Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lakier do paznokci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lakier do paznokci. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 maja 2017

Mały koszmarek... Top Coat Gel Look – Golden Rose


Na wstępie zaznaczę, że uwielbiam niektóre kosmetyki tej firmy. Poważnie. Powiedziałabym nawet, że w pewnym momencie ta marka zdominowała mój makijaż i zawartość kosmetyczki – między innymi ze względu na jakość produktów, przystępne ceny i fakt, że mam do nich łatwy dostęp dzięki stoisku w galerii handlowej w moim mieście. Owa galeria poza GR ma tylko Inglota, jednak do niego dopiero się przekonuję, a ofertę GR jednak jako tako już znam i wiem, czego mogę się spodziewać po ich produktach.
Niestety, w przypadku dwóch srogo się zawiodłam – jeden z nich widzicie na zdjęciu.


czwartek, 4 czerwca 2015

Kocimiętka... - Vipera FocusOn nr 908

Rozbielone, pastelowe kolory są na moich paznokciach rzadkością. Nie dlatego, że ich nie lubię - po prostu jakoś tak wychodzi. Z reguły wolę sięgnąć po bardziej wyrazisty kolor. Do niedawna byłam chyba jedyną, która nie miała jeszcze miętowych paznokci - zmieniło się to za przyczyną firmy Vipera Cosmetics, która podarowała mi lakier w tym kolorze.

Nie wiem, jakim cudem umknęła mi seria lakierów FocusOn. To kolekcja 15 odcieni szybkoschnących lakierów z szerokim pędzelkiem, dzięki któremu jedną "porcją" lakieru mamy pomalować aż 3 paznokcie. Do tego lakier ten ma być trwały i wyjątkowo lśniący.
Poniżej widzicie dostępne odcienie na wzorniku. Fioletowy i bordowy - coś pięknego! <3 Miętowy jednak nie ustępuje im w niczym i to właśnie nim zajmiemy się dzisiaj.



Prostokątna buteleczka z przejrzystą szatą graficzną i z napisami, które praktycznie się nie ścierają - to lubię. No, nie ścierają się za wyjątkiem naklejanych na nie etykietek, ale to można przeżyć :) Pędzelek, choć wbrew pozorom nie bije rekordów wielkości, rzeczywiście jest szerszy niż w standardowym lakierze i łatwo się nim operuje.
Rzeczywiście, jedną porcją lakieru można pokryć trzy paznokcie, a nawet cztery - ale te warstwy są bardzo, bardzo przejrzyste. Nie ma co marzyć o dobrze wyglądających paznokciach bez nałożenia minimalnie dwóch warstw - w niektórych przypadkach optymalną ilością mogą okazać się trzy warstwy. Jedna wygląda strasznie - taka transparentna, dziwna zieleń. Początkowo byłam rozczarowana i wydawało mi się to znaczącą niedogodnością, ale... mimo wszystko lubię ten lakier.

A dlaczego? Bo to jeden z najtrwalszych lakierów, jakie posiadam. Na paznokciach wygląda rzeczywiście świetnie - połysk jest moim zdaniem porównywalny z lakierem żelowym. Schnie szybciutko, co też nieco łagodzi początkową słabą pigmentację, która z kolei po drugiej warstwie przestaje istnieć. Wytrzymał on na moich paznokciach 5 dni, tak samo jak poprzedni lakier innego producenta, który opisywałam - chociaż w przypadku lakieru FocusOn nie poprawiałam tak często końcówek. Taka trwałość rekompensuje mi konieczność nakładania dwóch grubszych, a nawet i trzech warstw.
Warto też odnotować, że - według producenta - lakier nie zawiera szkodliwych substancji takich jak toluen, kamfora, formaldehyd czy ftalan dwubutylu. I to kolejna rzecz, która mi się podoba - nie lubię się zastanawiać, czy upiększaniem się aby nie dowalam zbytnio własnemu zdrowiu.

No, tyle gadania - a jak lakier wygląda na moich paznokciach? :)
(i w tym miejscu przepraszam za paskudne paznokcie - nie wychodzi mi ostatnio dbanie o nie...)


