Witajcie!
Jakiś czas temu postanowiłam znaleźć dla siebie farbę idealną. Uwielbiam Porzeczkową Czerwień Joanny, która nieraz wyratowała mnie z różnych tarapatów i nie kosztowała przy tym dużo, ponadto nie wyglądało jakby moje włosy były z nią w otwartym konflikcie - ale niestety, zapragnęłam nieco jaśniejszej i bardziej intensywnej czerwieni.
Słyszałam wiele negatywnych opinii na temat farb Syoss - według internautek niszczą włosy, powodują ich wypadanie, a do tego kolor trzyma się ekstremalnie krótko. Mimo to postanowiłam zaryzykować, pamiętając w miarę pozytywne doświadczenia po dawnym zastosowaniu Syoss Mixing Colors. Wybrałam kolor 5-29 - czyli Intensywną Czerwień.
Producent w opisie na opakowaniu obiecuje nam precyzyjny efekt koloryzacji, wyjątkową trwałość koloru i blasku, profesjonalne pokrycie siwych włosów (na szczęście mnie to jeszcze nie dotyczy, uff) oraz mocną strukturę i lśniące włosy.
Przed zakupem rzuciłam okiem na skład, by upewnić się, że nie ma tu zawartości MEA. Nie było. Odetchnęłam z ulgą.
Zawartość pudełka prezentowała się tak:
Zastanawiacie się, gdzie podziały się rękawiczki? O, tu. Są wklejone do ulotki. :)
Butelka z mleczkiem utleniającym po wciśnięciu do niej zawartości tubki. Jakoś spodobał mi się ten widok. :)
Wymieszałam wszystko zgodnie z zaleceniami producenta i nałożyłam farbę na całe włosy - ponieważ poprzednie farbowanie miało miejsce sporo wcześniej, włosy były jedynie "poprawiane" szamponetką która i tak w zasadzie już się zmyła. Kolor farby był dużo intensywniejszy, niż na zdjęciu - była to wściekła, paprykowa czerwień.
Niestety, nie mam dla Was zdjęcia "po" :( Wiem, strzeliłam sobie w stopę - ale zwyczajnie zapomniałam go zrobić, i przypomniałam sobie o tym po dwóch-trzech tygodniach kiedy już poprawiłam kolor szamponetką. Mam jednak nadzieję, że uwierzycie mi na słowo. To była jedna z najpiękniejszych czerwieni, jaka mi kiedykolwiek wyszła. Kolor był mocny, intensywny, a włosy nie zdradzały oznak szczególnego upodlenia. Byłam zachwycona rezultatem! Nie mówiąc już o tym, że później wielokrotnie słyszałam komplementy na temat koloru moich włosów, i to od obcych ludzi. Najbardziej jednak ucieszył mnie fakt, że farba w jakiś sposób wyrównała ich kolor (włosów, nie ludzi!) - moje włosy od pewnej wysokości były ciemniejsze, co było pozostałością po wpadce z farbą L'oreala w listopadzie 2012. Po użyciu farby Syoss moje włosy miały jednolity kolor. Naprawdę, żałuję że nie zrobiłam tego zdjęcia... ale naprawię to w przyszłości!
Czy producent spełnił obietnice dane na opakowaniu?
Nie mi oceniać, czy farba spisze się w 100% na siwych włosach. Nie zauważyłam też szczególnej poprawy struktury czy szczególnego blasku. Farba niestety zaczęła płowieć po 2-3 tygodniach (z tego powodu zastosowałam szamponetkę), więc obietnicy wyjątkowej trwałości też nie należy traktować do końca poważnie - ale kolor rzeczywiście wyszedł bardzo podobny do tego na pudełku. Może nie była to chirurgiczna precyzja koloru, ale wciąż było BARDZO blisko. :)
Niestety, zauważyłam też jedną przykrą rzecz - wzmożone wypadanie. Wprawdzie nie wiem, co mogło być tego powodem ponieważ w momencie farbowania miałam już początki grzybicy i dość osłabiony organizm - ale fakt faktem, że taka rzecz miała miejsce. Nie było to jednak to, z czym zmagam się dziś - a minął już dobry miesiąc od zastosowania tej farby. Kiedy już w pełni dojdę do siebie, myślę, że zrobię drugie podejście i wtedy wszystko się zweryfikuje.
A dla dociekliwych - zdjęcie składu. ;) Czy ktoś znający się na czytaniu składów mógłby go zinterpretować? Moje umiejętności w tym zakresie niestety są jeszcze mocno ograniczone.

Jakie macie opinie na temat farb Syoss? :) Zapraszam do dyskusji w komentarzach!






