środa, 12 lutego 2014

Lakier do paznokci Lovely Blink Blink! nr 1 (fioletowy)

Blink Blink, babe!

Mimo posiadania całkiem ładnej kolekcyjki lakierów do paznokci (choć przy blogerkach lakierowych zdecydowanie nie mam czym się chwalić) rzadko ich używam. Powody są różne - raz, że drażni mnie czasochłonność tego zabiegu, dwa - czas utrzymywania się lakieru na mojej płytce jest zwykle wprost odwrotnie proporcjonalny do tego, który poświęciłam na pomalowanie paznokci. Poza tym jestem niezdarą - rzadko potrafię usiedzieć przynajmniej pół godziny nie robiąc ABSOLUTNIE niczego, by dać lakierowi wyschnąć i przez to często kończę z pozadzieraną emalią. A wtedy trzeba wziąć zmywacz, zmyć lakier, malować od nowa...

Ten lakier zobaczyłam na blogu Angel (klik) i - jak już pisałam w poście o małym haulu biedronkowo-rossmannowym - po prostu MUSIAŁAM go mieć. Chociaż nie gustuję zbytnio w lakierach z brokatem (takim typowym - perłowe drobinki w lakierach są ok), ten po prostu mnie zauroczył. Fiolet i dużo błysku w cenie 5,99zł - no czego chcieć więcej?


Opakowanie tego lakieru bardzo przypadło mi do gustu - nie jest kanciaste i ma szeroką zakrętkę, tak jak lubię w przypadku lakierów do paznokci. Prezentuje się elegancko i nowocześnie zarazem. Pędzelek jest odpowiedniego rozmiaru i operowanie nim nie sprawia większych kłopotów nawet komuś tak niewprawionemu, jak ja.

Cześć, nazywam się Błysk i kosztuję jedyne 5,99zł. Znajdziesz mnie w drogeriach Rossmann!

Niestety, dalej nie jest już tak różowo. Lakier okazuje się być dość ciężki we współpracy ze względu na zawarte w nim błyszczące drobiny. Trzeba uważać, by nie zostawiać dużych różowych "kółeczek" czy mniejszych holograficznych na brzegach paznokcia czy skórkach - za pierwszym razem nie zwróciłam na to uwagi i paznokcie zahaczały dosłownie o wszystko, póki tych kółeczek nie przycięłam nożyczkami. Ciężko nałożyć je równomiernie. Lakier sam w sobie jest transparentny, w fioletowo-burym odcieniu, więc bez innego lakieru jako bazy należy przygotować się na puste miejsca i prześwity.


Dwie warstwy + jedna warstwa top coatu innej firmy. Gładko nie jest.

Powyższe zdjęcie nie oddaje w pełni wyglądu tego lakieru - ciężko dziś o dobre światło do zdjęć. W rzeczywistości jest trochę ciemniejszy. Jak widzicie, błyszczące elementy na krawędziach płytki (zwłaszcza przy skórkach) nie prezentują się najlepiej. Moje paznokcie nie należą niestety do szczególnie zadbanych (za co przepraszam), ale mam nadzieję że jesteście w stanie przełknąć jakoś ich stan.
Jak widzicie, lakier solo wygląda raczej średnio. Z daleka wygląda ładnie, ale z bliska bywa różnie ;) Próbowałam go w różnych wariantach i najlepiej wygląda położony na inny lakier kolorowy, na przykład fioletowy. Wygląda wtedy kosmicznie, po pierwszym pomalowaniu w takiej konfiguracji (2 warstwy koloru jako baza + 1 warstwa brokatu + top coat) wręcz nie mogłam napatrzeć się na własne paznokcie. :)

Warto wspomnieć o poważnym plusie tego lakieru - jego trwałości. Na moich kapryśnych paznokciach, na których lakiery utrzymują się bez odprysków maksymalnie jeden dzień ten lakier wytrzymuje nawet do 4-5 dni i nie zagrozi mu nawet zmywanie naczyń. Powyższy plus zamienia się w minus, kiedy już chcę zmyć lakier - bez metody foliowej nie radzę nawet podchodzić. Drobinki przyklejają się do płytki tak mocno, że - przy pierwszym zmywaniu go - zdesperowana (i nieświadoma istnienia metody foliowej) zdrapywałam je pilniczkiem, co nie skończyło się najlepiej.
Czas schnięcia jest dość długi, jedna warstwa potrafiła mi schnąć 30 min albo i więcej - a jak nie doschła do końca i kładłam na nią nową, ciągnęła się niczym klej albo krówka ciągutka.