Być może sprawię tej miętce siostrzyczkę lub braciszka. Cena tego lakier to 11,49zł i jest dostępny zarówno w sklepie internetowym, jak i na stoiskach firmowych w całej Polsce.

Jak Wam się podoba? :)

Pozdrawiam!

niedziela, 31 maja 2015

Nowości majowe

No tak, maj już praktycznie się kończy, a ja dopiero teraz pokazuję Wam kolejną porcję nowości :) To będzie taki typowo lekki, niedzielny post. No i jak wiadomo - im bliżej sesji, tym student dalej ucieka od nauki...

1. Przesyłka od Vipery
Vipera postanowiła mnie zaskoczyć i obdarować mnie "skromnym" upominkiem. Ładny mi "skromny"... Kiedy otworzyłam paczkę, opadła mi szczęka. Tyle dobroci, tyle wspaniałości! Musiałam wyglądać jak kot, który właśnie dostał tuńczyka :D Wiecie, oczy jak pięć złotych i ogon jak szczotka do butelek z tej radości :D
Vipera Cosmetics - jeszcze raz dziękuję! :)
Na zdjęciu widzicie krem BB, brązowy tusz do rzęs, dwa lakiery do paznokci (miętkę, którą pokazywałam już na Instagramie i moje już-ukochane bordo), a także hamstera i czerwony woreczek do niego, który mnie zauroczył :) Czerwony... No tak, w końcu nazwa mojego bloga jest, jaka jest :)


środa, 6 maja 2015

Color Expert nie tylko z nazwy! :)

Hej! :)

Dziś pokażę Wam kolejnego ulubieńca lakierowego.
Wygrałam ten lakier w konkursie prima-aprilisowym Golden Rose, więc można powiedzieć że właściwie sam wprowadził mi się do kosmetyczki :) Długo jednak nie pomieszkał w pudełku z innymi lakierami, praktycznie od razu poszedł w ruch. I... zaskoczył mnie dość konkretnie.

piątek, 1 maja 2015

Nowości - choć nie wszystkie takie nowe :)


Hej :)

Witam pierwszo-majowo :)
Dawno nie było u mnie notki z nowościami. Ba, dawno w ogóle mnie tu nie było. Nowości nie ma może dużo i dominuje głównie kolorówka, w dodatku to bardziej nowości zbiorcze z kilku miesięcy, do tego światło i aparat ewidentnie zrobiły sobie ze mnie jaja... ale może akurat któraś z Was jest ciekawa, może któraś szukała posta z nowościami, a może kogoś coś zainteresuje... :)


wtorek, 10 marca 2015

Szarość jednak może być piękna - Vipera Floe 402

Zawsze miałam słabość do szarości. Ogólnie do ciemnych, przygaszonych kolorów, ale szary zawsze miał w sobie "to coś". Kojarzył mi się z melancholią, deszczowymi, jesiennymi dniami i zapadającymi szybko chłodnymi, mglistymi wieczorami. I z "zapachem" dymu w powietrzu.
Tak... lubię czasem pobawić się wyobraźnią i poprzypisywać obrazy do kolorów lub zapachów.

Aparat przekłamał - lakier jest grafitowy.
Ta konkretna szarość jest prawdziwym ewenementem w mojej lakierowej kolekcji. Nie dlatego, że jest piaskiem - te zdominowały mój lakierowy kuferek od momentu, kiedy tylko się do nich przekonałam. Ona po prostu ma w sobie "to coś", ten właśnie jesienny chłód i nostalgię, które spowodowały, że chyba po raz pierwszy w życiu kupiłam drugą buteleczkę lakieru tego samego koloru. I wiem, że nie jest ona ostatnia.

Pędzelek
Po raz pierwszy spotkałam się z nim na spotkaniu blogerskim. Trafił się w prezentach Gosi, ale ta zgodziła się na wymianę na lakier w kolorze fuksji. Od tamtej pory stał się moim ulubionym piaskiem. Mam oczywiście dni, kiedy wolę pomalować paznokcie gładkim lakierem lub po prostu pójść w inny kolor, ale buteleczka Vipera Floe w kolorze 402 musi być zawsze obecna w moim kuferku. Po prostu MUSI i nie ma innej opcji.

