Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 lipca 2014

Orientana, Ajuwedyjska Terapia do Włosów

Dziś na tapetę weźmiemy ajurwedyjski olejek polskiej produkcji. Ciekawie brzmi, prawda? A za olejkiem tym stoi Orientana - polska firma produkująca naturalne kosmetyki zawierające ekstrakty z roślin azjatyckich. Bez chemii, parabenów, ropy naftowej w różnych postaciach, silikonów, PEG-ów, szkodliwych barwników czy syntetycznych zapachów. Brzmi fajnie? Podejrzewałybyście, że taka firma istnieje na naszym, polskim podwórku? Ja nie podejrzewałam, i jestem tym mile zaskoczona.


Olejek ajurwedyjski trafił do mnie za sprawą wyprzedaży blogowej, na której nabyłam go w śmiesznej cenie 5zł. Marka była mi wówczas kompletnie obca i w związku z tym nie wiązałam z tym produktem zbyt wielkich nadziei, nie rzuciłam się też do testowania go zaraz po tym, jak trafił w moje ręce. Jakoś tak wyszło, i... to był błąd.


55ml złotego olejku mieszka sobie w małej, plastikowej buteleczce opatrzonej etykietą średnio pasującą estetyką do mojego wyobrażenia o kosmetykach ajurwedyjskich, ale wciąż całkiem estetyczną. Buteleczka, która trafia do nas całkowicie ofoliowana, zakończona jest białą zakrętką. Przy pierwszym użyciu po prostu otworzyłam zakrętkę i przechyliłam buteleczkę, chcąc wydobyć olejek - a tu na dłoni pustynia... Jak się okazało, buteleczka w środku zabezpieczona jest jeszcze plastikowym korkiem - by olejek nie wylał się po przewróceniu się buteleczki czy też w transporcie. Jak widać, firma pomyślała o wszystkim :) choć moim zdaniem korek powinien mieć jakąś wyciągajkę - niemiłosiernie go zniszczyłam ciągłym wyciąganiem za pomocą ostrych narzędzi i przez to nie nadaje się do pokazania.


Orientana pozytywnie zaskoczyła mnie szczegółowym opisem składu tego olejku, zamieszczonym w swoim sklepie internetowym - dzięki temu mogę Wam zaprezentować baaardzo szczegółowe informacje :) A oto skład (uwaga, będzie dłuuuugo):

Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy) - chroni się włosy przed postępującymi uszkodzeniami łusek, pielęgnuje i odżywia
Sesamum Indicum Oil (olej sezamowy) - pielęgnuje włosy, reguluje pracę gruczołow łojowych
Lactobacillus/ Lac Ferment (ferment mleczny) - pielęgnuje, odżywia, regeneruje i wzmacnia włosy
Nilibhrungandi Oil - odżywia cebulki włosowe, wspomaga porost włosów
Elettaria Cardamonum Seed Oil (olej kardamonowy) - działa wspomagająco
Ferri Peroxi Dumrubrum - zapobiega przedwczesnemu siwieniu i wypadaniu włosów
Eclipta Alba Powder - zapobiega siwieniu wlosow i przedwczesnemu wypadaniu
Terminalia Chebula Extract (ekstrakt z migdałecznika) - pomaga domknąć rozszerzone pory skórne, odżywia
Sugandhit Dravya Extract - odświeża i nadaje zapach
Centella Asiatica Leaf Extract (ekstrakt z wąkrotki azjatyckiej) - wzamcnia skórę głowy, stymuluje wzrost włosów
Jasminum Officinale Flower Oil (olejek jaśminowy) - pielęgnuje skórę
Abrus Precatorius Root Extract (ekstrakt z korzenia paciorecznika)- działa przeciwalergicznie, przeciwbakteryjnie i bakteriobójczo
Citrullus Colocynthis Fruit Extract (ekstrakt z owocu arbuza kolokwinty) - przyspiesza wzrost włosów i zapobiega wypadaniu
Triticum Vulgare Germ Oil (olejek z kiełków pszenicznych)- odżywia włosy i odmładza skórę
Citrus Medica Vulgaris Peel Oil (olejek z skórki cytryny)- działa przeciwświądowo, przeciwzapalnie, odkażająco, uszczelniająco
Datura Stramonium Leaf Extract (ekstrakt z bielunia) - działa przeciwłupieżowo i zapobiega wypadaniu włosów
Indigofera Tinctoria Extract (ekstrakt z indygowca) -podkresla kolor włosów, silnie odżywia
Nardostachys Jatamansi Oil (olejek ze szpikanardu)- stymuluje wzrost włosów, zapobiega ich wypadaniu oraz opóźnia siwienie
Pongamia Glabra Seed Oil (olejek karanja) - tonizuje skórę głowy i kondycjonuje włosy
Azadirachta Indica Leaf Extract (ekstrakt z miodli indyjskiej) - ujędrnia, wzmacnia i regeneruje skórę, łagodzi stany zapalne (przetłuszczanie, zaczerwienienia, łupież)
Lawsonia Inermis Extract (ekstrakt z lawsonii) - rekonstruuje włosy, dodaje im życia i blasku, zapewnia im głębokie nawilżenie i pozostawia je miękkie. Ponadto sprawia, że nasze włosy są odżywione, grubsze i lśniące.
Berberis Aristata Root Extract (ekstrakt z korzenia berberysu) - ma właściwości przeciwłupieżowe, działa leczniczo w schorzeniach skalpu, zapobiega wypadaniu włosów, działa przeciwpasożytniczo
Anacyclus Pyrethrum Root Extract (ekstrakt z bertramu lekarskiego) - ma właściwości przeciwłupieżowe, działa leczniczo w schorzeniach skalpu, zapobiega wypadaniu włosów
Acorus Calamus Root Oil (ekstrakt z korzenia turzycy słodkiej) - dzięki swoim właściwościom drażniącym powoduje przekrwienie skóry i usunięcie szkodliwych produktów przemiany materii, poprawia odżywienie mieszków włosowych i stymuluje wzrost włosów
Glycyrrhiza Glabra Root Extract (ekstrakt z korzenia lukrecji) - działa antybakteryjnie oraz zmniejsza produkcję sebum, wzmaga natomiast regenerację komórek skóry, bardzo dobrze nawilża.

Super. Nic dodać, nic ująć :) Faktycznie żadnej chemii czy konserwantów... 100% natury, a to wszystko w cenie 15zł.

Co do tego jak olejek się sprawdził:

Jak już wspominałam, nie pokładałam w nim zbyt wielkich nadziei. Ot, olejek. Używałam go w miarę regularnie, nakładając go na skórę głowy na całą noc poprzedzającą mycie włosów. Nie spowodował u mnie żadnych podrażnień, choć czasem odczuwałam delikatne (acz przyjemne) mrowienie skóry głowy. Używałam go ponad miesiąc, może półtora. 
Mało już zostało tego złota w płynie :(

Z racji małego doświadczenia w stosowaniu kosmetyków przeznaczonych głównie do skalpu, było mi początkowo ciężko nanosić go na skórę. Nakładałam go albo za dużo, albo babrałam przy tym włosy, co wpływało na zużycie. Choć włosom wyjątkowo by smakował, nałożyłam go na długość jedynie raz - pierwszy w składzie jest olej kokosowy, a nie byłam pewna jak włosy na niego zareagują.

Czy zredukował wypadanie? Owszem. Na szczotce zostaje mniej włosów, ale dużo bardziej spektakularny jest wysyp baby hair. A tych pojawiła się cała armia! Są króciutkie, malutkie i jaśniutkie, więc musiały wyrosnąć właśnie w trakcie testowania olejku. Zakola również są jakby mniej widoczne, ale podejrzewam że pełen efekt zobaczę dopiero, kiedy w końcu ufarbuję włosy. :) Mam tylko nadzieję, że efekt się utrzyma... :D

Podsumowując - u mnie sprawdził się świetnie i polecam wypróbować każdemu, kto boryka się z problemem rzadszych czy wypadających włosów. Niniejszym olejek dostaje najwyższą ocenę w kociej skali - 6 :) Aż chce się powiedzieć "dobre, bo polskie" :)

Pozdrawiam! 


czwartek, 19 września 2013

W poszukiwaniu czerwieni idealnej - farba do włosów Syoss Professional Performance

 Witajcie!