Plusy i minusy:

(+) kolor
(+) trwałość
(+) cena (5,99zł)
(+) ładne, eleganckie opakowanie

(-) prześwity
(-) ciężkie zmywanie
(-) długi czas schnięcia
(-) konieczne ostrożne nakładanie drobinek - nie przylegają do paznokci, więc mogą później haczyć o np. włosy

Biorąc pod uwagę moje zużycie lakierów, mój romans z nim zapewne chwilę potrwa. Być może skuszę się na inny odcień, ale fioletowy jest chyba najładniejszy ze wszystkich... Tak czy inaczej - za tę cenę lakier jest godny polecenia. Gdyby kosztował więcej zastanawiałabym się nad jego kupnem.
Oceniając w skali 1-5 dałabym mu 3+.

Pozdrawiam!
Kot

PS: Na FB widziałam zdjęcia świadczące o kolejnym wymierzonym w Polskę ataku zimy... Czy u Was pada śnieg? U mnie niby się nie zapowiada, ale na wszelki wypadek wyjęłam już z powrotem zimową kurtkę z szafy. Słyszałam, że jaskółki już złożyły jaja - przemarzną, biedaczyska :(

poniedziałek, 10 lutego 2014

Musująca kula do kąpieli Body Club

Lubię Biedronkę. To jeden z tych sklepów, w których kupuję najczęściej - tą "swoją" mam w miarę blisko domu, w dodatku rzadko się zdarza by były w niej tłumy ludzi, więc zakupy można zrobić w całkiem spokojnej atmosferze. Ostatnimi czasy zaskakuje też promocjami kosmetycznymi (i nie tylko - ostatnio mają ponad 150 gier w cenie 9,99!). Biedronkową gazetkę promocyjną na Walentynki można obejrzeć tutaj (klik).

Przy ostatniej wizycie trochę się spieszyłam, więc oprócz produktów spożywczych skusiłam się jedynie na musującą kulę do kąpieli Body Club.
W tym miejscu możecie na mnie nakrzyczeć, bo dopiero po jej użyciu przypomniałam sobie że nie zrobiłam zdjęć (!), więc do czasu zakupu następnych kul będę musiała posiłkować się zdjęciami z Internetu. A następne kupię na pewno.

http://www.biedronka.pl/cms/img/u/OFERTA/2014_01_27/nft/02_b.jpg

 

Według producenta:


Wykonana ręcznie na bazie starannie opracowanej receptury. Zawiera wysokiej jakości składniki, m.in. masło shea oraz olejki roślinne, które delikatnie nawilżają skórę, a wyjątkowa kompozycja zapachowa pozostawia na niej przyjemny zapach. W kuli ukryte są kolczyki z naturalnymi perłami. Są one pierwszym elementem eleganckiego kompletu biżuterii, kolejne – w następnych seriach kul Body Club:
  • z okazji Dnia Kobiet – zawieszka z naturalną perłą,
  • z okazji Dnia Matki – bransoletka z naturalnymi perłami. 
Cena: 4,28 zł/100 g


Więc za 6zł (no dobra, 5,99zł) dostajemy dużą (140g) kulę do kąpieli w jednym z trzech (czterech?) możliwych wariantów. W moim koszyku wylądował wariant fioletowy z racji mojej słabości do tego koloru.

