Masła do ciała należą chyba do mojej ulubionej formy kosmetyków z kategorii tych do ciała. Balsamy też są w porządku, ale jednak nie lubię, kiedy coś spływa mi z dłoni, przelewa się przez nią... Zdecydowanie wolę gęstszą konsystencję. A jeśli dodać do tego świetne właściwości nawilżające, wygładzające i zabójczy zapach, uzyskamy chyba tylko jedno - ujędrniające masło do ciała Perfecta SPA Crème Brûlée.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pielęgnacja ciała. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 kwietnia 2016
niedziela, 27 grudnia 2015
Olejek do ciała Mariza Green Tea
Etykiety:
green tea,
mariza,
olej,
olejek,
pielęgnacja ciała,
zielona herbata
czwartek, 2 października 2014
Peeling cukrowy Green Pharmacy – Róża piżmowa i Zielona Herbata
Witajcie! :)
Wiecie, mam dziwnego pecha do placówek
edukacyjnych. Gdzie nie pójdę, tam jakieś problemy. Uniwersytet
nie wydrukował dla nas legitymacji, a plan dostaliśmy dopiero dziś
i wychodzi na to, że będę wracać do domu w średnio ciekawych
godzinach. Dodatkowo wzięłam sobie lektorat z języka szwedzkiego
(mimo, że sugerowany poziom znajomości języka to A2/B1, a ja mam
A1). Czemu ze szwedzkiego? Bo angielski mam od 6 roku życia, maturę
podstawową bez przygotowania napisałam jakimś cudem na 100% i
zwyczajnie mi ten język zbrzydł... a szwedzkiego zawsze chciałam
się nauczyć. Tak więc wzięłam sobie na głowę cztery języki –
chorwacki, łacinę, angielski i szwedzki. Mówię Wam, będzie
wesoło.
Peeling cukrowy o zapachu róży i
zielonej herbaty Green Pharmacy wchodził w skład zestawu, jaki
zakupiłam w ramach akcji charytatywnej na blogu
brokatwspreju.blogspot.com, a przekazany został przez firmę Elfa
Pharm Polska. Pokazywałam Wam już na blogu żel pod prysznic z tego
samego zestawu – był w nim też krem do twarzy, ale ze względu na
zawartość parafiny nie mogłam go używać i oddałam w dobre ręce.
Pewnie pamiętacie też, że mam sporą słabość do kosmetyków o
różanym zapachu...
Opakowanie
peelingu, tak jak i butelka żelu pod prysznic z tej samej serii
sprawia nieco „babcine” wrażenie – ale w tym pozytywnym
sensie. Ciemny, plastikowy słoiczek z jasną nakrętką i
wszechobecnymi różami. Podoba mi się szata graficzna etykiety –
ładna, przejrzysta i budząca skojarzenie z Matką Naturą. Peeling
jest zabezpieczony sreberkiem, dzięki czemu mamy pewność, że nikt
nam do peelingu rączek nie pchał (tak, wszyscy kochamy drogeryjnych
macaczy...). Sam peeling ma uroczy, różowy kolorek, jest dość
zbity i pod wpływem ciepła rąk robi się nieco rzadszy :) A
zapach... sami pewnie pamiętacie, jak bardzo rozpływałam się nad
zapachem żelu pod prysznic. Tu jest identycznie :)
Opakowanie
peelingu, tak jak i butelka żelu pod prysznic z tej samej serii
sprawia nieco „babcine” wrażenie – ale w tym pozytywnym
sensie. Ciemny, plastikowy słoiczek z jasną nakrętką i
wszechobecnymi różami. Podoba mi się szata graficzna etykiety –
ładna, przejrzysta i budząca skojarzenie z Matką Naturą. Peeling
jest zabezpieczony sreberkiem, dzięki czemu mamy pewność, że nikt
nam do peelingu rączek nie pchał (tak, wszyscy kochamy drogeryjnych
macaczy...). Sam peeling ma uroczy, różowy kolorek, jest dość
zbity i pod wpływem ciepła rąk robi się nieco rzadszy :) A
zapach... sami pewnie pamiętacie, jak bardzo rozpływałam się nad
zapachem żelu pod prysznic. Tu jest identycznie :)
Skład:
Sucrose
(sacharoza, emolient tłusty, może zapychać, tworzy warstwę
okluzyjną, zmiękcza i wygładza skórę i włosy – tu jako
kryształki ścierne);
Paraffinum Liquidum (parafina);
Paraffinum Liquidum (parafina);
Petrolatum
(parafina);
Ceteareth-20
(emulgator, nie wolno nanosić go na uszkodzoną/podrażnioną
skórę);
Silica
(krzemionka, powszechnie stosowany jako składnik pudrów
kosmetycznych, nadaje skórze gładkość);
Tocopheryl
Acetate (antyoksydant, syntetyczna witamina E);
Rosa Moschata
Seed Oil (olejek z nasion róży piżmowej);
Camellia
Sinensis Leaf Extract (wyciąg z zielonej herbaty);
Linalool
(składnik kompozycji zapachowej, może uczulać);
Hexyl Cinnamal (syntetyczna gliceryna, tu jako składnik kompozycji zapachowej, może uczulać);
Hexyl Cinnamal (syntetyczna gliceryna, tu jako składnik kompozycji zapachowej, może uczulać);
Geraniol
(składnik kompozycji zapachowej, może uczulać);
Citronellols
(składnik kompozycji zapachowej, może uczulać);
Limonene
(składnik kompozycji zapachowej, może uczulać);
CI 14720
(barwnik).
Faktycznie peeling jest cukrowy ;)
Szkoda tylko, że w tym peelingu parafina występuje aż pod dwiema
postaciami. Mi osobiście parafina na ciele (poza szyją i twarzą)
nie szkodzi, ale wiem że wielu z Was potrafi dopiec. Dodatkowo w
składzie jest trochę potencjalnych alergenów – mi krzywdy nie
zrobiły, ale szczególni wrażliwcy powinni uważać. Smutne, że
olejek z róży piżmowej i wyciąg z zielonej herbaty są dopiero po
kompozycji zapachowej (a więc pewnie w niedużej ilości).
Podsumowując – nie jest tragicznie, ale jakoś super też
niekoniecznie.
Jak go wspominam?
Całkiem pozytywnie. Opakowanie
peelingu przy umiarkowanym korzystaniu z niego wystarczyło mi na
jakiś miesiąc-półtora, przy czym używałam go nieco inaczej, niż
zaleca producent. Otóż często nakładałam go na suchą albo naprawdę ledwie zwilżoną skórę
zamiast na mokrą/wilgotną. Głównym składnikiem peelingu jest
cukier, a on przecież rozpuszcza się w wodzie... Podczas pierwszych
spotkań z nim zdarzało się, że peeling uciekał mi z ręki już w
formie płynnej, więc musiałam wymyślić inny sposób. Musiałam też wycierać ręce z wody przed każdym nabraniem peelingu, inaczej na jego powierzchni pojawiała się biała woda lub robił się płynny - co zresztą nieco widać na zdjęciu.Oceniam go jako średni zdzieraczek, raczej delikatny. Nie odnotowałam żadnych podrażnień w trakcie stosowania. W kontakcie z wodą rozpuszcza się i tworzy taką mleczną powłoczkę – woda w wannie również nabiera mlecznego zabarwienia, więc możemy się przez chwilę poczuć jak Kleopatra ;) No i... ten zapach!
Po zastosowaniu skóra jest gładka i miękka, a zapach peelingu w dość subtelnym stopniu pozostaje na skórze. Generalnie nie oczekuję nawilżenia od peelingów, ale nie lubię też, kiedy moja skóra jest przesuszona po użyciu takiego produktu – na szczęście w tym przypadku nie miało to miejsca. :)
Ogółem jestem z niego zadowolona. Smutno było mi go denkować i niewykluczone, że jeszcze do niego wrócę :)
Peeling dostaje ode mnie 4+/6, w sumie to nawet 5. Przyznam że przypadł mi do gustu bo dobrze spełnia swoją rolę jednocześnie mnie nie podrażniając, a zapach bije wszystko, ale jednak w składzie jest sporo substancji które mogą być potencjalnymi alergenami. No i parafina w aż dwóch postaciach. Dla osoby bez problemu alergii i potrzeby używania mocnego zdzieraka peeling może okazać się jednak strzałem w dziesiątkę - o ile nie przeszkadza tej osobie parafina stosowana na ciało. Niektórym może jednak przeszkadzać jego wydajność, która z racji podstawy składu - przy stosowaniu na mokrą skórę - może okazać się, no... średnia.