Jakiś czas temu postanowiłam znaleźć dla siebie farbę idealną. Uwielbiam Porzeczkową Czerwień Joanny, która nieraz wyratowała mnie z różnych tarapatów i nie kosztowała przy tym dużo, ponadto nie wyglądało jakby moje włosy były z nią w otwartym konflikcie - ale niestety, zapragnęłam nieco jaśniejszej i bardziej intensywnej czerwieni.

Słyszałam wiele negatywnych opinii na temat farb Syoss - według internautek niszczą włosy, powodują ich wypadanie, a do tego kolor trzyma się ekstremalnie krótko. Mimo to postanowiłam zaryzykować, pamiętając w miarę pozytywne doświadczenia po dawnym zastosowaniu Syoss Mixing Colors. Wybrałam kolor 5-29 - czyli Intensywną Czerwień.

Producent w opisie na opakowaniu obiecuje nam precyzyjny efekt koloryzacji, wyjątkową trwałość koloru i blasku, profesjonalne pokrycie siwych włosów (na szczęście mnie to jeszcze nie dotyczy, uff) oraz mocną strukturę i lśniące włosy.
 Przed zakupem rzuciłam okiem na skład, by upewnić się, że nie ma tu zawartości MEA. Nie było. Odetchnęłam z ulgą.

Zawartość pudełka prezentowała się tak:



Zastanawiacie się, gdzie podziały się rękawiczki? O, tu. Są wklejone do ulotki. :)


Butelka z mleczkiem utleniającym po wciśnięciu do niej zawartości tubki. Jakoś spodobał mi się ten widok. :)


Wymieszałam wszystko zgodnie z zaleceniami producenta i nałożyłam farbę na całe włosy - ponieważ poprzednie farbowanie miało miejsce sporo wcześniej, włosy były jedynie "poprawiane" szamponetką która i tak w zasadzie już się zmyła. Kolor farby był dużo intensywniejszy, niż na zdjęciu - była to wściekła, paprykowa czerwień.



Niestety, nie mam dla Was zdjęcia "po" :( Wiem, strzeliłam sobie w stopę - ale zwyczajnie zapomniałam go zrobić, i przypomniałam sobie o tym po dwóch-trzech tygodniach kiedy już poprawiłam kolor szamponetką. Mam jednak nadzieję, że uwierzycie mi na słowo. To była jedna z najpiękniejszych czerwieni, jaka mi kiedykolwiek wyszła. Kolor był mocny, intensywny, a włosy nie zdradzały oznak szczególnego upodlenia. Byłam zachwycona rezultatem! Nie mówiąc już o tym, że później wielokrotnie słyszałam komplementy na temat koloru moich włosów, i to od obcych ludzi. Najbardziej jednak ucieszył mnie fakt, że farba w jakiś sposób wyrównała ich kolor (włosów, nie ludzi!) - moje włosy od pewnej wysokości były ciemniejsze, co było pozostałością po wpadce z farbą L'oreala w listopadzie 2012. Po użyciu farby Syoss moje włosy miały jednolity kolor. Naprawdę, żałuję że nie zrobiłam tego zdjęcia... ale naprawię to w przyszłości!

Czy producent spełnił obietnice dane na opakowaniu?