Odejdźmy jednak na chwilę od emocji na rzecz nieco bardziej praktycznego podejścia do produktu. Lakier ten jest grafitowym piaskiem (niespodzianka!), zamkniętym w ładnej, stylowej  okrągłej buteleczce. Prezentuje się dobrze na paznokciach już po pierwszej warstwie, ale moim zdaniem najlepszy efekt uzyskamy po nałożeniu dwóch. Trzyma się raczej standardowo jak na moje paznokcie, czyli około 2 dni - potem zaczynają się już odpryski, ale chyba jeszcze nie wynaleziono lakieru z którym moje pazury współpracowałyby bez problemów. Pędzelek jest określany na stronie producenta jako "panoramiczny" - jak widzicie na zdjęciu obok, jest on raczej standardowy, ale dobrze się nim operuje. Nie schnie specjalnie długo. Wszystko to w cenie 6,99zł/7ml (cena w sklepie internetowym)

A efekt? Cudowny. Spełnia wszelkie moje oczekiwania. Idealna, grafitowa szarość, piaskowa struktura, w dodatku ten błysk. Ot, księżycowy pył na paznokciach. Pięknie prezentuje się na dłoniach i jest ich prawdziwą ozdobą.
Poniższe zdjęcie zapewne zniszczy atmosferę, ale w sumie i tak już zdecydowanie zbyt "poetycko" poleciałam przy pisaniu tego posta, więc co mi szkodzi... :D Na żywo i tak prezentuje się lepiej:

Podsumowując, kociam, kociam, kociam i żyć bez niego nie mogę! :)
Miałyście któryś z piasków Vipery? :)

Pozdrawiam!


środa, 24 września 2014

Efekt skóropodobny - Wibo Leather Nail Polish

Witajcie! :)

Ten lakier wpadł mi w oko, kiedy tylko zobaczyłam pierwsze wzmianki na Waszych blogach. Jako fanka skóry (ale raczej w tym ekologicznym wydaniu) nie mogłam przejść koło niego obojętnie. Długo się wstrzymywałam, zwłaszcza po Waszych raczej negatywnych opiniach, ale... część praktyczna egzaminu zawodowego zdenerwowała mnie na tyle, że wracając stwierdziłam "chrzanię to" i w końcu poszłam po ten lakier. Ot, taka mała nagroda za stres związany z bardzo złym przygotowaniem mojego stanowiska. Wyobraźcie sobie, że macie naprawić hamulec w rowerze, który nie ma kół - i to w obecności komisji egzaminacyjnej. Co prawda u mnie problemem był komputer z prawdopodobnie spalonymi dyskami, ale ostatecznie jakoś poszło.

Wracając do lakieru - pierwotnie chciałam kupić czarny, ale lakiery najwyraźniej cieszą się taką popularnością - trafiłam na małą ilość buteleczek w trzech kolorach.  Przyznać się, kto wykupił mi czarne lakiery? :D Skusił mnie bordowy nr 3 - był dostępny jeszcze nudziak i czerwony, ale jesienią zawsze bardziej ciągnie mnie do takich zgaszonych kolorów. No i nie czuję się najlepiej z taką jaskrawą czerwienią na paznokciach.

Buteleczka, jak widzicie powyżej, jest dość klasyczna. Nie jest to nic, czego już nie widziałyśmy ;) Prostokątna buteleczka z takąż nakrętką, która dla mnie  jest jednak troszkę niewygodna. Pędzelek również jest standardowy - można nim bez problemu pomalować paznokcie, ale miałam do czynienia z szerszymi i takie są dla mnie wygodniejsze, zwłaszcza że nie lubię spędzać mnóstwa czasu na malowaniu paznokci. Sam kolor mnie zauroczył, jest dla mnie wręcz idealnym odcieniem czerwieni - jednak na paznokciach wychodzi ciemniejszy niż widać w buteleczce.