Używałyście? A może możecie polecić peeling, którym mogę wypełnić lukę powstałą po zdenkowaniu powyższego? :)
Pozdrawiam kocio!
Etykiety:
Green Pharmacy,
peeling,
pielęgnacja ciała
czwartek, 11 września 2014
Mydełka Veggie Bubbles!
Witajcie!
To mydełko miało tak piękny skład,
że musiało zostać odpakowane jako pierwsze, bo akurat skończyło mi się myjadło do twarzy :) Spójrzcie tylko na karteczkę ze składem :) Na początku
wykazywało się pewną nieśmiałością w kwestii pienienia się,
ale później zmieniło się to na lepsze – albo mydło się do
mnie przekonało, albo to ja nauczyłam się z nim współpracować
:) Obecne w mydełku otręby (choć w moim maleństwie akurat nie
było ich zbyt dużo) delikatnie peelingują skórę, więc tu
kolejny plus :)
Mój absolutny faworyt wśród otrzymanych mydełek! Od dziecka mam słabość do cynamonu, więc łatwo było przewidzieć, że się zakocham :) W zasadzie kiedy tylko zobaczyłam je w kopercie, zaczęłam je wąchać przez folię :D :D
Mydełko uprzyjemniło mi niejedną kąpiel, dobrze się pieniło i pomimo moich obaw (cynamon lubi sprawiać alergie), nie miałam po nim żadnych podrażnień. Jedyne co mnie w nim smuci to fakt, że zapach nie zostawał na skórze... Był cudowny! :D
Warto tu odnotować, że w poprzedniej wersji wzorek na mydełku był wykonany cynamonem, jednak z uwagi na możliwość powodowania alergii pani Ula zamieniła cynamon na... kakao :) Wzorek jest, alergii nie ma, wszyscy szczęśliwi!
Zakręcony miętusek
To mydełko - mimo, że niewątpliwie przyjazne i fajne - najmniej przypadło mi do gustu, a to dlatego że mój nos nie lubi intensywnych miętowych zapachów w kosmetykach. Nie twierdzę oczywiście, że jest najgorsze - po prostu mocny miętowy zapach nieco drażnił koci nos :) Niemniej tak jak pozostałe mydełka spisał się znakomicie.
Wszystkie mydełka bardzo dobrze radziły sobie ze swoim zadaniem - myły tak jak powinny, nie podrażniając przy tym skóry. Moim zdaniem różnica pomiędzy mydłami drogeryjnymi jest ogromna - nie tylko składowo. Drogeryjne mydła może i trochę lepiej się pienią, ale mają dziwne tendencje do pozostawiania mojej skóry przesuszoną, przez co zawsze po kąpieli, umyciu rąk czy twarzy zmuszona jestem do biegu po odpowiedni do rejonu ciała nawilżacz. Podczas używania tych mydełek takie "wrażenia" były zredukowane do minimum. O ile kiedyś, zanim założyłam bloga, nawet nie wpadłoby mi do głowy używać zrobionego przez kogoś mydła "bo może mi zrobić krzywdę!", o tyle teraz wcale nie mam ochoty wracać do sklepowych... Cieszy mnie, że dzięki pani Uli mogę używać mydła wolnego od niepotrzebnej chemii, szkodliwych składników, często alergizujących barwników i zapachów - a także, co najważniejsze - bez wyrzutów sumienia. Cieszy mnie, że mam wybór i mogę używać mydła które myje, ale i pielęgnuje, wolnego od oleju palmowego czy tłuszczy zwierzęcych - dzięki temu czysta jest nie tylko moja skóra, ale i w pewnym sensie sumienie. Wiecie - lubię mieć wybór, i mając wybór pomiędzy popularnymi kostkami dostępnymi w sklepach a produktem w który ktoś wkłada całe swoje serce, który jest dla mnie bezpieczny, etyczny i po prostu mi służy... zdecydowanie stawiam na Veggie Bubbles.
Już chyba tradycyjnym elementem moich postów kosmetycznych na tym blogu są oceny testowanych produktów, ale błagam - jaką inną ocenę mogę tu wystawić, jeśli nie najwyższą? Mydełka spełniają wszystkie wymagania, wedle których oceniam kosmetyki. Są naturalne, bezpieczne, służą mojej skórze, niewątpliwie mają walory estetyczne - ba, kiedyś już komentowałam na Facebooku pod postem pani Uli, że pokazane tam mydło solankowe mogłabym śmiało postawić w łazience jako dekorację. Wierzcie mi, było śliczne!
Żeby jednak dopełnić formalności - wszystkie mydełka w kociej skali dostają najwyższą ocenę, czyli 6 :) Chętnie zaopatrzę się w kolejne mydełka w przyszłości - ZWŁASZCZA nie odpuszczę Pomarańczowej Szarlotki! Nie-ma-innej-opcji, muszę ją mieć! :)
Fanpage Veggie Bubbles możecie znaleźć TUTAJ :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Mydełko uprzyjemniło mi niejedną kąpiel, dobrze się pieniło i pomimo moich obaw (cynamon lubi sprawiać alergie), nie miałam po nim żadnych podrażnień. Jedyne co mnie w nim smuci to fakt, że zapach nie zostawał na skórze... Był cudowny! :D
Warto tu odnotować, że w poprzedniej wersji wzorek na mydełku był wykonany cynamonem, jednak z uwagi na możliwość powodowania alergii pani Ula zamieniła cynamon na... kakao :) Wzorek jest, alergii nie ma, wszyscy szczęśliwi!
Mydło solankowe "Słodki cytrus"
Tu miałam małą niespodziankę. Wzorek na mydełku wykonany jest z węgla (co mi umknęło), więc troszkę się wystraszyłam kiedy używałam go po raz pierwszy i zobaczyłam grafitowo-szarą pianę... :D
Mydełko ma bardzo przyjemny zapach - jak sama nazwa wskazuje, słodko-cytrusowy. Początkowo nie byłam do niego specjalnie przekonana, ale później używałam go z przyjemnością :) Pieni się tak, jak wszystkie przedstawione tu mydełka - mniej niż mydła drogeryjne, ale wciąż jest to dobry wynik :)To mydełko - mimo, że niewątpliwie przyjazne i fajne - najmniej przypadło mi do gustu, a to dlatego że mój nos nie lubi intensywnych miętowych zapachów w kosmetykach. Nie twierdzę oczywiście, że jest najgorsze - po prostu mocny miętowy zapach nieco drażnił koci nos :) Niemniej tak jak pozostałe mydełka spisał się znakomicie.
Już chyba tradycyjnym elementem moich postów kosmetycznych na tym blogu są oceny testowanych produktów, ale błagam - jaką inną ocenę mogę tu wystawić, jeśli nie najwyższą? Mydełka spełniają wszystkie wymagania, wedle których oceniam kosmetyki. Są naturalne, bezpieczne, służą mojej skórze, niewątpliwie mają walory estetyczne - ba, kiedyś już komentowałam na Facebooku pod postem pani Uli, że pokazane tam mydło solankowe mogłabym śmiało postawić w łazience jako dekorację. Wierzcie mi, było śliczne!
Żeby jednak dopełnić formalności - wszystkie mydełka w kociej skali dostają najwyższą ocenę, czyli 6 :) Chętnie zaopatrzę się w kolejne mydełka w przyszłości - ZWŁASZCZA nie odpuszczę Pomarańczowej Szarlotki! Nie-ma-innej-opcji, muszę ją mieć! :)
Fanpage Veggie Bubbles możecie znaleźć TUTAJ :)
Pozdrawiam serdecznie :)
Etykiety:
cynamon,
hand-made,
mięta,
mydło,
pielęgnacja ciała,
Veggie Bubbles
czwartek, 19 czerwca 2014
Żel pod prysznic Green Pharmacy - Róża Piżmowa i Zielona Herbata
Odkąd pamiętam, mam słabość do zapachu róż (jak zresztą wiele kobiet). W liceum moimi ulubionymi perfumami były właśnie takie o zapachu angielskich róż - po prostu je kochałam i smutno mi było strasznie, kiedy zawartość flakonika sięgnęła dna. Słabość do tej nuty zapachowej jednak pozostała... i kiedy zobaczyłam gdzieś w Internecie kosmetyki Green Pharmacy z linii różanej, pomyślałam - "kiedyś będziecie moje". Długo czaiłam się na krem, ale okazało się, że zawiera parafinę (której moja skóra nie lubi), aż w końcu trafiła się okazja do zakupu zestawu tych kosmetyków w ramach akcji charytatywnej u Magdy (przy okazji - Magda wciąż ma na sprzedaż kilka fantów z ostatniej akcji, można je obejrzeć TUTAJ). Dochód ze sprzedaży zestawów był przeznaczony dla fundacji Zwierzęta Niczyje, a firma Elfa Pharm Polska zdecydowała się przekazać na charytatywną sprzedaż blogową aż 8 zestawów. Czyli nie dość, że mogłam w końcu kupić kosmetyki które chodziły za mną od daaaawna, to jeszcze kupując je wspomogłam bezdomne zwierzaki. Po prostu bajka, idealna sytuacja - i grzechem byłoby nie skorzystać :)
Na początku muszę przyznać, że estetyka opakowania całkiem przypadła mi do gustu. Ciemna, plastikowa (ale nie za twarda) butelka, urocza, bardzo czytelna etykieta z opisem w dwóch językach (polskim i angielskim), wyraźnie zaznaczony brak parabenów, silikonów i PEGów, świetnie dobrana kolorystyka, a sama butelka zwieńczona dozownikiem, który osobiście nazywam "wciskanym korkiem" :D Patrząc na ten kosmetyk pojawia mi się co prawda skojarzenie z kosmetykami z babcinych zbiorów, ale w tym przypadku to pozytywne skojarzenie. No i ta pojemność - 500ml. W środku znajdziemy jasnoróżowy żel o całkiem przyjemnej, płynnej, ale nie lejącej się konsystencji. Sklep firmowy wycenia swój produkt na 9,69zł, ale widziałam gdzieś ten żel nawet za 6,99zł - czyli cenowo całkiem nieźle... a jak wypada reszta?