Skład wersji fioletowej:
Sodium Bicarbonate
(soda oczyszczona), Citric Acid (kwasek cytrynowy), Sodium Sulfate (siarczan sodu), Grape Seed Oil (olej z pestek winogron), Parfum (kompozycja zapachowa), Avocado Oil (olej z awokado), Butylospermum Parkii (masło shea), Butylphenyl Methylpropional (aldehyd aromatyczny, potencjalny alergen), Hexyl Cinnamal (nienasycony aldehyd aromatyczny, potencjalny alergen), Linalool (kolejny potencjalny alergen, imituje zapach konwalii), D-Limonene (potencjalny alergen, imituje zapach skórki cytrynowej).



Uważam, że gdyby nie ta ilość alergenów, skład byłby nienajgorszy. Dwa oleje, masło shea... Nie ma tragedii. :D Szczęśliwie dla mnie moja skóra nie zaprotestowała i nie pojawiły się u mnie żadne objawy alergiczne, ale jeśli jesteście alergikami - uważajcie.
Nie ma co ukrywać, że do zakupu kuli skusiły również ukryte w niej kolczyki z naturalnymi perełkami. Choć Kot preferuje raczej niestandardową biżuterię, uznał - niczym prawdziwa sroczka - że brakuje w szkatułce takich perełek, a one są eleganckie i odpowiednie na każdą okazję. Była też nutka niepewności związana z alergią na nikiel, ale o tym później.

Jeśli chodzi o kulę...


Kula zapakowana jest w dwie warstwy grubej folii - jedna, przezroczysta, zabezpiecza kulę przed wilgocią, druga służy jako kolorowa etykieta. Warto mieć gdzieś koło siebie małe nożyczki albo rozpakować kulę PRZED wejściem do wanny, bo w innym wypadku możecie skończyć jak ja - próbując rozerwać folię zębami (i tego stanowczo nie polecam! :D).

Po umieszczeniu w wodzie kula dostaje kręćka. Dosłownie. Zaczyna się miotać jak szalona po całej wannie. Rozpuszcza się dość szybko (ale się nie pieni) i w przypadku mojej nie-takiej-znowu-długiej kąpieli zdążyła rozpuścić się cała, wypełniając całą łazienkę pięknym zapachem... w sumie sama nie wiem czego, z tego co wiem miał to być zapach kwiatowy, ale nie wywołał u mnie takiego skojarzenia. Zapach niestety szybko się ulotnił.
Woda stała się taka, jakby to nazwać... tłustawa. Wyraźnie było widać plamki olejów na jej powierzchni. Zdążyłam się zorientować że wiele dziewczyn narzeka na taki obrót sytuacji, ale dla mnie to jak najbardziej na plus - przynajmniej wiem, że skład nie ściemnia ;)

Po wyjściu z wanny i osuszeniu skóry ręcznikiem zauważyłam, że jest z nią nieco lepiej niż zwykle. Może nie był to megapowalający efekt, ale rzeczywiście skóra była bardziej miękka i nawilżona niż zwykle - do tego stopnia, że użycie balsamu uznałam za zbędne. Zwykle po kąpieli moja skóra jest nieco przesuszona, ale tym razem tego efektu nie było - a dodam, że myłam się żelem pod prysznic z SLS.

A kolczyki?

 

Znalezione w Internecie zdjęcie promocyjne - kolczyki wyglądają tak, jak na obrazku.

Obiecane kolczyki rzeczywiście się pojawiły - po rozpuszczeniu się kuli moim oczom ukazała się niewielka, przezroczysta kapsułka z niebieską zakrętką, w której - owinięte w małą foliową torebkę - siedziały sobie perełki na sztyftach. Mimo podwójnego zabezpieczenia przed wilgocią do wnętrza kapsułki dostało się trochę wody, ale na szczęście z kolczykami nic się nie stało. Swoją drogą, ukrycie kolczyków wewnątrz kuli to niezłe utrudnienie dla złodziei - dzięki temu mamy pewność, że nie kupimy wybrakowanej kuli... no, chyba że nawalił ktoś od pakowania.
Są eleganckie, ładnie prezentują się na uchu. Jakość wykonania oceniam średnio, to po prostu perełki z nawierconymi małymi otworkami, w które jest wklejony sztyft - ale nie oszukujmy się, to bonus, nie produkt jubilerski ;) Czytałam że bywa z nimi różnie, potrafią trafić się uszkodzone czy też różniące się kolorem/wielkością - moje były całe, bardzo podobne do siebie i niemal w identycznym kolorze. Te perły są NATURALNE, więc ciężko żeby wszystkie wyglądały kropka w kropkę tak samo...

