piątek, 28 kwietnia 2017

Bitwa Pod Szafami na Polach Rossmańskich AD 2017 - łupy i kilka słów opinii

Tytułowa Bitwa Pod Szafami na Polach Rossmańskich AD 2017 w dniu dzisiejszym dobiega już końca. W Rossmannach plączą się pewnie jeszcze ostatnie zbłąkane dusze, odbierając zamówienia bądź poszukując czegoś, co jeszcze mogą kupić w promocji, a nie pomyślały o tym wcześniej lub nie kupiły z powodu braków (ale o tym później). Pracownicy tej sieci pewnie już odliczają czas do końca, bo – jakby nie było – wyobraźcie sobie pracę w okresie promocyjnym w Rossmannach w tych większych miastach, zwłaszcza w pierwszych dniach promocji. W Internecie można było przeczytać artykuły opisujące zachowania niektórych klientek i budziły one po części zażenowanie, a po części nawet przerażenie – życie mi miłe, w dodatku ostatnio bywam paskudnie porywcza, stąd moje zamówienia były w większości zamówieniami internetowymi, które też nie obyły się bez kłopotów i mam dość nieciekawe zdanie na temat sposobu w jaki promocja została zorganizowana, ale o tym w dalszej części postu.
Teraz skupmy się na czymś przyjemniejszym – czyli oglądaniu nowych kosmetycznych nabytków :)








1. Zamówienie, ale dorzuciłam ze dwie rzeczy przy odbiorze





Na zdjęciu widać rzeczy, na których w czasie tej promocji zależało mi w sumie najbardziej.

  • Nowa paleta rozświetlaczy Wibo, która co prawda jest oczywistą „inspiracją” paletą „Moonchild' Anastasia Beverly Hills, ale była dla mnie dobrą okazją do przekonania się za niewielkie pieniądze, czy w ogóle chcę iść w kolorowe rozświetlacze.
  • Bronzer-czekoladka Lovely w odcieniu Dark Chocolate – i to jest pierwszy bubel w tej kolekcji. Kupiłam go z myślą o konturowaniu, zwłaszcza, że gdzieś w necie był opisany jako odcień chłodny, ale w moim przypadku daje taki pomarańcz że Halinka Kiepska zzieleniałaby z zazdrości. Jako puder udający opaleniznę na całej twarzy – jak najbardziej, jako bronzer do konturowania – niech Was opatrzność broni.
  • Rozświetlacz Silver Highlighter Lovely. Czaiłam się na niego odkąd przeczytałam jego recenzję u Gosi z bloga marineladies.pl i w końcu udało mi się z nim bliżej poznać.
  • Lovely K*lips kupiłam jako ciekawostkę. Nie udało mi się dostać koloru, który chciałam, ale ten jako brąz z jakąś jakby czerwienią czającą się w tle też nie jest zły i jestem z niego zadowolona.
  • Wibo Milion Dollar Lips w odcieniu nr 5. Kolor jest bardzo delikatny, przez co początkowo uznałam ją za zmarnowane pieniądze, ale przekonałam się do niej.
  • Kredka do oczu w kolorze cielistym Lovely.
  • Biała kredka do paznokci Wibo.
  • Korektor pod łuk brwiowy Wibo.
  • Kredka do oczu Bourjois w odcieniu Noir-issime

W tym przypadku nie udało mi się kupić jedynie bronzera-czekoladki Lovely w odcieniu Milky Chocolate, który był w drogerii niedostępny – według pani na kasie schodził jak ciepłe bułeczki, tak jak i jego brat-bliźniak i K*lips. Biorąc pod uwagę że już po pierwszym użyciu postanowiłam wrócić do mojego biednego, zmaltretowanego naprawianiem go spirytusem salicylowym Kobo, jakoś niespecjalnie płaczę z tego powodu.

