ludzkim poziomie podkład jest w stanie wytrzymać około sześciu godzin bez konieczności matowania go, ale później zaczynam już się błyszczeć. W upalne dni z kolei miał tendencje do spływania, łatwo też się ścierał, ale tak zachowa się każdy podkład w afrykańskich temperaturach jakie miały miejsce - a jeśli nie, to zastanowiłabym się, co ma w składzie. Wymusza też sumienną pielęgnację skóry - jeśli gdzieś będą suche skórki (u mnie często bywają na nosie i brodzie), prawdopodobnym jest, że podkład to podkreśli. Tak samo, jak rozszerzone pory - jeśli je posiadacie (ale ja zwykle wciskałam podkład pędzlem w skórę i nie było źle. Wiem, dziwna jestem. :D). Nie próbowałam nakładać go pędzlem zwilżonym wodą termalną czy też na bazę do makijażu, więc mogę ocenić tylko jeden sposób aplikacji - ale i tak źle nie jest.



Podsumowując - pierwsze spotkanie z Annabelle Minerals uważam za bardzo udane i żałuję, że nie nastąpiło wcześniej. Spotkań zapewne będzie więcej, bo na chwilę obecną jest to chyba najlepszy podkład, jaki miałam. Te kilka małych nieprzyjemności, które wymieniłam są niczym w obliczu świadomości używania kosmetyku wolnego od chemii, w którym jest tylko to, co być w nim musi - bez ryzyka alergii czy tym podobnych niespodzianek. I to wszystko w cenie 30zł za 4g. 
Nie powinnam oceniać produktu na podstawie próbki, wiem - jednak tutaj mogę spokojnie dać 5/6, ponieważ 1g podkładu mimo wszystko starczy na chwilę testowania :) Na pewno kupię wersję pełnowymiarową.

Co myślicie o podkładach mineralnych? Używacie? Lubicie? :)
Pozdrawiam!

PS: Pamiętajcie o mini-ankietce po lewej!

piątek, 8 sierpnia 2014

Osłódź mi dzień! :) Rimmel Lasting Finish Matte Lipstick by Kate nr 103

Witajcie! :)

Zapewne pamiętacie, że jakiś czas temu wygrałam pomadkę w rozdaniu u Żanety z bloga Mums in heels (jeszcze raz dziękuję!) :) To moja druga matowa pomadka (choć do końca matowa też nie jest) i pierwsza pomadka od Rimmel zarazem.W kopercie znalazłam też krótki liścik od Żanety - nie macie pojęcia, jak uwielbiam takie drobne gesty! :)
Zwykle przechodząc koło kolorówkowej szafy Rimmel w chociażby Rossmannie raczej nie poświęcałam tej marce zbyt wiele uwagi. Z lat nastoletnich zostało mi przekonanie "eee, i tak mnie nie stać" - bo wtedy, by zmieścić się w skromnych funduszach, kupowałam kosmetyki zupełnie innych marek :) Gdyby nie rozdanie Żanety, pewnie nie wiedziałabym nawet, że taka pomadka znajduje się w ich ofercie. Cieszę się jednak, że stało się inaczej.


Rimmel Lasting Finish Matte Lipstick By Kate Moss to pierwsza pomadka, która przypadła mi do gustu do TEGO stopnia - już nawet pomijając fakt wygrania jej w rozdaniu - że mam ją zawsze przy sobie i istnieje realna szansa zużycia jej do końca przed upływem terminu ważności. Prawda, wygrałam ją w genialnym momencie - akurat byłam przybita po tym, jak dowiedziałam się, że nie dostanę się na wymarzony kierunek studiów, więc taki pozytywny akcent poprawił mi nastrój. Zwłaszcza po otworzeniu pomadki, kiedy zobaczyłam na żywo jej kolor - tak dla mnie nietypowy, ale jednak mi pasujący :)
W tej notce pozwolę sobie pominąć skład, ponieważ średnio mogę go znaleźć w odmętach Internetu. Na pewno jednak nie pominę całej reszty - a jest o czym opowiadać. Okazało się bowiem, że matowe pomadki są dla mnie wręcz idealne. Żadnych irytujących drobinek, brokacików, świecidełek wędrujących później po całej twarzy i sprawiających, że wyglądamy, jakbyśmy dopiero co przytulały się do wampira Edka (wybaczcie, fanki Zmierzchu, ale rozwaliła mnie scena w której - w świetle dziennym - zmienił się w żywą bombkę). Po prostu kolor, ale... to nie jest jedyna zaleta tego produktu.