Nie mi oceniać, czy farba spisze się w 100% na siwych włosach. Nie zauważyłam też szczególnej poprawy struktury czy szczególnego blasku. Farba niestety zaczęła płowieć po 2-3 tygodniach (z tego powodu zastosowałam szamponetkę), więc obietnicy wyjątkowej trwałości też nie należy traktować do końca poważnie - ale kolor rzeczywiście wyszedł bardzo podobny do tego na pudełku. Może nie była to chirurgiczna precyzja koloru, ale wciąż było BARDZO blisko. :)

Niestety, zauważyłam też jedną przykrą rzecz - wzmożone wypadanie. Wprawdzie nie wiem, co mogło być tego powodem ponieważ w momencie farbowania miałam już początki grzybicy i dość osłabiony organizm - ale fakt faktem, że taka rzecz miała miejsce. Nie było to jednak to, z czym zmagam się dziś - a minął już dobry miesiąc od zastosowania tej farby. Kiedy już w pełni dojdę do siebie, myślę, że zrobię drugie podejście i wtedy wszystko się zweryfikuje.

A dla dociekliwych - zdjęcie składu. ;)  Czy ktoś znający się na czytaniu składów mógłby go zinterpretować? Moje umiejętności w tym zakresie niestety są jeszcze mocno ograniczone.


Jakie macie opinie na temat farb Syoss? :) Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

niedziela, 8 września 2013

Włosowa prasówka #1 - Kuracje na wypadanie włosów

http://wizaz.pl/var/wizaz/storage/images/wizaz.pl/fryzury/trendy/naturalna-pielegnacja/228050-5-pol-PL/Naturalna-pielegnacja_large_lead.jpg

Przyznam się bez bicia - rzadko czytam gazety dla kobiet. Rzadko mają mi do zaoferowania więcej niż krzyżówkę. Co prawda każda taka gazeta ma działy traktujące o modzie, urodzie, zdrowiu, gotowaniu (te ostatnie, jako kulinarne beztalencie, uważam za niezwykle przydatne), ale cóż - zwykle zawierają po prostu nie te informacje, których bym oczekiwała.
Tym razem zajrzałam do jednego takiego czasopisma zakupionego przez moją Mamę. Na okładce różowymi literami napisane było "Domowe kuracje na letnie kłopoty z włosami". Ponieważ niepokojącym mnie problemem jest ostatnio wypadanie włosów, moją szczególną uwagę zwrócił dział poświęcony kuracjom właśnie na tę przypadłość - a zawarte w nim przepisy możecie przeczytać poniżej.

1. Lawendowy tonik - w butelce z szeroką szyjką zmieszaj litr octu owocowego, po łyżce lawendy i liści brzozy. Po tygodniu przefiltruj i dodaj kilka kropli olejku lawendowego. Umyte włosy i skórę głowy nacieraj mieszanką z jednej części toniku i dwóch części wody. Nie spłukuj.

2. Odżywka z pokrzywy - garść ziół zaparz w połowie litra wrzątku. Przecedź po około trzech godzinach. Dodaj szklankę octu owocowego. Płucz włosy po myciu i nacieraj skórę głowy.

3. Nalewka z cebuli - utrzyj warzywo i odciśnij sok. Dodaj łyżkę oliwy i łyżeczkę koniaku. Wetrzyj w skórę głowy, owiń folią. Po około godzinie dwukrotnie umyj włosy szamponem.

4. Papka z naftą - połącz trzy łyżki nafty kosmetycznej, żółtko, trochę rycyny. Nałóż na włosy na około 30 min. Dwukrotnie umyj włosy szamponem.

sobota, 7 września 2013

Suplementy diety: Bio-Silica Olimp Labs

Witajcie!

Dziś zaprezentuję Wam zakupiony przez mnie ostatnio suplement diety - Bio-Silica.
 