2. Zamówienie


  • Masełko do ust Nivea w wersji jagodowej. Sentyment się odezwał, no i słabość do jagód :)
  • Rimmel Moisture Renew w odcieniu 380 Dark Night Waterl-oops!. Efekt mojej paskudnej słabości do fioletowych pomadek. Zawsze miałam ją na liście moich kosmetycznych chciejstw, więc fajnie, że udało mi się ją dostać.
  • Base coat i lakier z serii Incredible Gel Wibo. Tu spotkało mnie rozczarowanie – w drogerii lakier (nr 14) wyglądał na czarny i właśnie na czerni mi zależało, a w rzeczywistości jest to ciemny brąz. Też ładny.
  • Lakier Lovely Classic w kolorze 85. Przykuł moją uwagę, bo ktoś nie mający szacunku dla pracy pracowników Rossmanna tak po prostu odłożył go na półkę z innymi produktami, z daleka od szaf. To czerń z dziwnymi drobinkami, kiedy patrzy się na nie w butelce przypomina trochę efekt benzyny, ale na paznokciach są bordowe. W sumie cieszę się, że ktoś był leniem, bo ni cholery bym go nie wypatrzyła.
  • Lovely Brows Gel Creator w kolorze 02 – rzekomo ciemnobrązowym, ale jeśli to jest ciemnobrązowy, to ja jestem królową San Escobar. Kupiłam go tylko dlatego, że nie było transparentnego żelu do brwi z Wibo. Nie jestem z niego zadowolona, może uda mi się pokombinować z pigmentami z Kolorówki i trochę zmienić jego odcień, ale prawda jest taka że jest po prostu paskudny.

3. Zamówienie


  • Lakier Incredible Gel Wibo (nr 1). Druga próba trafienia czerni z tej serii, tym razem przez aplikację i niestety tak samo zakończona niepowodzeniem. Mimo wszystko kolor jest całkiem „mój”, więc nie będzie źle.
  • Incredible Gel Top Coat Wibo – do kompletu.
  • Lakiery Lovely Nude nr 7 i 4. Myślę, że zapewnią dłoniom wygląd estetyczny, acz niekoniecznie ekscentryczny – czego raczej nie można powiedzieć o reszcie kolorów z tego zdjęcia ^^”
  • Miss Sporty Lasting Color Gel Shine – kolory 080, 556 i 554. Typowo mój zestaw kolorów. Zobaczymy, czy trzymają się tak dobrze, jak sugeruje producent, hyhyhy.
  • Miss Sporty Clubbing Color Quick Dry w kolorze 017. Niby ma schnąć poniżej minuty. Zobaczymy.
  • Na górze leży sobie lakier Lovely Classic w kolorze 34 – taka klasyczna, głęboka czerń. I tak, wiem, że na tym zdjęciu jest już inna czerń, ale ja po prostu lubię ten kolor. ^^”

  1. Wizyta w Rossmannie

Tej wizyty w zasadzie miało nie być, ale miałam paskudny humor, pół twarzy spuchniętej z racji zęba który postanowił się zbuntować „bo tak” i pomyślałam, że kupię jeden lakier do paznokci, najlepiej jakiś radosny, tak na poprawę humoru. Na jednym się niestety nie skończyło.

  • Miss Sporty Crush on You w kolorze 062. Z tego co zrozumiałam jest to lakier piaskowy, był śliczny, a mi od jakiegoś czasu w sumie brakowało czegoś takiego na paznokciach.
  • Miss Sporty Check Matte w kolorze nr 004. Mam go właśnie na paznokciach i uświadomił mi, że w moim przypadku czarny matowy lakier to miłość. Lubię, bardzo lubię.
  • Pomadka Wonder Smooth Miss Sporty w kolorze 401 Wonder Plum. Szukałam czegoś śliwkowego na dzień, ale może niekoniecznie tak mocnego jak wspomniany wcześniej Rimmel. Dziwna sprawa, mam wrażenie że tester podobał mi się bardziej, ale trzeba przyznać że nawet jeśli nie ma zabójczej pigmentacji, dzięki jej zapachowi czuję się znów jak gimnazjalistka.
  • Miss Sporty Just Clear, transparentny tusz do rzęs. Kupiony jako utrwalacz do brwi, ale mam mieszane uczucia co do jego ewentualnego sprawdzenia się w takiej roli.


I to na tyle, jeśli chodzi o moje zakupy. Jestem na siebie trochę zła, bo uważam, że kupiłam trochę za dużo – z drugiej strony pocieszam się, że tak to tylko wygląda i większość z tych produktów jest tania nawet w cenach pozapromocyjnych. Dla przykładu lakier Miss Sporty Gel Shine poza promocją kosztuje jakieś 6,50zł?
Jestem trochę niepocieszona, że nie udało mi się kupić utrwalacza do brwi, ale z drugiej strony wiem, że inne dziewczyny miewały dużo gorzej i im w aplikacji znikały całe koszyki. I tu przechodzimy do tej mniej przyjemnej części postu, jaką jest moja ocena organizacji promocji -49% i samej aplikacji, którą przy okazji wdrożono.