Kiedy myślę "efekt skóry", staje mi przed oczami nieco inny efekt niż ten, który można uzyskać tym lakierem. Wiadomo, że nie uzyskamy faktury prawdziwej skóry czymś, co jest w formie płynnej, zamknięte w szklanej buteleczce - myślę jednak, że mimo wszystko jest całkiem blisko. Dla niektórych ten lakier wygląda jak wytarty piasek i cóż... coś w tym jest, ale znowu nie ma też tragedii ;)
Jeśli chodzi o trwałość, to cóż... nie jest źle. Zwykle na moich paznokciach nic nie utrzyma się bez odprysków dłużej, niż dwa dni. Ten lakier zaczął lekko odpryskiwać dnia trzeciego i może nawet potrwałoby to dłużej, gdyby nie fakt, że wzięłam się za zmywanie naczyń - ale wciąż kilka paznokci wyglądało całkiem dobrze. 


Kupiłam go w cenie 6,99zł w Rossmannie i nie żałuję wydanych pieniędzy :) Może nie jest to super-ultra-wierne oddanie skóry, ale mimo wszystko ten lakier - i ten odcień - mają coś w sobie. Myślę, że się zaprzyjaźnimy :) 

Wybaczcie niedbałość w pomalowaniu, zauważyłam już po zdjęciu... x_x

Miałyście? Polecacie inne odcienie? :)

Pozdrawiam!


czwartek, 31 lipca 2014

No cóż, byłam ostrzegana - Eveline, Nail Therapy Total Action 6w1

Są takie kosmetyki które albo się kocha, albo nienawidzi - i jednym z takich kosmetyków jest właśnie odżywka do paznokci Eveline (czy też cała seria odżywek tego producenta). Myślę, że każda z nas pamięta raban, jaki podniósł się w blogosferze po tym, jak dziewczynom zaczęły masakrycznie niszczyć się paznokcie. Żółkły, rozdwajały się, łamały, a ich przerażone właścicielki albo pisały posty, albo ostrzegały się nawzajem przed tym produktem - albo jedno i drugie. Również konkretnie się przestraszyłam i parę razy komuś mruknęłam, że "na te odżywki to trzeba uważać", mimo że sama żadnej z nich nie stosowałam - ot, psychologia tłumu. Wszak wiadomo, że jeśli przestraszy się jedną owieczkę, całe stado poczuje się do natychmiastowej ewakuacji.


Przyszedł jednak moment, w którym moje paznokcie wołały o pomstę do nieba i położyłabym na nie wszystko, byleby zadziałało. Nie zrozumcie mnie źle - zawsze miałam słabe, rozdwajające się i łamiące pazurki, a zwykłe prace domowe w stylu zmywania były dla nich po prostu morderstwem (zwłaszcza, jeśli używałam druciaka). Dziwiło mnie to, biorąc pod uwagę że poza nieprzekraczającym jednak granic normy wypadaniem i zniszczeniami od farb nie narzekam na większe problemy z włosami (a wydawało mi się, że jeśli sypią się paznokcie - to i włosy), ale cóż było robić... Miałam porozglądać się za jakąś odżywką, ale ciągle to odkładałam - jednak poratowała mnie Pani Domu (pozdrawiam!), która akurat miała odżywki do oddania w dobre ręce i mogłam wybrać sobie te, które chcę przygarnąć. Wśród nich była właśnie Eveline Nail Therapy 6w1, którą widzicie na zdjęciach.



Stosuję ją namiętnie od momentu, kiedy ją dostałam - a było to w maju. W zasadzie od tamtego czasu nie miałam chyba "nagich" paznokci. Przy tym produkcie powstrzymam się od analizy składu bo zwyczajnie nie mam pojęcia na temat składników lakierów/odżywek do paznokci :( Jeśli jesteście ciekawe, odsyłam Was do posta Angel <KLIKNIJ TUTAJ>, od której sama sporo się nauczyłam jeśli chodzi o analizy składów (i wciąż się uczę). Niemniej ważną informacją jest to, że odżywka zawiera formaldehyd i ftalany. W innych okolicznościach pewnie marudziłabym na skład, ale patrząc na moje papierowe paznokcie... :(