 
Jako, że ostatnio z powodów zdrowotnych borykam się z nasilonym wypadaniem włosów (nasilonym...? Moje włosy emigrują z głowy jak niegdyś nasi rodacy do Wielkiej Brytanii...), postanowiłam jakoś z tym powalczyć. Nie po to przecież piłam pokrzywę i drożdże, by teraz pozbyć się włosów! Podejrzewałam, że z jednej strony może być to sprawka grzybicy i ogólnego stanu zdrowia, a z drugiej - sporej dawki stresu jakiego doświadczałam ostatnio i być może braków w diecie.
Ponieważ co miesiąc zaglądam do apteki celem wykupienia tabletek, które mam nakaz brać każdego dnia, zapytałam przemiłą panią farmaceutkę o "jakieś witaminy". Pani zapytała czy chodzi o jakiś konkretny problem - podałam dwa: osłabienie odporności i wypadanie włosów. Zaproponowała Bio-Silicę, mówiąc, że to dobry preparat na tego typu problemy, ukierunkowany właśnie na dbanie o włosy, skórę i paznokcie.
Powiem szczerze - byłam negatywnie nastawiona. Laboratorium Olimp Labs swojego czasu postawiło na bardzo agresywną kampanię reklamową tego produktu, i niestety padłam jej ofiarą. Tak, ofiarą - bo nie wiem, jak można inaczej nazwać konieczność wysłuchiwania głosu Ani Przybylskiej powtarzającej w kółko natchnionym tonem nazwę produktu i wygłaszającej (słabe zresztą) slogany mające zachęcić do kupna produktu. Tak się składa, że moja Mama uwielbia słuchać radia, więc siłą rzeczy musiałam słuchać razem z nią. Wyobrażacie sobie, że reklama produktu Bio-Silica potrafiła być nadawana co 15 min? Moim zdaniem to już jest przekroczenie granic reklamy. Może nie tak niesmaczne, jak reklamowanie środków na potencję, podwyższenie libido czy infekcje intymne w środku dnia, ale jednak.
Zapytałam o cenę - okazało się, że kosztuje 15.90zł. Nie tak tragicznie jak za miesiąc kuracji, kij w ich dział reklamowy - wypróbować można. Może pomoże, a zaszkodzić nie powinno - tak więc poprosiłam jeszcze o inne leki z listy, którą miałam przy sobie, i wyszłam. W drodze do domu, w autobusie wyjęłam na chwilę z torebki opakowanie Bio-Silica i przyjrzałam się składowi, który wygląda tak:
 
 
 
Pierwszy minus dla pani farmaceutki - była tak zabiegana, że nie zauważyła, iż jest to kuracja nie na miesiąc, a na dwa tygodnie (dwie kapsułki dziennie, a więc kuracja wystarczy na piętnaście dni). Drugi minus dla pani farmaceutki, ale pierwszy też dla mnie - prosiłam o coś bez wyciągu z pokrzywy (ze względu na problemy zdrowotne), ale sama również nie zwróciłam większej uwagi na opakowanie - a pokrzywa, jak widać, obecna.
Uznałam, że jeśli będę brała połowę dawki, czyli jedną kapsułkę, nie powinno się stać nic drastycznego.
Jak widać na zdjęciu powyżej - w składzie dziennej dawki, czyli dwóch kapsułek mamy ekstrakt ze skrzypu polnego, ekstrakt z pokrzywy, hydrolizat białek kolagenowych, L-metioninę, cystynę, cynk (150% dziennego zapotrzebowania) i miedź (100% dziennego zapotrzebowania). Oprócz tego dzienna dawka suplementu dostarcza nam 100% dziennego zapotrzebowania na witaminę E, tiaminę, ryboflawinę, witaminę B6, niacynę, kwas pantotenowy, witaminę C, kwas foliowy, biotynę, witaminę B12, witaminę A i witaminę D.

 
Pierwszą rzeczą jaką robię po otwarciu pudełka jest zawsze przeczytanie ulotki. Nie wyobrażam sobie brania jakiegokolwiek leku bez podstawowej wiedzy na jego temat. Ta konkretna ulotka jest w kilku językach, więc zrobiłam zdjęcie tylko polskiej części - a z treścią można zapoznać się po powiększeniu zdjęcia ;)


 
Opakowanie zawiera dwa blistry po 15 kapsułek każdy. W momencie robienia zdjęcia byłam już niemal w połowie kuracji, więc na zdjęciu widzicie tylko jeden. Kapsułki, jak widać, są białe i dość twarde - jedną z nich, nieopatrznie zostawioną na stole (zapomniałam o wodzie i poleciałam po nią do kuchni) porwał młodszy z moich kotów, ale na szczęście nie zdołał jej połknąć ani przegryźć.
Są też całkiem duże, czasem przełknięcie jednej sprawia mi dość konkretny problem, ale wystarczy popić wodą i po wszystkim - mają też wyczuwalny (ale bez tragedii), ziołowo-ciężki-do-opisania zapach. Za każdym razem kiedy biorę ten suplement moje koty są przekonane, że zjadam im ich witaminy i patrzą na mnie z wyrzutem... więc możecie sobie wyobrazić.
 