Żeby nie było – uważam, że internetowa drogeria to świetny pomysł. Daje spore możliwości – chyba każda z nas rozumie, jaką wygodą może być zrobienie zakupów w drogerii i odebranie ich po drodze z pracy bądź poproszenie partnera/członka rodziny, by je odebrał wracając z pracy/basenu/skądśtam. Jest to spora oszczędność czasu, nierzadko pieniędzy (bo a nuż coś na półce zacznie kusić), po prostu wchodzisz, odbierasz i wychodzisz. Dodatkowo jest to fajna sprawa dla introwertyków takich jak ja, którzy nie przepadają bardzo za miejscami publicznymi – a tak za pośrednictwem aplikacji proszę miłą Panią z drogerii, by spakowała mi tę pastę do zębów, ten krem i ten szampon do reklamówki, płacę, wpadam do drogerii, odbieram i wychodzę. Cała wizyta zajmuje kilka minut, mam to, czego potrzebowałam i minimalizuję sobie niedogodności. Naprawdę, cieszę się że to wystartowało, chociaż promocja -49% może nie była najszczęśliwszym na to momentem.

Niestety, nie wiem, kto jest autorem. Znalezione w google.

Aplikacja, niestety, ma wady. Ma ona opcję sprawdzenia dostępności danego produktu, ale moim zdaniem przełączanie miejsca dostawy z drogerii na drogerię jest cholernie niewygodne. Załóżmy że macie siedem Rossmannów w mieście i szukacie jednego, konkretnego produktu – zamiast zebrać dane na temat jego dostępności w tych siedmiu drogeriach w jednym miejscu, pod jakimś uroczym przyciskiem z napisem „Gdzie kupić” i pozwolić klientowi na w miarę szybkie sprawdzenie, dokąd ma się udać, lepiej zmusić go do siedmiokrotnej zmiany miejsca dostawy i sprawdzania od nowa, czy produkt jest tam dostępny. Cholernie niewygodne.
Pominę już milczeniem fakt, że serwery nie wytrzymały obciążenia w pierwszych dniach promocji, uniemożliwiając w niektórych przypadkach z niej korzystanie, a rabat 55% za okazanie aplikacji wcale tutaj nie pomagał.

Jedną z najbardziej upierdliwych rzeczy przy korzystaniu z usług drogerii internetowej były jednak braki towarów. Braki, braki, braki. Rossmann zdecydował się pójść z duchem czasu i umożliwić ludziom zamówienia internetowe, zapewne również w celu odciążenia sklepów, ale powinien był się do tego lepiej przygotować. Co z tego, że wrzuciłam sobie do koszyka to, to i tamto, skoro za 10 minut wszystkie te rzeczy były niedostępne? Z jakiej racji klient fizyczny ma przewagę nad klientem wirtualnym, skoro wirtualny zapłacił za towar nawet kilka godzin przed otwarciem sklepu, by na pewno go kupić, więc w zasadzie nie powinien on znajdować się już w szafie? Co z tego, że chcę uniknąć nieprzyjemnych sytuacji pod szafami i pań, dla których wszystkie produkty są testerami, skoro kupując przez Internet kupuję te same produkty, którymi one mażą po swoich dłoniach? Która z nas chciałaby kupić używaną szminkę czy zaschnięty tusz do rzęs? Tymczasem nawet kupując przez Internet nie uniknęłam tego i trzy produkty spośród moich zakupów były otwierane. Przeszły stosowną dezynfekcję, ale i tak nie jest to przyjemne doświadczenie.
No i jeszcze te piękne, oficjalne maile, mówiące że "z powodu dużego zainteresowania klientów wybrany przez Ciebie produkt jest już niedostępny".
Rossmannie, JA TEŻ JESTEM KLIENTEM. Nieładnie, że stawiasz fizycznych nad wirtualnych. Nieładnie, że w ogóle stawiasz jednych nad drugimi.


http://www.kaczkazpieklarodem.pl/2014/05/stop-macaczom-drogeryjnym-przyaczysz.html


Zamówienia internetowe w czasie tej promocji miałyby ręce i nogi, gdyby oprócz sklepów były np. magazyny regionalne i do tych magazynów trafiałyby pierwotnie zamówienia. Czyli – chcę paletę rozświetlaczy, składam zamówienie, ono trafia do magazynu, zgarniają ją z magazynu np. z następną dostawą i dostarczają ją do drogerii, skąd ja ją odbieram. Bez nerwów, że będzie niedostępna, otwarta albo wymacana, może i trochę by to potrwało, ale w ten sposób łatwiej byłoby sprawdzić dostępność i wszyscy byliby zadowoleni. Rozumiem, że sklep też może pełnić taką rolę, ale nie w przypadku promocji w czasie której kobiety są zdolne wyrywać sobie kosmetyki z rąk – powinno być jakieś zaplecze, zabezpieczenie. Pół biedy, że w wybieranych przeze mnie drogeriach było w miarę kulturalnie (nie licząc otwierania szuflad przez klientki) i jeśli chciałam coś sięgnąć, to mnie przepuszczono, ale domyślam się, że nie wszędzie tak było. Ponadto – zrobienie łącznej promocji na wszystkie kategorie kosmetyków? Rossmannie, poważnie nie wpadłeś na to, że takie podejście zaowocuje scenami jak przy crocsach w Lidlu?