Miłą niespodzianką jest to, że w ogóle mogę je nosić - dzięki mojej alergii na nikiel muszę uważać na to, co wkładam w uszy. Nieostrożność może się skończyć ich napuchnięciem, ropieniem czy też uczuciem palących płatków ucha - miałam kiedyś taką sytuację że po kilkudniowym noszeniu kolczyków z pewnej drogerii musiałam chodzić z uchem zaklejonym plastrem, bo z powodu stanu zapalnego przekłucie potrafiło często krwawić (a mam je dobre 8 lat i wszystko z nim w porządku). Cieszę się więc, że mam ładne kolczyki za małe pieniądze - i nawet mogę je spokojnie założyć! :)

Podsumowując: Kula przypadła mi do gustu ze względu na nawilżenie i miękkość, jakie zafundowała mojej skórze. Uważam, że 5,99zł za 140g kuli - ona NAPRAWDĘ jest duża i ciężkawa jak się ją weźmie do ręki - to niewysoka cena i to na pewno nie były pieniądze wyrzucone w błoto. Cudów nie robi, ale jest miłym uprzyjemniaczem kąpieli i dlatego pewnie jeszcze nieraz po nią sięgnę.

(nie mówiąc już o tym, że chcę skompletować taki komplet biżuterii i dla siebie, i dla Mamy... :D)

A Wy? Używacie tych kul, czy może znacie inne/lepsze/warte wypróbowania? :)

Pozdrawiam, miau!
Kot

sobota, 1 lutego 2014

Kota zmagania z parafiną

Kilka postów temu pisałam o moim małym kosmetycznym odkryciu. Był to krem w charakterystycznym niebiesko-białym opakowaniu, na imię mu było „Nivea”, i był najbardziej znanym dzieckiem swoich rodziców. Tani i łatwo dostępny, w dodatku moja skóra wyraźnie się z nim polubiła... Niestety, tylko początkowo.

Na początku efekty rzeczywiście były świetne. Miałam ładną, gładką skórę która zyskała na blasku, ale nie potrwało to zbyt długo. Po dwóch-trzech tygodniach pojawiła się podskórna krostka. Potem druga, trzecia... Skończyło się prawdziwą inwazją, obawiam się że Marsjanie nie najechaliby nas lepiej. Nijak było to zakryć makijażem – nie pomagał korektor ani mega warstwa podkładu. Po prostu nic, zero, null! A wyglądałam mniej więcej tak:

Źródło: Internet

Ratowałam się żelem punktowym od Dermedic i powoli, ale wypryski znikały. W tamtej chwili nie miałam możliwości zaopatrzenia się w inny krem. Niestety, nie należę do kotów które mogą jeść kawior na śniadanie i kolację (czyt. mam fundusze przeciętnej studentki), no i na dobrą sprawę nie wiedziałam co mogło mi w tym kremie zaszkodzić. Miałam jeszcze migdałowy olejek Alterry, więc to jego używałam zamiast kremu i w końcu jakoś wyszłam na prostą.

Przy okazji następnej wizyty w Rossmannie kupiłam krem firmy Ziaja „Oliwkowa Regeneracja”. Dość tłusty, skład długi, ale mimo wszystko pomyślałam „3,80zł to niewielkie pieniądze, a kto wie – może to będzie to”. Niestety, powtórka. Nie dość, że świeciłam się po nim jak księżyc w pełni, to jeszcze okazało się że kompletnie z nim nie trafiłam w potrzeby swojej skóry (będącej przedziwnym rodzajem cery mieszanej ze skłonnością do bycia suchą... weź tu traf...) i w rezultacie... znów...