Odżywka jest zamknięta w estetycznej, szklanej buteleczce kryjącej 12ml odżywki, na której można jednak znaleźć jedynie podstawowe informacje o produkcie (zapewne cała reszta znajduje się na kartonikowym opakowaniu, ale swoją odżywkę dostałam bez niego). Pędzelek jest odpowiedniej wielkości - bez problemu da się przy jego pomocy szybko pokryć płytkę odżywką. Sama odżywka wysycha całkiem szybko - no, przynajmniej pierwsza warstwa. Zdarzyło mi się położyć jeszcze drugą i wtedy wysychanie przebiegło nieco wolniej.
Nie stosowałam odżywki standardowo, według zaleceń producenta. W Internecie znalazłam informacje, że należy ją stosować w cyklach czterodniowych - czyli pierwszego dnia jedna warstwa, przez 3 następne dni codziennie kolejna, piątego dnia należy zmyć odżywkę zmywaczem i zacząć od początku. U mnie odżywka była stosowana bardziej jak lakier bezbarwny - tj 1 warstwa na dwa, trzy dni. Zmywałam i nakładałam nową warstwę przeważnie wtedy, kiedy zauważałam odpryski. Ot, taki ze mnie leniwy Kot :)

Czy są efekty? Są. Zdecydowanie. Na szczęście nie spotkały mnie żadne z nieprzyjemności, które spotkały wiele blogerek - żadnego zniszczenia, żółknięcia, czy też poważniejszych rzeczy. Paznokcie już się tak nie łamią, stały się dużo twardsze i wreszcie mam je dłuższe. Efekty możecie zobaczyć na zdjęciu (choć nie wyglądają najpiękniej i muszę je jeszcze ogarnąć, ale chodziło mi o to by pokazać długość) - 29-go czerwca musiałam obciąć paznokcie po tym, jak lakier zafarbował mi płytkę na niebiesko, a spieszyłam się na zakończenie roku szkolnego i nie miałam czasu ich malować od nowa. Przez niemalże miesiąc więc urosły tyle, samej odżywki używam już grubo ponad dwa miesiące. Czasem lubią się rozdwoić, ale na dużo mniejszą skalę niż wcześniej.


Powinnam więc być zadowolona - i, mimo że to prawdziwa bomba chemiczna - niby jestem. Niby tak, bo paznokcie w końcu są dłuższe i twardsze. Niestety, wygląda jednak na to, że będę musiała przerwać stosowanie. Podczas stosowania zauważyłam dość niepokojącą rzecz, jaką było... pieczenie paznokci (czasem też oczu, jeśli malowałam paznokcie przy zamkniętym oknie). Z początku to lekceważyłam ("pieczenie paznokci" brzmiało dla mnie trochę irracjonalnie i nie pojawiało się ono zawsze), ale wczoraj pieczenie przeszło samo siebie. Nałożyłam wieczorem na paznokcie dwie warstwy odżywki i piekło tak, że nie mogłam zasnąć, a to może oznaczać alergię na któryś ze składników (albo na sam formaldehyd). Pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło i szczerze mówiąc jestem tym trochę niemiło zaskoczona... Nawet teraz, kiedy piszę tego posta, niektóre paznokcie potrafią boleć przy pisaniu. Zaznaczę tylko, że nie jestem jakoś szczególnie wrażliwa na ból.

Podsumowując - fajnie, że działa i nie zniszczyła mi bardzo paznokci. Niefajnie, że jest tak napakowana chemią. Formaldehyd może być sprzymierzeńcem, ale i wrogiem - jak zresztą podpowiada moja (najwyraźniej) alergia. Od maja zdążyłam zużyć pół buteleczki - na razie odżywka powędruje na półkę i spróbuję czegoś innego. Biorąc pod uwagę jej skład i to, jak skrajnie różne były efekty jej zastosowania u różnych osób, nie mogę polecić Wam tej odżywki. U mnie w miarę się spisała, ale nie chcę mieć na sumieniu Waszych pazurków - a to, jaki efekt dałaby na Waszych paznokciach to czysta loteria...