Podsumowując – mam mieszane uczucia. Fajnie, promocja promocją, ale dobra organizacja jest jednak najważniejsza. Szkoda, że nie pomyślano tu o tak prozaicznej rzeczy. Można mieć jedynie nadzieję, że - jeśli nie zarzuci pomysłu promocji - sposób, w jaki przebiegła da popularnej sieci drogerii do myślenia i nie popełni więcej takich błędów.

11 komentarze:

  1. Ja kolejny raz nie skorzystałam :) na szczeście mam takie zapasy, ze długo nic potrzebować nie będe :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Farciara :D
      Mi właśnie kilka rzeczy wychodziło, stąd decyzja o skorzystaniu z promocji.

      Usuń
  2. Ja skorzystałam, ale z umiarem i kupiłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy, na które byłam zdecydowana od dawna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I takie podejście się chwali :) Najlepiej, kiedy dopchają Ci się pod szafę i dopiero wtedy zastanawiają się, co kupić... Sama starałam się raczej wiedzieć, co chcę kupić :D

      Usuń
  3. Ja poszalałam, nie ukrywam, ale i tak nie kupiłam wszystkiego co chciałam...
    Nie wiem, czy nie jest tak, że jak zamawiasz z przesyłką do domu to wtedy nie dostajesz bezpośrednio z jakiegoś magazynu - tak mi się o uszy obiło, ale pewna nie jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie produkty były ściągane z szaf sklepowych. Kilka kosmetyków miałam jak byk otwarte, a z magazynu chyba nie przyszłyby otwarte :/ W jednej drogerii jedna z pracowniczek chodziła i kompletowała zamówienia w miarę możliwości, co wiem, bo przyszedł mi SMS do odbioru zamówienia akurat jak byłam pod szafą i odebrałam je praktycznie z rąk tej Pani, która niosła je do kasy, a w drugim Rossmannie zajmowali się zamówieniami już po godzinach zamknięcia sklepu :/ zamówiłam tam tę szminkę Rimmela, masełko i resztę ze zdjęcia jakoś o 23 - dostałam wiadomość o niekompletnym zamówieniu następnego dnia po 22. Stwierdziłam że chrzanię to i zamówiłam to samo, ale w innej drogerii, tej pierwszej o której wspominam - do odebrania było bez problemu w godzinach porannych, tyle że pomadka była ewidentnie użyta jako tester. Dzięki Bogu za alkohol izopropylowy.

      Usuń
    2. A, przy dostawie do domu. Źle zrozumiałam. :D

      Usuń
  4. jestem tego samego zdania. Takie zamówienia powinny w ogóle nie wpływać na sklepy tylko bezpośrednio do magazynu. Moim zdaniem Rossmann zdawał sobie sprawę z tego, że wymieciemy im szafy jak szarańcze, nawet jeśli będą jakieś negatywne komentarze co do organizacji to i tak wychodzi na tym na cholernie ogromny plus. Ta promocja stała się ich cechą charakterystyczną :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to powinno być rozdzielone przynajmniej na czas trwania promocji. Nie rozumiem, dlaczego - jeśli to, co pisze Karola jest prawdą - mam jeszcze dodatkowo płacić za "luksus" kupienia nowych, nieużywanych kosmetyków, skoro powinien to być standard.
      Rossmann się nie przejmuje raczej opiniami - "hajsy" się zgadzają, to najważniejsze. ;p

      Usuń
  5. Jak to się stało, że Cię wcześniej nie obserwowałam? :)
    Obserwuję! :)
    Tytuł postu najlepszy! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, również obserwuję! :)
      A co do tytułu... no dokładnie tak można to ująć po przeczytaniu kilku artykułów w internecie. Te promocje to już nie promocje, a regularne bitwy... :/

      Usuń

Zachęcam do komentowania - jestem początkującą włosomaniaczką, więc w przypadku pisania przeze mnie bzdur wszelkie poprawianie jest jak najbardziej mile widziane ;)
Pamiętajmy jednak o tym, że dyskusja NIE POLEGA na wzajemnym obrzucaniu się błotem. Chyba nie jesteśmy tutaj, by psuć sobie humory, prawda?

 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design