Źródło: Internet

Ponownie zmiana pielęgnacji (micel z Biedronki, wspomniany wyżej żel punktowy i olejek z Alterry zamiast kremu) dały dość pozytywne efekty i znów zaczynam wyglądać jak człowiek :D (yaaaaay!).

Stosowanie oleju zamiast kremu nie wystarcza. Mam już suche skórki w okolicy nosa, zwłaszcza na jego podstawie. Przeprowadziłam małe śledztwo i najpierw porównałam składy obu kremów, a później przekopałam Internet w poszukiwaniu informacji na temat składnika dominującego w składzie zarówno Ziaji, jak i Nivei. Znalazłam wiele opisów pasujących do tego, co wydarzyło się u mnie. A sprawcą nieszczęścia jest najwyraźniej parafina.

Czym jest parafina?


Na pewno pamiętacie z lekcji chemii ilustrację, na której pokazany jest proces obróbki ropy naftowej:


Źródło: Internet

Parafina jest mieszaniną węglowodorów nasyconych uzyskaną w procesie obróbki (czy też może destylacji) ropy naftowej. Sama ropa jest składnikiem naturalnie występującym na naszej planecie, jednak to, skąd parafina się bierze, budzi zwykle złe skojarzenia na zasadzie „jak nam może pomóc bliska krewna asfaltu?!”.

Prawda, asfaltowa maseczka na twarz brzmi mało zachęcająco, ale parafina – wbrew pozorom – może być naszym sprzymierzeńcem. Ze względu na swoją niską cenę jest szeroko używana w przemyśle kosmetycznym, a jej rolą jest utworzenie na skórze nieprzepuszczalnego filmu (warstwy okluzyjnej), zapobiegającego uciekaniu wilgoci ze skóry czy też włosów. Pomaga więc utrzymać właściwy poziom nawilżenia.

Niestety, skóra każdej osoby podejdzie do niej inaczej – dla Ciebie może być błogosławieństwem, a dla mnie przekleństwem, przynajmniej jeśli chodzi o skórę twarzy. Ze względu na swoje właściwości komedogenne może zapchać pory i doprowadzić do efektu muchomora, jak miało to miejsce u mnie ;) Drobnym paradoksem jest, że o ile na twarzy parafina robi u mnie masakrę, o tyle na dłoniach i reszcie ciała spisuje się całkiem ładnie i faktycznie utrzymuje moją skórę nawilżoną. Nie próbowałam jej na włosy, ale zamierzam. Pozostaje mi po prostu pilnować, by moje kosmetyki do pielęgnacji cery nie zawierały tego składnika...

Czy parafina jest toksyczna? A może uczula?


Różne źródła zawierają różne informacje. Parafina farmaceutyczna jest uznawana za składnik obojętny i nie wywołujący alergii. Jeśli przyjrzycie się składom kosmetyków dla dzieci zauważycie, że w dużej części zawierają one parafinę – właśnie ze względu na jej niskie „statystyki” uczuleń. Wedle znalezionych przeze mnie informacji parafina jedynie tworzy na skórze wspomnianą warstwę okluzyjną i nie przenika dalej – więc nie ma nawet jak być toksyczną. Po prostu może zapychać pory i stworzyć świetne warunki do namnażania się bakterii beztlenowych, a to prowadzi do zaskórników i wyprysków. :(

 

Parafina ukrywa się pod następującymi pseudonimami:

  • Paraffinum Liquidum
  • Paraffin
  • Synthetic Wax
  • Isoparaffin
  • Mineral Oil
  • Vaseline
  • Petrolatum
  • Ceresin
  • Isododecane
  • Isohexadecane
  • Ozokerite
  • Cera Microcristallina

Przykro mi bardzo, że moja skóra kaprysi i nie lubi się z parafiną. Przykro mi również, że odtąd będę musiała wertować skład każdego kremu, by uniknąć kłopotów, ale cieszę się że chociaż wiem, czego unikać.