Co mówi producent?
Na początku muszę przyznać, że estetyka opakowania całkiem przypadła mi do gustu. Ciemna, plastikowa (ale nie za twarda) butelka, urocza, bardzo czytelna etykieta z opisem w dwóch językach (polskim i angielskim), wyraźnie zaznaczony brak parabenów, silikonów i PEGów, świetnie dobrana kolorystyka, a sama butelka zwieńczona dozownikiem, który osobiście nazywam "wciskanym korkiem" :D Patrząc na ten kosmetyk pojawia mi się co prawda skojarzenie z kosmetykami z babcinych zbiorów, ale w tym przypadku to pozytywne skojarzenie. No i ta pojemność - 500ml. W środku znajdziemy jasnoróżowy żel o całkiem przyjemnej, płynnej, ale nie lejącej się konsystencji. Sklep firmowy wycenia swój produkt na 9,69zł, ale widziałam gdzieś ten żel nawet za 6,99zł - czyli cenowo całkiem nieźle... a jak wypada reszta?
Co mówi producent?
"Jedwabisty dotyk na skórze, naturalne ekstrakty, aktywna pielęgnacja, wyjątkowa przyjemność. Daje energię i radość. Delikatnie oczyszcza, nawilża skórę, chroni dzięki neutralnemu pH. Pozostawia nutę pięknego aromatu. Olejek z płatków szlachetnej róży piżmowej łagodzi i regeneruje.Polifenole z zielonej herbaty chronią przed wolnymi rodnikami, zatrzymują młodość skóry."
Skład:
Aqua (woda), Sodium Laureth Sulfate (silny środek myjący), Sorbitol (nawilżacz, wiąże wodę na powierzchni naskórka), Cocamidopropyl Betaine (silny środek myjący, łagodzi ewentualne drażniące działanie SLS), Sodium Chloride (sól kuchenna), Glycereth-2 Cocoate (kondycjonujący emolient), Polysorbate 20 (emulgator, stabilizator emulsji, alergen), Rosa Moschata Seed Oil (olejek z nasion róży piżmowej), Camellia Sinensis Leaf Extract (macerat z zielonej herbaty), Cocamide DEA (substancja myjąca, renatłuszczająca, nie używać w czasie ciąży i karmienia), Polyquaternium-7 (wygładzający antystatyk z rodziny soli amonowych), Styrene/Acrylates Copolymer (syntetyczny, filmotwórczy polimer - kondycjonuje, zmiękcza, wygładza), Coco-Glucoside (substancja myjąca pochodzenia naturalnego), Parfum (kompozycja zapachowa), Citric Acid (zmiękczacz, konserwant, przeciwutleniacz), Benzyl Alcohol (konserwant), Methylchloroisothiazolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Linalool (składnik kompozycji zapachowej, może uczulać), Hexyl Cinnamal (syntetyczna gliceryna użyta tu jako składnik kompozycji zapachowej, może uczulać), Geraniol (składnik kompozycji zapachowej, może uczulać), Citronellols (składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen), Limonene (składnik kompozycji zapachowej), CI 14720 (barwnik).
Skład jaki jest, każda z nas widzi. Sporo chemii, ale też nie dajmy się zwariować... Żel jest sprzedawany w całkiem niskiej cenie przy pojemności 500ml, ciężko oczekiwać by miał w 100% naturalny skład, ponadto taki kosmetyk jak żel pod prysznic raczej nie zostaje na skórze długo ;) Cieszy obecność róży piżmowej i zielonej herbaty całkiem wysoko w składzie.
Wrażenia z używania:
Mimo takiego, a nie innego składu jestem zauroczona tym kosmetykiem i jestem gotowa wiele mu wybaczyć. Zapach po prostu powala na kolana! Mimo zawartości SLS żel pieni się średnio - polecam używać z myjką. Skóra jest oczyszczona bez przesuszania - do tego miękka i gładka. Niestety, zapach na skórze po wyjściu z łazienki jest praktycznie niewyczuwalny. Kąpiel z użyciem tego żelu to dla mnie prawdziwa przyjemność i cieszę się, że ten żel w końcu zagościł na mojej łazienkowej półce :) Nie wiem czy do niego wrócę, ale tak czy inaczej - to będzie miłość do samego denka. Robi co powinien, nie robi tego czego nie powinien, a przy tym dostarcza niesamowitych wrażeń zapachowych :)
Używałyście? A może macie jakieś lepsze propozycje? :)
Używałyście? A może macie jakieś lepsze propozycje? :)
Z innej beczki - przepraszam Was za dłuższą nieobecność na blogu. Skończył mi się pakiet internetowy, który już dziś wieczorem powinien się odnowić - do tego egzaminy (semestralne i zawodowe), więc większość czasu spędzałam z nosem w książkach. W niedzielę mam ostatni w czerwcu egzamin - tym razem praktyka, teorię pisałam w poniedziałek. Niech to już się skończy, czuję się trochę zmęczona całym tym stresem, zwłaszcza że przyszło mi jeszcze pomagać kilku osobom by w ogóle skończyły szkołę. Przydałoby się w końcu dla odmiany beztrosko pośmiać.
Pozdrawiam! :)
Etykiety:
Green Pharmacy,
pielęgnacja ciała,
żel
wtorek, 29 kwietnia 2014
Kot treningowy
I nadszedł ten dzień.
Ten bardzo zły dzień.
Dzień, w którym wszystkie wafelki, ciasteczka, chipsy i tym podobne smaczności wyszły mi bokiem.
DOSŁOWNIE.
I... nie jest mi z tym dobrze :(
| Google.com |
Od dziecka byłam osobą szczupłą, żeby nie powiedzieć - chudą, i o ile sama nigdy nie miałam nic przeciwko osobom "większym" niż ja, o tyle w dzieciństwie one w większości zawsze miały ze mną jakiś problem. Nie rozumiałam tego, no ale tak już było - a że do tego byłam wysoka (w wieku 12 lat miałam 176cm wzrostu) to wyzwiska w stylu "drabina", "patyczak" czy też "longer" (od nazwy kanapki w KFC) były dla mnie codziennością. Pomimo takich sytuacji, które ciągnęły się za mną od podstawówki do liceum, lubiłam swoje ciało. Miałam może kompleksy z uwagi na swój wysoki wzrost, ale waga mi pasowała. Po prostu lubiłam siebie taką, mimo że otoczenie ciągle mówiło "weź przytyj" - bo wzrostu przecież zmienić nie mogłam.
"Kilka" lat minęło, dziś mam 23 lata, i po raz pierwszy mam maleńki problem w postaci nadprogramowych centymetrów. Nie lubię takich zmian. Nie jestem jedną z tych dziewczyn, które załamią się każdym centymetrem na plusie, a potem będą niewolniczo liczyć kalorie w każdym posiłku, o ile w ogóle będą jeść - anoreksja jest przecież modna w pewnych kręgach. Podchodzę do tego bardziej na luzie. Moim celem jest figura i waga, z którymi będę czuła się dobrze - to chyba nie tak wiele?
Dlatego moim nowym celem jest pozbycie się dodatkowych centymetrów! :)
| demoty.pl |
Pierwszy z treningów, Cardio Axe z serii Brazil Butt Lift wygląda może niepozornie, ale daje w kość. Nie mogłam znaleźć tego treningu na youtube, ale znalazłam w innym miejscu: KLIK
Niestety, nie mam opcji wstawienia go na bloga.