Wampir Edek - https://giannaperada.files.wordpress.com/2012/04/edward_sparkling-1.jpg

Grzechem byłoby nie wspomnieć o konsystencji pomadki, której zdecydowanie nie można zarzucić zbytniej twardości czy suchości - jak to często bywa w przypadku matowych pomadek. Sztyft delikatnie sunie po ustach i nie trzeba się z nim szarpać (jak to ma miejsce w przypadku mojej drugiej matowej pomadki), pokrywając usta równomiernym kolorem, nie roluje się. Jest też bardzo lekka - zdarza mi się zapominać, że mam pomalowane usta, i... pachnie arbuzem! :D
Trwałość również oceniam bardzo dobrze. To pierwsza pomadka, która wytrzymuje na moich ustach dłużej, niż trzy godziny. Z nią na ustach potrafię się napić ze szklanki, pozostawiając na niej jedynie słaby, transparentny ślad, czasem zdarzało jej się wytrzymać nawet pół dnia w niezmienionym stanie, a jak już schodziła - równomiernie. Dla kogoś takiego jak ja jest to bardzo duży plus.


Kolor pomadki (nazwany po prostu 103) przywodzi mi na myśl tylko jedną nazwę - różany :) Taki trochę intensywniejszy. Myślę, że trochę podobny do mojego naturalnego koloru ust. Na zdjęciach jest nieco bledszy i mniej intensywny niż w rzeczywistości (ech, te genialne światło...), ale zachwycił mnie - fankę odcieni raczej w stronę nudziaków niż intensywnych kolorów. Do tego nie kłóci się z moją żółtawą cerą, a całkiem nieźle się z nią komponuje. Mimo wszystko sama pewnie nie sięgnęłabym po taki kolor myśląc "eee, na pewno nie będzie mi pasował". Tym bardziej cieszę się, że ją wygrałam :)

Usta po aplikacji
Usta przed aplikacją

Nie obyło się oczywiście bez wad, o nie. Tak dobrze to nie ma. Szminka potrafi bezlitośnie podkreślić suche skórki, więc zmusza do bardziej uważnej pielęgnacji ust, może też delikatnie przesuszać (ale leciutko). W upały trzyma się ust zdecydowanie słabiej, ale powiedzmy sobie szczerze - my też "trzymamy" się wtedy gorzej, niż zwykle. Nie wiem jak Wy, ale ja w ostatnie, afrykańskie wręcz, upały radziłam sobie naprawdę kiepsko.

Przechodząc do oceny - pokochałam tę pomadkę całym sercem i... w zasadzie to myślę o siostrzyczce dla niej :)  Często malowałam się nią tak po prostu, dla przyjemności - dostała nawet pseudonim "Osłódka" :) Jest to pierwsza szminka, której używam tak często i z taką chęcią. Dobrze wygląda, ładnie pachnie, ma świetną konsystencję i długo się trzyma - czego chcieć więcej? No, można... składu umieszczonego na opakowaniu. I właśnie za to odejmę jej jeden punkt. Tak więc pomadka zdobywa w kociej skali 5 punktów na 6 możliwych :)

Cena: 19zł/4g

Używacie? Polecacie jakiś konkretny odcień z tej linii? :)

Pozdrawiam!

 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design