Obecnie jestem po więcej niż dwóch tygodniach brania suplementu i ciężko mi mówić o efektach, ponieważ biorę tylko połowę zalecanej dawki. Na pewno poprawiła mi się cera i jest mniej niespodziewajek, paznokcie też nie łamią się tak często, jak wcześniej - można więc powiedzieć, że pieniądze nie poszły na marne, ale nie zaobserwowałam jakiegoś spektakularnego powstrzymywania wypadania. Pełne efekty mogłabym zaobserwować biorąc normalną, dwukapsułkową dawkę... Być może kiedyś spróbuję.
 
 
A Wy? Macie jakieś sprawdzone suplementy diety? Doświadczenia z nimi? Prawdopodobnie w najbliższym czasie suplementy będą dla jedyną formą odżywiania włosów od wewnątrz (poza dietą), więc chętnie poznam Wasze zdanie! :)

Pozdrawiam!

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Mała poprawa, małe przemyślenia i to, co z lipcowych postanowień wyszło...


Witajcie.


W ostatnim poście pisałam o byciu pechowcem i odzwierzęcej grzybicy skóry. Cóż, pechowcem jestem - jak się okazuje - nadal, ale przynajmniej grzybica zdaje się odpuszczać. Stare ogniska chorobowe wysychają, bledną i jakby powoli znikają, nowe, jeśli się pojawiają, to w niewielkich ilościach i malutkie. Wygląda na to, że leczenie pójdzie już chyba z górki, muszę po prostu nie odpuszczać z maścią. :) Przyznam że taki stan rzeczy bardzo poprawia mi humor, zwłaszcza że mojemu starszemu kocurkowi również się poprawia. Niestety jego również zaatakowała mikrosporoza, prawdopodobnie zaraził się nią od młodszego kota i przy okazji zaraził nią mnie (biorąc pod uwagę jaki z niego pieszczoch, ciężko nie było).
W całej tej sytuacji irytuje mnie niezmiernie fakt, że jedyna kąpiel jaką mogę sobie zafundować to krótki prysznic (grzyby lubią wilgoć, więc długa kąpiel odpada). Do tego boję się używać jakichkolwiek kosmetyków poza dezodorantem, więc od czasu zachorowania musiałam je ograniczyć do niezbędnego minimum. Tuż pod okiem wyskoczyła mi mała krostka co do której nie mam pewności czy jest to tylko krostka, czy też zmiana grzybicowa, więc niczego na nią nie nakładam - w praktyce oznacza to zero podkładu, korektora którego używałam na cienie pod oczami... przy bladej cerze i czerwonych włosach wyglądam bez tego jak wampir, i przed pojawieniem się książek z serii "Zmierzch" może i by mi to tak bardzo nie przeszkadzało...

Co wyszło z postanowień lipcowych?