Wymaga on trochę miejsca, ale pół godziny takiego treningu jest naprawdę odczuwalne. I nie boli mnie nic w okolicy dolnych mięśni brzucha :)
Drugi z treningów znalazłam na blogu Mój Zdrowy Świat i - choć krótki - wydaje mi się być odpowiedni :) Muzyka też średnio moja, aaale... trochę basów nie zaszkodzi :P
Planuję robić treningi naprzemiennie rozpoczynając od Cardio Axe, 5 dni w tygodniu, i potem robić sobie dwa dni przerwy - i tak przez miesiąc, zaczynając od jutra.
Czemu piszę o tym na blogu? To bardzo proste. Powszechnie wiadomo, że łatwiej jest nam złamać obietnicę, która była składana przed sobą bez obecności jakichkolwiek świadków. No... to teraz mam świadków :) I wiem, że nie będzie mi tak łatwo się z tego wycofać. Wy, jako moje Czytelniczki, odgrywacie więc aktywną rolę w mojej motywacji :)
Wielkie spalanie czas zacząć!
Pozdrawiam!
Etykiety:
pielęgnacja ciała,
trening,
wyzwanie
piątek, 25 kwietnia 2014
Wygładzający peeling do stóp Evree
Witajcie :)
Po pierwsze, chciałabym bardzo, bardzo podziękować Wam wszystkim za to, co zobaczyłam przy ostatnim logowaniu na bloga. Piękne, okrąglutkie 30 obserwatorów! Myślałam, że spadnę z krzesła już po raz drugi, bo pierwszy raz zamurowało mnie przy 43 lubisiach na Facebooku :D Bardzo mnie to cieszy, liczby w całości i każdy obserwator czy lubiś z osobna. Nic bardziej nie motywuje :) Chyba będę musiała pomyśleć o małej niespodziance dla Was, choć rozdanie planowałam dopiero na pierwsze urodziny bloga. Mam teraz trochę urwanie głowy w związku z poprawą egzaminu, ale w ciągu kilku tygodni powinnam coś zorganizować :)
Nie wiem jak u Was, ale w moim mieście jest dziś wręcz upalnie jak na kwiecień. Ku swojemu zdziwieniu wyszłam dziś do sklepu po stereotypowe bułki w koszulce na krótki rękaw i wcale nie było mi zimno... Robi się coraz cieplej, odsłaniamy coraz więcej. O ile zwykle nie jest tak ciężko zadbać o ładny wygląd skóry, o tyle ze stopami bywa ciężej. Zmęczone po zimie i ciepłych butach, twarde, zrogowaciałe pięty - szczęściarą jest ta, która nie zna tego problemu.
Pamiętacie post o styczniowym Shinybox BE SHINY? Byłam zachwycona zawartością. W owym pudełku pojawiła się niepozorna, acz miła dla oka niebieska tubka wygładzającego peelingu do stóp Evree. Marka ponoć znana i dostępna w Rossmannach, choć sama wcześniej nie widziałam ich produktów na oczy - no, to tubka w łapkę i czytam. Drobinki pumeksu, urea i wosk pszczeli. Przebadany dermatologicznie. Bez parabenów - i tu dałam mu pierwszy plus. Taki malutki. Maluteńki.
Sama tubka wykonana jest z niebieskiego, miękkiego, nieprzezroczystego plastiku. Utrudnia to kontrolę pozostałej ilości kosmetyku, ale możemy po prostu spojrzeć na tubkę trzymaną pod światło i to już trochę rozjaśni sytuację. Peeling ważny jest 12 miesięcy od otworzenia i - tu kolejny plus - nie był testowany na zwierzętach.
Dlaczego zwracam uwagę na to, czy kosmetyk jest, czy też nie jest testowany na zwierzętach - wystarczy poczytać w Internecie (choć to raczej lektura dla ludzi o mocnych nerwach), jak męczą te zwierzaki w laboratoriach. Nie tylko stereotypowe myszy, szczury czy króliki - psy, koty... Psychika zwierząt odbijanych z laboratoriów często jest już nie do naprawienia. Kiedyś nie zwracałam uwagi na oznaczenia, dziś jestem na etapie "moja świadomość się budzi" i wolałabym nie używać kosmetyków okupionych bólem jakiegoś stworzenia. Mam do tego pełne prawo jako konsument.
Co o peelingu mówi sam producent:
"Peeling skutecznie usuwa martwe komórki naskórka oraz zapobiega tworzeniu się stwardnień i zrogowaceń bez zbędnego wysuszania skóry. Zwiększa zdolność skóry do przyjmowania składników odżywczych.
Dzięki zawartości lanoliny i wosku pszczelego wspomaga odnowę i regenerację skóry. Urea nawilża i pozostawia stopy niezwykle miękkie oraz aksamitnie gładkie. Zawarty naturalny lawendowy olejek eteryczny ma działanie bakteriobójcze i grzybobójcze, łagodzi podrażnienia oraz działa odświeżająco."
Peeling rzeczywiście pachnie lawendą. Sama nie mam żadnych awersji do tego zapachu, ale znam osoby które na sam dźwięk słowa "lawenda" uciekają gdzie pieprz rośnie. Niebieskie drobinki pumeksu są może i drobne, ale ostre. Próbowałam jakoś uchwycić je dla Was na zdjęciu ale nie wiem czy to foch aparatu, czy może peeling nie polubił się jakoś z moją dłonią... Nijak nie mogłam tego uchwycić :(
Cena produktu to około 10zł za 75ml, ale w promocjach można go kupić taniej (np. teraz w Rossmannie kosztuje 7,30zł).
Czas zajrzeć mu pod maskę.. ehm... do składu.
Aqua (woda), Polyurethane (składnik wiążący składniki w kosmetykach, składnik filmotwórczy tu - ścierające granulki), Caprylic/capric triglyceride (naturalnego pochodzenia natłuszczacz, wygładzacz), Urea (mocznik, tu działa zmiękczająco, złuszczająco, reguluje rogowacenie skóry), Glycerin (gliceryna - nawilża, wygładza), Cetearyl alcohol (zmiękcza, wygładza, natłuszcza), Ceteareth-20 (PEG, emulgator, odpowiada za gruntowne oczyszczenie skóry), Petrolatum (parafina), Ethylhexyl stearate (filmotwórczy emolient, zmiękcza), Cetyl alcohol (emolient, stabilizator emulsji, zmiękcza, wygładza), Cera alba (wosk pszczeli - tworzy ochronny film, natłuszcza), Lanolin (lanolina - pielęgnuje, jest naturalnym emulgatorem), Pumice (pumeks - ścierniwo), Lavandula angustifolia oil (ekstrakt z lawendy - działa bakterio-i grzybobójczo), Acrylates/C10-30 alkyl acrylate crosspolymer (stabilizator emulsji), Propylene glycol (glikol propylenowy - humektant), Diazolidinyl urea (mocno nieciekawy konserwant, pochodna formaldehydu, dopuszczalny do 0,5% ale lepiej unikać), Iodopropynyl butylcarbamate (konserwant, dopuszczalne stężenie 0,05%), Disodium EDTA (konserwant, często zanieczyszczony), Sodium hydroxide (wodorotlenek sodu, regulator PH), Parfum (kompozycja zapachowa), Linalool (składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen)
Sporo dobroci, trochę chemii, na szczęście w większości na końcu składu. Parafina na stopach nie zaszkodzi, ale ten Diazolidynyl Urea trochę mnie zaskoczył. Mimo wszystko peeling nie ma megawygórowanej ceny, więc myślę że można mu wybaczyć.
Jak wspominam użytkowanie?
Pomimo noszenia na co dzień ciężkich butów (co chyba będę musiała ograniczyć ze względu na kiepski stan stawów) nie mam super-mega-wielkiego problemu ze stopami. Pięty są twardsze i zrogowaciałe, ale nie stanowią raczej wielkiego wyzwania - niestety, peeling Evree nie do końca im podołał. Skóra stóp była miękka, wygładzona, uczucie odświeżenia było świetne i długotrwałe - ale skóra pięt jak była zrogowaciała, tak jest, a nie stosuję go od wczoraj. Moja Mama, która również go używała (a miała większe problemy niż ja) również nie zauważyła większych efektów.
Podsumowując - peeling ma szansę sprawdzić się na w miarę mało problemowych stópkach. Szkoda, że tak jest, bo jest on całkiem przyjemny w użyciu i miał szansę zostać u mnie na dłużej... Może gdyby dodać więcej ścierających drobinek efekt byłby lepszy?