U Was też tak zimno? :(

Pozdrawiam!
Kot

sobota, 25 stycznia 2014

Mały haul Rossmannowo-Biedronkowy

 

Wybaczcie wyjątkowo brzydkie zdjęcie, ale jestem dziś skazana na kiepski aparat :( dobrze, że tylko dziś.

Ostatnimi czasy skończył mi się tusz, płyn do demakijażu i krem do twarzy, więc pospieszyłam do miasta uzupełnić zapasy.

1. Lovely, Pump-Up Mascara - Rossmann, 8,99zł. Przeczytałam o nim na blogu Anwen i postanowiłam wypróbować.

2. Płyn micelarny BeBeauty (skóra wrażliwa) - Biedronka, 5,99zł. Był tak zachwalany w blogosferze, że grzechem byłoby nie przekonać się na własnej skórze, czy to rzeczywiście takie cudo :P

3. Lovely, Blink-Blink w kolorze fioletowym - Rossmann, 5,99zł. Marzyłam o nim, odkąd zobaczyłam go po raz pierwszy u Angel z bloga Kosmetyki Bez Tajemnic. Coś pięknego! Choć nigdy nie przepadałam za błyskotkami, po prostu MUSIAŁAM go mieć.

4. Ziaja, Naturalny Krem Oliwkowy "Oliwkowa Regeneracja" - Rossmann, 3,79zł. Kupiłam go na próbę, skuszona ceną.

Miałyście któryś z tych produktów? Mogłybyście może polecić jakiś w miarę tani, a dobry krem do twarzy dla osoby w wieku do 25 lat? Ziaja niedługo się skończy i trzeba będzie rozejrzeć się za czymś nowym. :)

Pozdrawiam kocio i miaucząco, mam nadzieję że jest u Was za oknem tyle samo słońca, jak i u mnie! :)

piątek, 24 stycznia 2014

Mój pierwszy box ever - ShinyBox BE SHINY!


Ostatnimi czasy zauważyłam wysyp różnych pudełeczek, kosmetycznych i tych mniej. Działają na zasadzie niespodzianki - nigdy nie wiesz, co znajdziesz w pudełku. Zawartość pudełka jest tajemnicą aż do momentu dostarczenia Ci go. Może to być krem do rąk, który dołączy do Twojej wielkiej kolekcji czekających na zużycie podobnych specyfików, może to być balsam do ciała, przeznaczony do innego rodzaju skóry niż Twoja. Możesz znaleźć w nich coś, czego nie używasz, coś co Ci się nie spodoba, a może i coś, do czego się przekonasz.

Osobiście zawsze byłam sceptycznie nastawiona do wszelkiego rodzaju boxów. Pozwólcie, że zacytuję tu samą siebie: "No jak? Mam zapłacić komuś 50zł, by przysłał mi kosmetyki które mogą mi się nie przydać, bo na przykład będą do cery tłustej, a ja mam mieszaną w kierunku suchej? A co zrobię, jeśli coś mi się nie spodoba? To brzmi jak wyrzucanie pieniędzy w błoto."

W okresie świątecznym powiedziałam sobie jednak "raz kozie śmierć" i zamówiłam styczniowe pudełko ShinyBox BE SHINY. Miało być ono prezentem po części świątecznym, po części urodzinowym. Oczywiście, mogłam kupić sobie coś innego - ale pudełeczko kusiło i wołało do mnie tak długo, że w końcu uległam.

W piątkowy poranek 17 stycznia dostałam od kuriera SMS, w którym napisał o której godzinie będzie i prosił o natychmiastowy kontakt w razie nieobecności. Z racji posiadania różnych przygód z kurierami (zostawianie paczek u sąsiadów, nie powiadamianie mnie o terminie doręczenia przesyłki i tym podobne historie) byłam pozytywnie zaskoczona tym faktem. Kurier - jak się okazało, niewiele ode mnie starszy (czym z kolei on chyba był zaskoczony :D) pojawił się na czas i wręczył mi wyczekane pudełeczko. Zamknęłam drzwi i zadowolona ruszyłam do pokoju celem obadania zawartości.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to ładna szata graficzna. Czarna "pokrywka" pudełka z różowym znaczkiem ShinyBox ładnie kontrastowała z różowym dnem w ciemniejsze, również różowe wzory. Po zdjęciu pokrywki zawartość prezentowała się tak:

I tu zatrzymałam się na chwilę. Rety, ależ emocje! Tyle czekałam na to pudełko, i teraz wreszcie dostałam je w swoje łapki. Kto wie, co czai się w środku?
Do odważnych świat należy. Odkleiłam naklejkę i rozpakowałam całość. A w środku było...