Dzień po napisaniu tej recenzji (miała pójść z automatu, ale coś źle ustawiłam) i po zmyciu odżywki zauważyłam objawy onycholizy na kilku paznokciach. Do tego pionowe bruzdy idące przez dwa paznokcie, ale widziałam je już wcześniej i myślałam, że to wina diety... Oj, nieładnie... :(

W kociej skali mogę dać jej 2/6.


Pozdrawiam!

sobota, 24 maja 2014

Piaskowo - Wibo Candy Shop nr 4

Lakiery piaskowe Candy Shop firmy Wibo wkroczyły w blogerski świat z prawdziwym przytupem. Niemalże wszędzie można było wpaść na zachwyty tym czy innym odcieniem tego słynnego już mazidełka do paznokci. O ile o "piaskowcach" (jak przywykłam je nazywać) słyszałam już dawno, o tyle nie miałam okazji ich wypróbować i prawdę mówiąc nie do końca rozumiałam ich fenomen. Nie wszystkie wyglądały ładnie, do tego - sugerując się recenzjami - nie wszystkie też łatwo się zmywały i tak dalej. Mój brak zainteresowania wynikał również z faktu, że zwykle lakiery trzymały się moich pazurków bardzo krótko i po prostu wściec się można było, widząc odpryski pół godziny od wyschnięcia lakieru. Ile można w kółko zmywać, malować, zmywać, malować...

Wspominałam już w poprzednim poście, że zgłaszałam się do testów kosmetyków Wibo, ale mój blog nie został wybrany - nie powstrzymało mnie to jednak od chęci sprawdzenia "czym te blogerki tak bardzo się zachwycają". Wśród kosmetyków do testów był właśnie ten piasek, i ze wszystkich czterech odcieni najbardziej spodobał mi się ten fiolecik. Część z Was pewnie już wie, że mam słabość do fioletów - ale ten jest w moim przypadku nietypowy. Generalnie lubię mocne, najczęściej ciemne, ale zdecydowane kolory - tak więc ten kolor lakieru stanowi pewnego rodzaju rodzynek w mojej małej kolekcji. Taki mały, fioletowo-rozbielony rodzynek w kolorze opakowań czekolady Milka.
Co tu dużo mówić - produkt mi się spodobał, wybrałam sobie odcień i wybrałam się po niego do Rossmanna... ale że był to okres promocji -49% na lakiery i pomadki, musiałam obejść się smakiem. Na półkach same porozrzucane niedobitki, niektóre lakiery jakby rozwarstwione (!)... Można powiedzieć, że nie zostawiłyście mi nic ciekawego ;) Tego piasku nie było, te z Lovely mnie nie interesowały, wzięłam więc matowy top coat z brokatem i wyszłam. Udało mi się w końcu go kupić już dobry tydzień po promocji, kiedy odwiedzany przeze mnie Rossmann uzupełnił zapasy.

Pierwsze wrażenia z malowania były... dziwne. Takie trochę "niby piasek, a lakier jak lakier". Do pokrycia płytki wystarczyła jedna warstwa, ale trzeba było uważać by nie narobić smug prześwitów - konsystencja jest dość rzadka. Zauważyłam, że lakier szybciutko wysychał - co z jednej strony było godne pochwały, z drugiej było kłopotliwe jeśli chciałyśmy wprowadzić jakieś poprawki. Pędzelek przeciętnej grubości pozwalał na sprawne operowanie lakierem, a zapach lakieru o dziwo nie dusił... AŻ tak.
Mimo, że - jak wspomniałam - lakier dobrze kryje już przy jednej warstwie, za każdym razem nakładałam na paznokcie dwie warstwy. Wydaje mi się, że efekt jest wtedy lepszy, ale z drugiej strony może być to tylko przyzwyczajenie.
Lakier całkiem szybko wyschnął, ukazując wspomnianą piaskową fakturę... i wtedy przepadłam. Efekt był świetny! Zresztą, same zobaczcie (choć zdjęcia nie oddają prawdziwego uroku - aparat się ze mną nie lubi):

Pierwsze podejście - wybaczcie stan skórek. Na kciuku jest mała poprawka
po tym, jak mało subtelnie przywaliłam paznokciem w kran.