Moja ocena to 3/5.
A Was pozdrawiam i mam nadzieję, że taka pogoda jak dziś będzie Wam towarzyszyła długo :)
![]() |
| O - tak się cieszyłam! :) (źródło - images.google.com) |
Nie wiem jak u Was, ale w moim mieście jest dziś wręcz upalnie jak na kwiecień. Ku swojemu zdziwieniu wyszłam dziś do sklepu po stereotypowe bułki w koszulce na krótki rękaw i wcale nie było mi zimno... Robi się coraz cieplej, odsłaniamy coraz więcej. O ile zwykle nie jest tak ciężko zadbać o ładny wygląd skóry, o tyle ze stopami bywa ciężej. Zmęczone po zimie i ciepłych butach, twarde, zrogowaciałe pięty - szczęściarą jest ta, która nie zna tego problemu.
Pamiętacie post o styczniowym Shinybox BE SHINY? Byłam zachwycona zawartością. W owym pudełku pojawiła się niepozorna, acz miła dla oka niebieska tubka wygładzającego peelingu do stóp Evree. Marka ponoć znana i dostępna w Rossmannach, choć sama wcześniej nie widziałam ich produktów na oczy - no, to tubka w łapkę i czytam. Drobinki pumeksu, urea i wosk pszczeli. Przebadany dermatologicznie. Bez parabenów - i tu dałam mu pierwszy plus. Taki malutki. Maluteńki.
Dlaczego zwracam uwagę na to, czy kosmetyk jest, czy też nie jest testowany na zwierzętach - wystarczy poczytać w Internecie (choć to raczej lektura dla ludzi o mocnych nerwach), jak męczą te zwierzaki w laboratoriach. Nie tylko stereotypowe myszy, szczury czy króliki - psy, koty... Psychika zwierząt odbijanych z laboratoriów często jest już nie do naprawienia. Kiedyś nie zwracałam uwagi na oznaczenia, dziś jestem na etapie "moja świadomość się budzi" i wolałabym nie używać kosmetyków okupionych bólem jakiegoś stworzenia. Mam do tego pełne prawo jako konsument.
Co o peelingu mówi sam producent:
"Peeling skutecznie usuwa martwe komórki naskórka oraz zapobiega tworzeniu się stwardnień i zrogowaceń bez zbędnego wysuszania skóry. Zwiększa zdolność skóry do przyjmowania składników odżywczych.
Dzięki zawartości lanoliny i wosku pszczelego wspomaga odnowę i regenerację skóry. Urea nawilża i pozostawia stopy niezwykle miękkie oraz aksamitnie gładkie. Zawarty naturalny lawendowy olejek eteryczny ma działanie bakteriobójcze i grzybobójcze, łagodzi podrażnienia oraz działa odświeżająco."
Peeling rzeczywiście pachnie lawendą. Sama nie mam żadnych awersji do tego zapachu, ale znam osoby które na sam dźwięk słowa "lawenda" uciekają gdzie pieprz rośnie. Niebieskie drobinki pumeksu są może i drobne, ale ostre. Próbowałam jakoś uchwycić je dla Was na zdjęciu ale nie wiem czy to foch aparatu, czy może peeling nie polubił się jakoś z moją dłonią... Nijak nie mogłam tego uchwycić :(
![]() |
| Jak widać nasz kolega jest trochę średnio fotogeniczny. |
Cena produktu to około 10zł za 75ml, ale w promocjach można go kupić taniej (np. teraz w Rossmannie kosztuje 7,30zł).
Czas zajrzeć mu pod maskę.. ehm... do składu.
Aqua (woda), Polyurethane (
Sporo dobroci, trochę chemii, na szczęście w większości na końcu składu. Parafina na stopach nie zaszkodzi, ale ten Diazolidynyl Urea trochę mnie zaskoczył. Mimo wszystko peeling nie ma megawygórowanej ceny, więc myślę że można mu wybaczyć.
Pomimo noszenia na co dzień ciężkich butów (co chyba będę musiała ograniczyć ze względu na kiepski stan stawów) nie mam super-mega-wielkiego problemu ze stopami. Pięty są twardsze i zrogowaciałe, ale nie stanowią raczej wielkiego wyzwania - niestety, peeling Evree nie do końca im podołał. Skóra stóp była miękka, wygładzona, uczucie odświeżenia było świetne i długotrwałe - ale skóra pięt jak była zrogowaciała, tak jest, a nie stosuję go od wczoraj. Moja Mama, która również go używała (a miała większe problemy niż ja) również nie zauważyła większych efektów.
Podsumowując - peeling ma szansę sprawdzić się na w miarę mało problemowych stópkach. Szkoda, że tak jest, bo jest on całkiem przyjemny w użyciu i miał szansę zostać u mnie na dłużej... Może gdyby dodać więcej ścierających drobinek efekt byłby lepszy?
Moja ocena to 3/5.
A Was pozdrawiam i mam nadzieję, że taka pogoda jak dziś będzie Wam towarzyszyła długo :)
Etykiety:
evree,
peeling,
pielęgnacja ciała,
shinybox,
stopy
sobota, 5 kwietnia 2014
Złuszczający żel pod prysznic Oriflame Nature Secrets o zapachu malinowo-miętowym
Witajcie!
Przyznam się bez bicia, że wracanie do życia idzie mi jak po grudzie. Jestem kompletnie rozkojarzona, roztargniona i sama nie wiem, co jeszcze. Dziś na przykład zamiast wrzucić sweterek do pralki, wrzuciłam go ...do kosza na śmieci. Zorientowałam się dopiero kiedy wynosiłam worek do osiedlowego kontenera. Fajnie to musiało wyglądać, kiedy rozdzierałam pod nim worek z wyraźnym niedowierzaniem na twarzy, ale przynajmniej sweterek nadal jest w moim posiadaniu - zwłaszcza, że bardzo go lubię. Dobrze, że lekcje mam dopiero za tydzień, bo nie wiem czy nie zgubiłabym się po drodze mimo kilku lat podążania tą samą trasą.
Nie, nie jestem zakochana. Po prostu w tym tygodniu wykazuję spore pokrewieństwo do Bridget Jones - wcale bym się nie zdziwiła, gdyby i mi wyszła niebieska zupa.
Wracając do tematu tego wpisu - w ostatnim poście denkowym można było zobaczyć żel pod prysznic Oriflame, który zakupiłam w jakiejś promocji razem z antyperspirantem i kremem do rąk na kilka miesięcy przed pomysłem założenia bloga, ale udało mi się go zużyć dopiero niedawno. Niestety, nie zrobiłam zdjęć, bo nie przewidywałam recenzowania go, ale że zainteresował jedną z Was... (pozdrawiam! :) )
Leżał zapomniany w łazience, czekając na swoją kolej. Mam nadzieję, że nie obrazicie się za zdjęcie z Internetu :(
"Pachnący żel z wyciągiem z mięty i maliny, który orzeźwia i złuszcza skórę. Zapewnia gładkość i pobudzającą dawkę energii" - tyle mówi nam o nim producent, szwedzka firma Oriflame. Pobudzająca dawka energii brzmiała zachęcająco, ponieważ należę raczej do leniwych kotów - gładka skóra również, a że należę do wielbicielek malinowego zapachu... Co tu dużo mówić, skusiłam się. Również ze względu na naturę w nazwie.
Nie pamiętam ile ten żel wtedy kosztował, teraz jednak ceny prezentują się następująco:
250ml = 16,90zł
400ml = 24,90zł
Szybko miałam okazję przekonać się, że ten produkt wygląda na żywo prawie tak, jak w katalogu. Żywa, różowa barwa wyglądała wesoło z plastikowej, przezroczystej butelki, poprzetykana małymi zielonymi kuleczkami które miały odpowiadać za efekt peelingujący - całkiem zachęcająco. Konsystencja była odpowiednia - ani zbyt gęsta, ani zbyt rzadka, przez co żel nie uciekał nam z rąk. Dobrze się pienił. Nie było też problemu z otworzeniem opakowania mokrymi rękoma, ale zdarzyło mi się, że butelka wyślizgnęła mi się z rąk.
Zapach rzeczywiście był powalający, ale niestety nie w tym sensie, w jakim tego oczekiwałam. Po jakimś czasie malina i mięta okazały się być dla mnie średnio strawnym połączeniem, a że zapach był intensywny i pozostawał na skórze w mniej intensywnej formie, było mi trochę ciężko go używać. Do tego dołożył się efekt orzeźwienia (czy może po ludzku - chłodzenia), który w okresie zimowym okazał się jednak wielkim "nienienie". Żel byłby idealny na lato, ale w zimę niekoniecznie. Kochałam wtedy bardzo ręczniki nagrzane grzejnikowym ciepełkiem, oj, kochałam.