Cóż... nie można powiedzieć, że nic - nie zrealizowałam jednak wszystkiego, co sobie obiecałam, np nie obcięłam obiecanego 1cm włosów, bo... fundusze nie pozwoliły mi na zakup odpowiednich nożyczek, a cięcie włosów tymi nożyczkami, które już miałam w domu, mijało się z celem. Plan zakupienia nowych nożyczek przegrał w starciu z koniecznością dwukrotnej wizyty u weterynarza, i szczerze mówiąc niespecjalnie mnie to boli. Gdybym narzekała oznaczałoby to tyle, że nie jestem dla swoich kotów odpowiedzialnym opiekunem. Z częstszym uśmiechem na twarzy też wyszło średnio - niestety, taka rzeczywistość. Znacznie ograniczyłam za to ilość spożywanego cukru i w chwili obecnej praktycznie nie słodzę napojów (chyba że to czarna kawa "a'la siekiera", to wtedy bez cukru się nie obejdzie). Spożywałam też dużo mniej słodyczy niż zwykle, napoje gazowane również przeszły do mniejszości spożywanych przeze mnie napojów - nawet na wspomnianym weselu wolałam napić się soku owocowego niż coli czy sprite'a, których stało na stole kilka butelek. Codziennie jadłam porcję warzyw i owoców - nie były to jakieś wyszukane delicje, a najczęściej zwykłe pomidory, ogórki, cebula, jabłka, czasem truskawki - czyli wszystko to, co jest dostępne na polskiej ziemi. W ten sposób dostarczałam organizmowi witamin i innych potrzebnych związków. Niestety, najgorzej poszło mi z wprowadzeniem sobie większej ilości ruchu i spędzania większej ilości czasu na świeżym powietrzu - to jest coś, czego - jak podejrzewam - nie będę w stanie zmienić od razu po długich miesiącach spędzanych praktycznie w domu. Od środy jednak uzbrojona będę w rower, tak więc może nadrobię zaległości. :D

Niestety, z powodu stanu zdrowia i późniejszego wyjazdu byłam zmuszona zawiesić Akcję: Drożdże. Ostatni kubek drożdżowego napoju wypiłam w dniu wesela, tj 20.07.2013, następne dni upłynęły mi na przeklinaniu swojego zęba na wszelkie możliwe sposoby i nawet picie przez słomkę sprawiało mi spore problemy. Na wyjeździe absolutnie nie było warunków do przechowywania drożdży (prędzej czy później wyszłyby mi z torby, tam było 37 stopni w cieniu...), no i pojawiły się objawy tej grzybicy - do której, jak twierdzi moja Mama, drożdże mogły się przyczynić. Zastanawiam się - jakim cudem? Przecież piłam zabite drożdże, więc nie miały prawa mi zaszkodzić. To tak, jakby zabić kogoś w obronie własnej, i za chwilę samemu zostać zabitym przez owego trupa - mniej więcej taka logika. Tak czy inaczej - akcję picia drożdży planuję wznowić być może od września. Teraz zrobię małą przerwę i zobaczy się, co będzie dalej.

Przed weselem skusiłam się na wypróbowanie pewnej farby do włosów (o tym w jednym z najbliższych postów), i nie mam pojęcia czy nie stała się ona powodem wzmożonego ich wypadania. Mojej Mamie również wypadają włosy (a nie używała nigdy tej farby), więc być może jest to sprawa pogody (jakby nie było, upały), osłabienia organizmu czy po prostu "takiego okresu w przyrodzie", ale... martwi mnie to troszkę. Jeśli to nie przejdzie wkrótce, trzeba będzie chyba wytoczyć cięższe działa niż codzienny masaż skóry głowy. :(

Jako, że w końcu dotarła do mnie paczuszka od Johnson&Johnson (jeeeej! ^_^), zamieniłam szampon z SLS na ich płyn do mycia ciała i włosów niemowląt. Moje włosy wydają się być zadowolone z takiego obrotu sprawy, szerzej opiszę wszystko w jednym z następnych postów :) Miało również miejsce  drugie żelatynowe laminowanie włosów, tym razem mieszanką wykonaną ściśle według przepisu (żadnego miodu czy dodatków na własną rękę) i efekt był naprawdę świetny. Wniosek? Trzeba uważać, co się dodaje ;) Poprzednim razem włosy najwidoczniej nie polubiły się z miodem. Zauważyłam również, że olejek Alterry służy mojej czuprynie znacznie lepiej, gdy jest położony na 2-3 godziny zamiast na całą noc. Ciekawe, dlaczego.

Przy odrobinie szczęścia niedługo zacznę nadrabiać zaległości w postowaniu ;) Pozdrawiam!
 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design