Drugie podejście. Tu w duecie z matowym topem z płatkami brokatu :)
Trwałość lakieru również jest warta wzmianki. Otóż, na moich baaardzo kapryśnych paznokciach (pomalowanych wcześniej odżywką Eveline 6w1, z którą ostatnio się nie rozstaję) piasek ten potrafił wytrzymać nawet 5 dni bez odprysków! A jeśli już jakiś mały się zdarzył, wystarczyło delikatnie dołożyć i po problemie. Plusem tego lakieru jest to, że wystarczy go po prostu nanieść na płytkę paznokcia, a on nie dość, że wygląda efektownie, to jeszcze nie widać tak bardzo niedociągnięć czy odgnieceń. Jest po prostu dużo mniej problematyczny niż gładki lakier, ale myślę, że wszystkie piaski tak mają. Moim zdaniem lakier wygląda nie tylko efektownie, ale też jakoś tak... miło, schludnie? Nie jest przesadzony, jest po prostu ładny. Może to brzmi śmiesznie, ale chyba nie znajdę lepszego słowa :)

Jeśli chodzi o zmywanie - wiele dziewczyn narzeka, że ciężko go zmyć. W moim przypadku - nic podobnego... Wystarczy, że przyłożę wacik na jakieś 20 sekund do paznokcia i mogę go spokojnie zmyć. W porównaniu do zmywania brokatowych lakierów (jak chociażby Lovely Blink Blink - masakra...) tutaj jest naprawdę lekko. :)

Znaleźć to cudeńko można w Rossmannach, a cena jego - 6,99zł. Szczęśliwe te, którym udało się złapać te lakiery na promocji - gdybym była wśród tych szczęściar, miałabym pewnie więcej niż jeden odcień. Szkoda, że są tylko cztery - oprócz fioletu jest brzoskwinia i dwa róże, więc pewnie zdecydowałabym się na brzoskwinię.

Miałyście może jakiś piasek z tej serii? Który odcień polecacie? A może znacie piaski innej firmy? Jestem kompletnie zielona w tym temacie, a nie ukrywam że piaskowy efekt całkiem mi się spodobał :)

No nic, trzeba wracać do nauki... :C

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu! :)

środa, 12 lutego 2014

Lakier do paznokci Lovely Blink Blink! nr 1 (fioletowy)

Blink Blink, babe!

Mimo posiadania całkiem ładnej kolekcyjki lakierów do paznokci (choć przy blogerkach lakierowych zdecydowanie nie mam czym się chwalić) rzadko ich używam. Powody są różne - raz, że drażni mnie czasochłonność tego zabiegu, dwa - czas utrzymywania się lakieru na mojej płytce jest zwykle wprost odwrotnie proporcjonalny do tego, który poświęciłam na pomalowanie paznokci. Poza tym jestem niezdarą - rzadko potrafię usiedzieć przynajmniej pół godziny nie robiąc ABSOLUTNIE niczego, by dać lakierowi wyschnąć i przez to często kończę z pozadzieraną emalią. A wtedy trzeba wziąć zmywacz, zmyć lakier, malować od nowa...

Ten lakier zobaczyłam na blogu Angel (klik) i - jak już pisałam w poście o małym haulu biedronkowo-rossmannowym - po prostu MUSIAŁAM go mieć. Chociaż nie gustuję zbytnio w lakierach z brokatem (takim typowym - perłowe drobinki w lakierach są ok), ten po prostu mnie zauroczył. Fiolet i dużo błysku w cenie 5,99zł - no czego chcieć więcej?


Opakowanie tego lakieru bardzo przypadło mi do gustu - nie jest kanciaste i ma szeroką zakrętkę, tak jak lubię w przypadku lakierów do paznokci. Prezentuje się elegancko i nowocześnie zarazem. Pędzelek jest odpowiedniego rozmiaru i operowanie nim nie sprawia większych kłopotów nawet komuś tak niewprawionemu, jak ja.