Obiecywane peelingujące granulki są, jednak nie są na tyle ostre i nie ma ich na tyle dużo, by sprawiały kłopoty, więc teoretycznie żel nadaje się do codziennego użytku i nas nie uszkodzi. Powiedziałabym nawet, że jest ich troszkę za mało, ale co kto lubi ;)
Niestety, w trakcie używania zaobserwowałam nieco większe przesuszenie skóry, niż zwykle, i to jest jeden z powodów dla których już do niego nie wrócę.
Pora zajrzeć do składu:
Aqua (woda), Sodium Laureth Sulfate (silny środek myjący), Cocamidopropyl Betaine (środek myjący, łagodzi ewentualne drażniące działanie SLS), Acrylates Copolymer (stabilizator emulsji, wiąże składniki kosmetyku, antystatyk, tworzy też film na skórze), Glycerin (nawilża, łagodzi), Polyethylene (substancja stosowana jako ścierająca zrogowaciały naskórek), Sodium Chloride (sól kuchenna), Jojoba Esters (estry oleju jojoba, działanie stabilizujące i zagęszczające), Parfum (kompozycja zapachowa), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu, reguluje pH), Sodium Benzoate (konserwant, wrażliwcy uważajcie), Limonene (składnik zapachu, cytrynowy), Hexyl Cinnamal (gliceryna używana jako składnik zapachowy, może uczulać), Propylene Glycol (humektant, ułatwia transport substancji w głąb skóry), Linalool (kolejny składnik zapachu, może uczulać), 2-bromo-2-nitropropane-1, 3-diol (konserwant), Benzyl Salicylate (tu chyba jako substancja zapachowa, ale pochłania też promienie UVB i łagodnie znieczula), Rubus Idaeus Fruit Extract (ekstrakt z maliny), Mentha Aquatica Leaf Extract (ekstrakt z mięty), CI 77288, CI 16035, CI 17200, CI 42090 (barwniki)
Przyznam się bez bicia, że wracanie do życia idzie mi jak po grudzie. Jestem kompletnie rozkojarzona, roztargniona i sama nie wiem, co jeszcze. Dziś na przykład zamiast wrzucić sweterek do pralki, wrzuciłam go ...do kosza na śmieci. Zorientowałam się dopiero kiedy wynosiłam worek do osiedlowego kontenera. Fajnie to musiało wyglądać, kiedy rozdzierałam pod nim worek z wyraźnym niedowierzaniem na twarzy, ale przynajmniej sweterek nadal jest w moim posiadaniu - zwłaszcza, że bardzo go lubię. Dobrze, że lekcje mam dopiero za tydzień, bo nie wiem czy nie zgubiłabym się po drodze mimo kilku lat podążania tą samą trasą.
Nie, nie jestem zakochana. Po prostu w tym tygodniu wykazuję spore pokrewieństwo do Bridget Jones - wcale bym się nie zdziwiła, gdyby i mi wyszła niebieska zupa.
| Zdjęcie pochodzi z Google.com |
Leżał zapomniany w łazience, czekając na swoją kolej. Mam nadzieję, że nie obrazicie się za zdjęcie z Internetu :(
"Pachnący żel z wyciągiem z mięty i maliny, który orzeźwia i złuszcza skórę. Zapewnia gładkość i pobudzającą dawkę energii" - tyle mówi nam o nim producent, szwedzka firma Oriflame. Pobudzająca dawka energii brzmiała zachęcająco, ponieważ należę raczej do leniwych kotów - gładka skóra również, a że należę do wielbicielek malinowego zapachu... Co tu dużo mówić, skusiłam się. Również ze względu na naturę w nazwie.
Nie pamiętam ile ten żel wtedy kosztował, teraz jednak ceny prezentują się następująco:
250ml = 16,90zł
400ml = 24,90zł
Szybko miałam okazję przekonać się, że ten produkt wygląda na żywo prawie tak, jak w katalogu. Żywa, różowa barwa wyglądała wesoło z plastikowej, przezroczystej butelki, poprzetykana małymi zielonymi kuleczkami które miały odpowiadać za efekt peelingujący - całkiem zachęcająco. Konsystencja była odpowiednia - ani zbyt gęsta, ani zbyt rzadka, przez co żel nie uciekał nam z rąk. Dobrze się pienił. Nie było też problemu z otworzeniem opakowania mokrymi rękoma, ale zdarzyło mi się, że butelka wyślizgnęła mi się z rąk.
| Źródło: Google |
Obiecywane peelingujące granulki są, jednak nie są na tyle ostre i nie ma ich na tyle dużo, by sprawiały kłopoty, więc teoretycznie żel nadaje się do codziennego użytku i nas nie uszkodzi. Powiedziałabym nawet, że jest ich troszkę za mało, ale co kto lubi ;)
Niestety, w trakcie używania zaobserwowałam nieco większe przesuszenie skóry, niż zwykle, i to jest jeden z powodów dla których już do niego nie wrócę.
Pora zajrzeć do składu:
Aqua (woda), Sodium Laureth Sulfate (silny środek myjący), Cocamidopropyl Betaine (środek myjący, łagodzi ewentualne drażniące działanie SLS), Acrylates Copolymer (stabilizator emulsji, wiąże składniki kosmetyku, antystatyk, tworzy też film na skórze), Glycerin (nawilża, łagodzi), Polyethylene (substancja stosowana jako ścierająca zrogowaciały naskórek), Sodium Chloride (sól kuchenna), Jojoba Esters (estry oleju jojoba, działanie stabilizujące i zagęszczające), Parfum (kompozycja zapachowa), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu, reguluje pH), Sodium Benzoate (konserwant, wrażliwcy uważajcie), Limonene (składnik zapachu, cytrynowy), Hexyl Cinnamal (gliceryna używana jako składnik zapachowy, może uczulać), Propylene Glycol (humektant, ułatwia transport substancji w głąb skóry), Linalool (kolejny składnik zapachu, może uczulać), 2-bromo-2-nitropropane-1, 3-diol (konserwant), Benzyl Salicylate (tu chyba jako substancja zapachowa, ale pochłania też promienie UVB i łagodnie znieczula), Rubus Idaeus Fruit Extract (ekstrakt z maliny), Mentha Aquatica Leaf Extract (ekstrakt z mięty), CI 77288, CI 16035, CI 17200, CI 42090 (barwniki)
| Źródło: Google |
Nie jestem chemikiem. Moje analizy składu opierają się na informacjach, które znajduję w Internecie. Tak czy inaczej, skład średnio pasuje mi do nazwy 'Nature Secrets' i to jest kolejny powód, dla którego więcej tego żelu już nie zakupię. Nie dość, że aż dwa silne detergenty na początku składu, to sporo chemii (fakt że żółtej, ale co do niektórych składników po prostu nie miałam pewności), kompozycja zapachowa dość wysoko, a wspomniane wyciągi z maliny i mięty na samym końcu składu - tuż przed barwnikami. Swoją drogą - wydaje mi się, że polietylen został tu zastosowany w roli zielonych kulek-ścierulek, a ostatnimi czasy w tej formie wzbudził on przerażenie niektórych (afera z bodajże kosmetykami Agafii). Dziewczyny - używałam, żyję. Nie ma powodu do niepokoju :)
Podsumowując:
(+) atrakcyjny wygląd
(+) ładny zapach (do czasu, niestety)
(+) ładny zapach (do czasu, niestety)
(+) ścierające drobinki
(+) niewygórowana cena
(+) niewygórowana cena
(-) SKŁAD niewiele mający wspólnego z naturą
(-) za mała ilość ścierających drobinek
(-) przesuszona skóra po użyciu
(-) przesuszona skóra po użyciu
(-) bardzo intensywny zapach który może przeszkadzać
2,5/5. Nie kupię więcej.
Pozdrawiam!
Pozdrawiam!
Etykiety:
kosmetyki,
malina,
mięta,
oriflame,
pielęgnacja ciała,
Projekt Denko,
zużycie,
żel
poniedziałek, 10 lutego 2014
Musująca kula do kąpieli Body Club
Lubię Biedronkę. To jeden z tych sklepów, w których kupuję najczęściej - tą "swoją" mam w miarę blisko domu, w dodatku rzadko się zdarza by były w niej tłumy ludzi, więc zakupy można zrobić w całkiem spokojnej atmosferze. Ostatnimi czasy zaskakuje też promocjami kosmetycznymi (i nie tylko - ostatnio mają ponad 150 gier w cenie 9,99!). Biedronkową gazetkę promocyjną na Walentynki można obejrzeć tutaj (klik).