...pięć produktów, z czego 4 są pełnowymiarowe!





Pani Ulotka zawierała informacje na temat wszystkich kosmetyków, jakie znalazłam w pudełku i z tej przyczyny na samym początku zainteresowałam się właśnie nią. Po przebrnięciu przez jej treść dorwałam się wreszcie do właściwej zawartości :)


Dermika - baza pod makijaż "Olśnienie" Limited Edition (17zł/10ml):
" 'Olśnienie' LIMITED EDITION to baza pod makijaż wygładzająca skórę z subtelnym efektem rozświetlającym. Baza przeznaczona jest do każdego typu cery. Już niewielka ilość bazy sprawia, że skóra staje się aksamitnie gładka i świeża, wygląda na wypoczętą i zrelaksowaną. Baza ułatwia wykonanie makijażu, sprawia, że nabiera on wyjątkowego charakteru a jego trwałość jest przedłużona. To idealny kosmetyk 'przed wyjściem' dający natychmiastowy efekt olśniewająco pięknej cery."

Baza rzeczywiście rozświetla, zawiera złote drobinki których na początku się przestraszyłam! :D
Po nałożeniu na twarz nie są już jednak tak krzykliwe. Niestety, baza nie radzi sobie z moimi rozszerzonymi porami, ale bardzo ładnie wygładza skórę i poprawia trwałość makijażu. Nigdy wcześniej nie używałam kosmetyków Dermiki, dlatego też jestem zadowolona że mogę wypróbować tą bazę. Jedyne co mi się średnio podoba to trochę za płynna konsystencja, ale nie ma tragedii ;) (czy może, podążając za ostatnim hitem Internetu - "tragejszyn"...)


Krem nawilżający pod oczy BIOLIQ 25+ (15zł/sztuka):
"Nawilża i regeneruje delikatną skórę wokół oczu. Zmniejsza opuchliznę i cienie. Pielęgnuje i intensywnie nawilża delikatną skórę wokół oczu. Zawarty w kremie wyciąg z orchidei purpurowej (Orchis mascula) działa kojąco i łagodząco. Krem wspomaga regenerację naskórka oraz skutecznie zmniejsza opuchliznę i cienie pod oczami. Dodatkowo chroni skórę przed niekorzystnym wpływem wolnych rodników, opóźniając powstawanie pierwszych zmarszczek."

Ostatniego kremu pod oczy używałam chyba w dzieciństwie z nakazu mamy (z racji chronicznych cieni pod oczami) i nawet nie pamiętam jego nazwy, dlatego ucieszyłam się widząc ten kosmetyk w moim pudełeczku. Do 25 lat jeszcze trochę mi brakuje, ale znacznie bliżej już niż dalej. Krem jest - jak widać - sprzedawany w estetycznej, 15ml tubce. Szybko się wchłania i rzeczywiście, radzi sobie zarówno z opuchlizną, jak i z cieniami. Z tymi ostatnimi może trochę gorzej, ale mimo wszystko jakiś efekt jest - a moje cienie to naprawdę niełatwy orzech do zgryzienia.


Delawell, Zmysłowa Oliwka Do Skórek i Paznokci (29zł/15ml)
"Zmysłowa Oliwka Do Skórek i Paznokci zawiera zestaw pięciu naturalnych olejów wzmacniających strukturę skóry i paznokci. Jest pomocna podczas wykonywania zabiegu manicure przy bardzo wrażliwych, suchych i pękających skórkach okalających paznokieć. Wpływa kojąco i łagodząco na występujące podrażnienia. Olejek możemy stosować do kąpieli olejowych, ciepłych kompresów, masażu wałów paznokciowych i dłoni. Przy regularnym stosowaniu dochodzi do widocznego wzmocnienia struktur paznokci i skórek wokół paznokci."