Cześć, nazywam się Błysk i kosztuję jedyne 5,99zł. Znajdziesz mnie w drogeriach Rossmann!

Niestety, dalej nie jest już tak różowo. Lakier okazuje się być dość ciężki we współpracy ze względu na zawarte w nim błyszczące drobiny. Trzeba uważać, by nie zostawiać dużych różowych "kółeczek" czy mniejszych holograficznych na brzegach paznokcia czy skórkach - za pierwszym razem nie zwróciłam na to uwagi i paznokcie zahaczały dosłownie o wszystko, póki tych kółeczek nie przycięłam nożyczkami. Ciężko nałożyć je równomiernie. Lakier sam w sobie jest transparentny, w fioletowo-burym odcieniu, więc bez innego lakieru jako bazy należy przygotować się na puste miejsca i prześwity.


Dwie warstwy + jedna warstwa top coatu innej firmy. Gładko nie jest.

Powyższe zdjęcie nie oddaje w pełni wyglądu tego lakieru - ciężko dziś o dobre światło do zdjęć. W rzeczywistości jest trochę ciemniejszy. Jak widzicie, błyszczące elementy na krawędziach płytki (zwłaszcza przy skórkach) nie prezentują się najlepiej. Moje paznokcie nie należą niestety do szczególnie zadbanych (za co przepraszam), ale mam nadzieję że jesteście w stanie przełknąć jakoś ich stan.
Jak widzicie, lakier solo wygląda raczej średnio. Z daleka wygląda ładnie, ale z bliska bywa różnie ;) Próbowałam go w różnych wariantach i najlepiej wygląda położony na inny lakier kolorowy, na przykład fioletowy. Wygląda wtedy kosmicznie, po pierwszym pomalowaniu w takiej konfiguracji (2 warstwy koloru jako baza + 1 warstwa brokatu + top coat) wręcz nie mogłam napatrzeć się na własne paznokcie. :)

Warto wspomnieć o poważnym plusie tego lakieru - jego trwałości. Na moich kapryśnych paznokciach, na których lakiery utrzymują się bez odprysków maksymalnie jeden dzień ten lakier wytrzymuje nawet do 4-5 dni i nie zagrozi mu nawet zmywanie naczyń. Powyższy plus zamienia się w minus, kiedy już chcę zmyć lakier - bez metody foliowej nie radzę nawet podchodzić. Drobinki przyklejają się do płytki tak mocno, że - przy pierwszym zmywaniu go - zdesperowana (i nieświadoma istnienia metody foliowej) zdrapywałam je pilniczkiem, co nie skończyło się najlepiej.
Czas schnięcia jest dość długi, jedna warstwa potrafiła mi schnąć 30 min albo i więcej - a jak nie doschła do końca i kładłam na nią nową, ciągnęła się niczym klej albo krówka ciągutka.

Plusy i minusy:

(+) kolor
(+) trwałość
(+) cena (5,99zł)
(+) ładne, eleganckie opakowanie

(-) prześwity
(-) ciężkie zmywanie
(-) długi czas schnięcia
(-) konieczne ostrożne nakładanie drobinek - nie przylegają do paznokci, więc mogą później haczyć o np. włosy

Biorąc pod uwagę moje zużycie lakierów, mój romans z nim zapewne chwilę potrwa. Być może skuszę się na inny odcień, ale fioletowy jest chyba najładniejszy ze wszystkich... Tak czy inaczej - za tę cenę lakier jest godny polecenia. Gdyby kosztował więcej zastanawiałabym się nad jego kupnem.
Oceniając w skali 1-5 dałabym mu 3+.

Pozdrawiam!
Kot

PS: Na FB widziałam zdjęcia świadczące o kolejnym wymierzonym w Polskę ataku zimy... Czy u Was pada śnieg? U mnie niby się nie zapowiada, ale na wszelki wypadek wyjęłam już z powrotem zimową kurtkę z szafy. Słyszałam, że jaskółki już złożyły jaja - przemarzną, biedaczyska :(
 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design