Przy ostatniej wizycie trochę się spieszyłam, więc oprócz produktów spożywczych skusiłam się jedynie na musującą kulę do kąpieli Body Club.
W tym miejscu możecie na mnie nakrzyczeć, bo dopiero po jej użyciu przypomniałam sobie że nie zrobiłam zdjęć (!), więc do czasu zakupu następnych kul będę musiała posiłkować się zdjęciami z Internetu. A następne kupię na pewno.
Wykonana ręcznie na bazie starannie opracowanej receptury. Zawiera wysokiej jakości składniki, m.in. masło shea oraz olejki roślinne, które delikatnie nawilżają skórę, a wyjątkowa kompozycja zapachowa pozostawia na niej przyjemny zapach. W kuli ukryte są kolczyki z naturalnymi perłami. Są one pierwszym elementem eleganckiego kompletu biżuterii, kolejne – w następnych seriach kul Body Club:
Więc za 6zł (no dobra, 5,99zł) dostajemy dużą (140g) kulę do kąpieli w jednym z trzech (czterech?) możliwych wariantów. W moim koszyku wylądował wariant fioletowy z racji mojej słabości do tego koloru.
Skład wersji fioletowej:
Sodium Bicarbonate (soda oczyszczona), Citric Acid (kwasek cytrynowy), Sodium Sulfate (siarczan sodu), Grape Seed Oil (olej z pestek winogron), Parfum (kompozycja zapachowa), Avocado Oil (olej z awokado), Butylospermum Parkii (masło shea), Butylphenyl Methylpropional (aldehyd aromatyczny, potencjalny alergen), Hexyl Cinnamal (nienasycony aldehyd aromatyczny, potencjalny alergen), Linalool (kolejny potencjalny alergen, imituje zapach konwalii), D-Limonene (potencjalny alergen, imituje zapach skórki cytrynowej).
Uważam, że gdyby nie ta ilość alergenów, skład byłby nienajgorszy. Dwa oleje, masło shea... Nie ma tragedii. :D Szczęśliwie dla mnie moja skóra nie zaprotestowała i nie pojawiły się u mnie żadne objawy alergiczne, ale jeśli jesteście alergikami - uważajcie.
Nie ma co ukrywać, że do zakupu kuli skusiły również ukryte w niej kolczyki z naturalnymi perełkami. Choć Kot preferuje raczej niestandardową biżuterię, uznał - niczym prawdziwa sroczka - że brakuje w szkatułce takich perełek, a one są eleganckie i odpowiednie na każdą okazję. Była też nutka niepewności związana z alergią na nikiel, ale o tym później.
Kula zapakowana jest w dwie warstwy grubej folii - jedna, przezroczysta, zabezpiecza kulę przed wilgocią, druga służy jako kolorowa etykieta. Warto mieć gdzieś koło siebie małe nożyczki albo rozpakować kulę PRZED wejściem do wanny, bo w innym wypadku możecie skończyć jak ja - próbując rozerwać folię zębami (i tego stanowczo nie polecam! :D).
Po umieszczeniu w wodzie kula dostaje kręćka. Dosłownie. Zaczyna się miotać jak szalona po całej wannie. Rozpuszcza się dość szybko (ale się nie pieni) i w przypadku mojej nie-takiej-znowu-długiej kąpieli zdążyła rozpuścić się cała, wypełniając całą łazienkę pięknym zapachem... w sumie sama nie wiem czego, z tego co wiem miał to być zapach kwiatowy, ale nie wywołał u mnie takiego skojarzenia. Zapach niestety szybko się ulotnił.
Woda stała się taka, jakby to nazwać... tłustawa. Wyraźnie było widać plamki olejów na jej powierzchni. Zdążyłam się zorientować że wiele dziewczyn narzeka na taki obrót sytuacji, ale dla mnie to jak najbardziej na plus - przynajmniej wiem, że skład nie ściemnia ;)
Po wyjściu z wanny i osuszeniu skóry ręcznikiem zauważyłam, że jest z nią nieco lepiej niż zwykle. Może nie był to megapowalający efekt, ale rzeczywiście skóra była bardziej miękka i nawilżona niż zwykle - do tego stopnia, że użycie balsamu uznałam za zbędne. Zwykle po kąpieli moja skóra jest nieco przesuszona, ale tym razem tego efektu nie było - a dodam, że myłam się żelem pod prysznic z SLS.
Obiecane kolczyki rzeczywiście się pojawiły - po rozpuszczeniu się kuli moim oczom ukazała się niewielka, przezroczysta kapsułka z niebieską zakrętką, w której - owinięte w małą foliową torebkę - siedziały sobie perełki na sztyftach. Mimo podwójnego zabezpieczenia przed wilgocią do wnętrza kapsułki dostało się trochę wody, ale na szczęście z kolczykami nic się nie stało. Swoją drogą, ukrycie kolczyków wewnątrz kuli to niezłe utrudnienie dla złodziei - dzięki temu mamy pewność, że nie kupimy wybrakowanej kuli... no, chyba że nawalił ktoś od pakowania.
Są eleganckie, ładnie prezentują się na uchu. Jakość wykonania oceniam średnio, to po prostu perełki z nawierconymi małymi otworkami, w które jest wklejony sztyft - ale nie oszukujmy się, to bonus, nie produkt jubilerski ;) Czytałam że bywa z nimi różnie, potrafią trafić się uszkodzone czy też różniące się kolorem/wielkością - moje były całe, bardzo podobne do siebie i niemal w identycznym kolorze. Te perły są NATURALNE, więc ciężko żeby wszystkie wyglądały kropka w kropkę tak samo...
Miłą niespodzianką jest to, że w ogóle mogę je nosić - dzięki mojej alergii na nikiel muszę uważać na to, co wkładam w uszy. Nieostrożność może się skończyć ich napuchnięciem, ropieniem czy też uczuciem palących płatków ucha - miałam kiedyś taką sytuację że po kilkudniowym noszeniu kolczyków z pewnej drogerii musiałam chodzić z uchem zaklejonym plastrem, bo z powodu stanu zapalnego przekłucie potrafiło często krwawić (a mam je dobre 8 lat i wszystko z nim w porządku). Cieszę się więc, że mam ładne kolczyki za małe pieniądze - i nawet mogę je spokojnie założyć! :)
Podsumowując: Kula przypadła mi do gustu ze względu na nawilżenie i miękkość, jakie zafundowała mojej skórze. Uważam, że 5,99zł za 140g kuli - ona NAPRAWDĘ jest duża i ciężkawa jak się ją weźmie do ręki - to niewysoka cena i to na pewno nie były pieniądze wyrzucone w błoto. Cudów nie robi, ale jest miłym uprzyjemniaczem kąpieli i dlatego pewnie jeszcze nieraz po nią sięgnę.
(nie mówiąc już o tym, że chcę skompletować taki komplet biżuterii i dla siebie, i dla Mamy... :D)
A Wy? Używacie tych kul, czy może znacie inne/lepsze/warte wypróbowania? :)
Pozdrawiam, miau!
Kot
Przy ostatniej wizycie trochę się spieszyłam, więc oprócz produktów spożywczych skusiłam się jedynie na musującą kulę do kąpieli Body Club.
W tym miejscu możecie na mnie nakrzyczeć, bo dopiero po jej użyciu przypomniałam sobie że nie zrobiłam zdjęć (!), więc do czasu zakupu następnych kul będę musiała posiłkować się zdjęciami z Internetu. A następne kupię na pewno.
| http://www.biedronka.pl/cms/img/u/OFERTA/2014_01_27/nft/02_b.jpg |
Według producenta:
Wykonana ręcznie na bazie starannie opracowanej receptury. Zawiera wysokiej jakości składniki, m.in. masło shea oraz olejki roślinne, które delikatnie nawilżają skórę, a wyjątkowa kompozycja zapachowa pozostawia na niej przyjemny zapach. W kuli ukryte są kolczyki z naturalnymi perłami. Są one pierwszym elementem eleganckiego kompletu biżuterii, kolejne – w następnych seriach kul Body Club:
- z okazji Dnia Kobiet – zawieszka z naturalną perłą,
- z okazji Dnia Matki – bransoletka z naturalnymi perłami.
Więc za 6zł (no dobra, 5,99zł) dostajemy dużą (140g) kulę do kąpieli w jednym z trzech (czterech?) możliwych wariantów. W moim koszyku wylądował wariant fioletowy z racji mojej słabości do tego koloru.