Nie miałam nigdy takiego produktu, więc chętnie wypróbuję - zwłaszcza, że sama raczej nie wpadłabym na pomysł zakupu takiego kosmetyku. Na efekty trzeba jednak poczekać dłuższy czas, więc na razie nie napiszę o tej oliwce nic poza tym, że urzekła mnie obłędnym zapachem i nakładam ją na paznokcie z prawdziwą radochą. Cieszę się, że trafił mi się ten wariant.


Evree, Wygładzający Peeling Do Stóp (10zł/75ml)
"Peeling skutecznie usuwa martwe komórki naskórka oraz zapobiega tworzeniu się stwardnień i zrogowaceń bez zbędnego wysuszania skóry. Zwiększa zdolność skóry do przyjmowania składników odżywczych oraz wspomaga odnowę i regenerację skóry. Zawiera: drobinki pumeksu, urea, lanolinę, wosk pszczeli oraz lawendowy olejek eteryczny."

Kolejna marka, której nie znam. Peeling przypadł mi do gustu - rzeczywiście pachnie lawendą, a drobinki ścierne robią swoje. Skóra jest też po nim miękka i nawilżona, choć dobrze dodatkowo użyć kremu. Nie wiem jak się sprawdzi w przypadku bardziej wymagających stóp, ale w przypadku moich jest idealny. Przyznałam mu też dodatkowy plus za brak parabenów w składzie.


Paese, Linea Automatic Eyeliner (23zł za sztukę)
 "Metaliczna kredka do oczu o miękkiej, kremowej konsystencji. Przedłużona trwałość kredki pozwala na utrzymanie idealnego makijażu oka do 12h. Silikonowa baza sprawia, że produkt jest miękki i łatwy w aplikacji. Kredka dostępna jest w 5 kolorach o intensywnym metalicznym blasku: Black Glam, Brown Glam, Olive Glam, Blue Glam i Plum Glam. Kredka nie zawiera konserwantów."
Słyszałam już wiele zachwytów nad marką Paese i byłam jej ciekawa, ale nie miałam okazji wypróbować czegoś osobiście. To zmieniło się z chwilą, kiedy w moje ręce trafił ten eyeliner. Był on pierwszą rzeczą w pudełku na którą zwróciłam uwagę i aż się uśmiechnęłam widząc, że jest on w jednym z moich dwóch ulubionych kolorów. Czarnych kredek mam sporo do wykończenia, więc fioletowy eyeliner jest jak najbardziej na miejscu - zwłaszcza, że sama w życiu Warszawy bym sobie takiego nie kupiła. I tu błąd - okazało się, że świetnie wydobywa kolor moich oczu, nie mówiąc już o tym że bajecznie łatwo rysuje się nim kreski ;) Nie zawiera też konserwantów (co mnie cieszy), posiada gąbeczkę do rozcierania, a nawet maleńką temperówkę.
To jest mój osobisty hit pudełka ShinyBox BE SHINY.

W pudełku znalazłam też bony rabatowe do BingoSpa, Kukiczo i katalogmarzen.pl :)

Podsumowując - czy opłacało się kupić ShinyBox BE SHINY?



Moim zdaniem tak, i nie żałuję zakupu. Każdy z tych kosmetyków mi się przyda, a kilku z nich na pewno nie kupiłabym sama z siebie. Biorąc pod uwagę moje pierwotne nastawienie do boxów jestem dość pozytywnie zaskoczona zawartością, nawet jeśli aktualnie bardziej przydałby mi się krem do twarzy niż pod oczy (a był dostępny w jednym z wariantów ;) ).

Myślę, że jeszcze przez chwilę zostanę z ShinyBox - na tyle, na ile finanse uczennicy mi pozwolą.

PS: Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!... ^^"

 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design