Skład wersji fioletowej:
Sodium Bicarbonate (soda oczyszczona), Citric Acid (kwasek cytrynowy), Sodium Sulfate (siarczan sodu), Grape Seed Oil (olej z pestek winogron), Parfum (kompozycja zapachowa), Avocado Oil (olej z awokado), Butylospermum Parkii (masło shea), Butylphenyl Methylpropional (aldehyd aromatyczny, potencjalny alergen), Hexyl Cinnamal (nienasycony aldehyd aromatyczny, potencjalny alergen), Linalool (kolejny potencjalny alergen, imituje zapach konwalii), D-Limonene (potencjalny alergen, imituje zapach skórki cytrynowej).
Uważam, że gdyby nie ta ilość alergenów, skład byłby nienajgorszy. Dwa oleje, masło shea... Nie ma tragedii. :D Szczęśliwie dla mnie moja skóra nie zaprotestowała i nie pojawiły się u mnie żadne objawy alergiczne, ale jeśli jesteście alergikami - uważajcie.
Nie ma co ukrywać, że do zakupu kuli skusiły również ukryte w niej kolczyki z naturalnymi perełkami. Choć Kot preferuje raczej niestandardową biżuterię, uznał - niczym prawdziwa sroczka - że brakuje w szkatułce takich perełek, a one są eleganckie i odpowiednie na każdą okazję. Była też nutka niepewności związana z alergią na nikiel, ale o tym później.
Jeśli chodzi o kulę...
Kula zapakowana jest w dwie warstwy grubej folii - jedna, przezroczysta, zabezpiecza kulę przed wilgocią, druga służy jako kolorowa etykieta. Warto mieć gdzieś koło siebie małe nożyczki albo rozpakować kulę PRZED wejściem do wanny, bo w innym wypadku możecie skończyć jak ja - próbując rozerwać folię zębami (i tego stanowczo nie polecam! :D).
Po umieszczeniu w wodzie kula dostaje kręćka. Dosłownie. Zaczyna się miotać jak szalona po całej wannie. Rozpuszcza się dość szybko (ale się nie pieni) i w przypadku mojej nie-takiej-znowu-długiej kąpieli zdążyła rozpuścić się cała, wypełniając całą łazienkę pięknym zapachem... w sumie sama nie wiem czego, z tego co wiem miał to być zapach kwiatowy, ale nie wywołał u mnie takiego skojarzenia. Zapach niestety szybko się ulotnił.
Woda stała się taka, jakby to nazwać... tłustawa. Wyraźnie było widać plamki olejów na jej powierzchni. Zdążyłam się zorientować że wiele dziewczyn narzeka na taki obrót sytuacji, ale dla mnie to jak najbardziej na plus - przynajmniej wiem, że skład nie ściemnia ;)
Po wyjściu z wanny i osuszeniu skóry ręcznikiem zauważyłam, że jest z nią nieco lepiej niż zwykle. Może nie był to megapowalający efekt, ale rzeczywiście skóra była bardziej miękka i nawilżona niż zwykle - do tego stopnia, że użycie balsamu uznałam za zbędne. Zwykle po kąpieli moja skóra jest nieco przesuszona, ale tym razem tego efektu nie było - a dodam, że myłam się żelem pod prysznic z SLS.
A kolczyki?
| Znalezione w Internecie zdjęcie promocyjne - kolczyki wyglądają tak, jak na obrazku. |
Obiecane kolczyki rzeczywiście się pojawiły - po rozpuszczeniu się kuli moim oczom ukazała się niewielka, przezroczysta kapsułka z niebieską zakrętką, w której - owinięte w małą foliową torebkę - siedziały sobie perełki na sztyftach. Mimo podwójnego zabezpieczenia przed wilgocią do wnętrza kapsułki dostało się trochę wody, ale na szczęście z kolczykami nic się nie stało. Swoją drogą, ukrycie kolczyków wewnątrz kuli to niezłe utrudnienie dla złodziei - dzięki temu mamy pewność, że nie kupimy wybrakowanej kuli... no, chyba że nawalił ktoś od pakowania.
Są eleganckie, ładnie prezentują się na uchu. Jakość wykonania oceniam średnio, to po prostu perełki z nawierconymi małymi otworkami, w które jest wklejony sztyft - ale nie oszukujmy się, to bonus, nie produkt jubilerski ;) Czytałam że bywa z nimi różnie, potrafią trafić się uszkodzone czy też różniące się kolorem/wielkością - moje były całe, bardzo podobne do siebie i niemal w identycznym kolorze. Te perły są NATURALNE, więc ciężko żeby wszystkie wyglądały kropka w kropkę tak samo...
Miłą niespodzianką jest to, że w ogóle mogę je nosić - dzięki mojej alergii na nikiel muszę uważać na to, co wkładam w uszy. Nieostrożność może się skończyć ich napuchnięciem, ropieniem czy też uczuciem palących płatków ucha - miałam kiedyś taką sytuację że po kilkudniowym noszeniu kolczyków z pewnej drogerii musiałam chodzić z uchem zaklejonym plastrem, bo z powodu stanu zapalnego przekłucie potrafiło często krwawić (a mam je dobre 8 lat i wszystko z nim w porządku). Cieszę się więc, że mam ładne kolczyki za małe pieniądze - i nawet mogę je spokojnie założyć! :)
Podsumowując: Kula przypadła mi do gustu ze względu na nawilżenie i miękkość, jakie zafundowała mojej skórze. Uważam, że 5,99zł za 140g kuli - ona NAPRAWDĘ jest duża i ciężkawa jak się ją weźmie do ręki - to niewysoka cena i to na pewno nie były pieniądze wyrzucone w błoto. Cudów nie robi, ale jest miłym uprzyjemniaczem kąpieli i dlatego pewnie jeszcze nieraz po nią sięgnę.
(nie mówiąc już o tym, że chcę skompletować taki komplet biżuterii i dla siebie, i dla Mamy... :D)
A Wy? Używacie tych kul, czy może znacie inne/lepsze/warte wypróbowania? :)
Pozdrawiam, miau!
Kot
Etykiety:
Biedronka,
kosmetyki,
niewłosowo,
pielęgnacja ciała
środa, 18 września 2013
Joanna Sensual - wosk do depilacji. Jak się sprawdził?
...może lepiej byłoby zapytać, czy sprawdził się w ogóle.
Jako, że nie jest to blog wyłącznie o włosomaniactwie, pozwoliłam sobie poświęcić dzisiejszy post na opisanie Wam jednego z największych bubli, z jakimi się spotkałam.
Myślę, że nie mam problemu z nadmiernym owłosieniem. Nie przypominam niedźwiedzia czy owczarka niemieckiego, a mój mały wąsik nad górną wargą (nie oszukujmy się, każda go ma) jest praktycznie niewidoczny z racji jego jasnej barwy. Są jednak takie momenty, kiedy każda z nas ma ochotę odrzucić maszynki czy kremy do depilacji, by wyrwać "raz, a dobrze" i mieć później spokój na kilka tygodni.
Kiedyś używałam już plastrów do depilacji woskiem (innej firmy) i poradziły sobie świetnie - stąd moje pozytywne nastawienie do tej metody. Niestety, będąc w supermarkecie nie zwróciłam uwagi, że pomyliłam opakowania - były bardzo podobne do siebie, a mi całkiem się spieszyło. Po prostu porwałam dwie paczki i pognałam do kasy. Moja pomyłka dotarła do mnie dopiero po powrocie do domu, ale postanowiłam dać szansę zakupionym produktom.
Opakowanie plastrów do depilacji ciała zawiera sześć podwójnych plastrów - co daje nam w rzeczywistości 12 plastrów. To samo tyczy się opakowania plastrów do depilacji twarzy. Plastry mają postać prostokątnych, sklejonych ze sobą zielonym woskiem papierowych pasków - należy je ogrzać w dłoniach, delikatnie rozdzielić, przykleić do depilowanego miejsca przygładzając zgodnie z kierunkiem wzrostu włosa - i zerwać "pod włos". Niby wszystko fajnie, pięknie... ale produkt po prostu nie radzi sobie ze swoim zadaniem.
Wosk miał służyć depilacji, tymczasem jedyne co skutecznie mu wyszło to rozdrażnienie mnie. Nieważne jak bardzo bym się starała, wosk nie łapał (całkiem długich) włosków - dużo lepiej za to wychodziło mu przyklejanie się do skóry. Do depilacji tym produktem podchodziłam kilkukrotnie, i za każdym razem efekt był opłakany. W końcu pokornie sięgnęłam po maszynkę.
Podsumowując - na pewno nie kupię więcej tego produktu - ani świadomie, ani przez przypadek.
Pozdrawiam!
Etykiety:
Joanna,
pielęgnacja ciała,
recenzja
Subskrybuj:
Posty (Atom)












