sobota, 5 kwietnia 2014

Złuszczający żel pod prysznic Oriflame Nature Secrets o zapachu malinowo-miętowym

Witajcie!

Przyznam się bez bicia, że wracanie do życia idzie mi jak po grudzie. Jestem kompletnie rozkojarzona, roztargniona i sama nie wiem, co jeszcze. Dziś na przykład zamiast wrzucić sweterek do pralki, wrzuciłam go ...do kosza na śmieci. Zorientowałam się dopiero kiedy wynosiłam worek do osiedlowego kontenera. Fajnie to musiało wyglądać, kiedy rozdzierałam pod nim worek z wyraźnym niedowierzaniem na twarzy, ale przynajmniej sweterek nadal jest w moim posiadaniu - zwłaszcza, że bardzo go lubię. Dobrze, że lekcje mam dopiero za tydzień, bo nie wiem czy nie zgubiłabym się po drodze mimo kilku lat podążania tą samą trasą.
Nie, nie jestem zakochana. Po prostu w tym tygodniu wykazuję spore pokrewieństwo do Bridget Jones - wcale bym się nie zdziwiła, gdyby i mi wyszła niebieska zupa.

Zdjęcie pochodzi z Google.com
Wracając do tematu tego wpisu - w ostatnim poście denkowym można było zobaczyć żel pod prysznic Oriflame, który zakupiłam w jakiejś promocji razem z antyperspirantem i kremem do rąk na kilka miesięcy przed pomysłem założenia bloga, ale udało mi się go zużyć dopiero niedawno. Niestety, nie zrobiłam zdjęć, bo nie przewidywałam recenzowania go, ale że zainteresował jedną z Was... (pozdrawiam! :) )
Leżał zapomniany w łazience, czekając na swoją kolej. Mam nadzieję, że nie obrazicie się za zdjęcie z Internetu :(



"Pachnący żel z wyciągiem z mięty i maliny, który orzeźwia i złuszcza skórę. Zapewnia gładkość i pobudzającą dawkę energii" - tyle mówi nam o nim producent, szwedzka firma Oriflame. Pobudzająca dawka energii brzmiała zachęcająco, ponieważ należę raczej do leniwych kotów - gładka skóra również, a że należę do wielbicielek malinowego zapachu... Co tu dużo mówić, skusiłam się. Również ze względu na naturę w nazwie.

Nie pamiętam ile ten żel wtedy kosztował, teraz jednak ceny prezentują się następująco:
250ml = 16,90zł
400ml = 24,90zł

Szybko miałam okazję przekonać się, że ten produkt wygląda na żywo prawie tak, jak w katalogu. Żywa, różowa barwa wyglądała wesoło z plastikowej, przezroczystej butelki, poprzetykana małymi zielonymi kuleczkami które miały odpowiadać za efekt peelingujący - całkiem zachęcająco. Konsystencja była odpowiednia - ani zbyt gęsta, ani zbyt rzadka, przez co żel nie uciekał nam z rąk. Dobrze się pienił. Nie było też problemu z otworzeniem opakowania mokrymi rękoma, ale zdarzyło mi się, że butelka wyślizgnęła mi się z rąk.

Źródło: Google
Zapach rzeczywiście był powalający, ale niestety nie w tym sensie, w jakim tego oczekiwałam. Po jakimś czasie malina i mięta okazały się być dla mnie średnio strawnym połączeniem, a że zapach był intensywny i pozostawał na skórze w mniej intensywnej formie, było mi trochę ciężko go używać. Do tego dołożył się efekt orzeźwienia (czy może po ludzku - chłodzenia), który w okresie zimowym okazał się jednak wielkim "nienienie". Żel byłby idealny na lato, ale w zimę niekoniecznie. Kochałam wtedy bardzo ręczniki nagrzane grzejnikowym ciepełkiem, oj, kochałam.
Obiecywane peelingujące granulki są, jednak nie są na tyle ostre i nie ma ich na tyle dużo, by sprawiały kłopoty, więc teoretycznie żel nadaje się do codziennego użytku i nas nie uszkodzi. Powiedziałabym nawet, że jest ich troszkę za mało, ale co kto lubi ;)
Niestety, w trakcie używania zaobserwowałam nieco większe przesuszenie skóry, niż zwykle, i to jest jeden z powodów dla których już do niego nie wrócę.

Pora zajrzeć do składu:
Aqua (woda), Sodium Laureth Sulfate (silny środek myjący), Cocamidopropyl Betaine (środek myjący, łagodzi ewentualne drażniące działanie SLS), Acrylates Copolymer (stabilizator emulsji, wiąże składniki kosmetyku, antystatyk, tworzy też film na skórze), Glycerin (nawilża, łagodzi), Polyethylene (substancja stosowana jako ścierająca zrogowaciały naskórek), Sodium Chloride (sól kuchenna), Jojoba Esters (estry oleju jojoba, działanie stabilizujące i zagęszczające), Parfum (kompozycja zapachowa), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu, reguluje pH), Sodium Benzoate (konserwant, wrażliwcy uważajcie), Limonene (składnik zapachu, cytrynowy), Hexyl Cinnamal (gliceryna używana jako składnik zapachowy, może uczulać), Propylene Glycol (humektant, ułatwia transport substancji w głąb skóry), Linalool (kolejny składnik zapachu, może uczulać), 2-bromo-2-nitropropane-1, 3-diol (konserwant), Benzyl Salicylate (tu chyba jako substancja zapachowa, ale pochłania też promienie UVB i łagodnie znieczula), Rubus Idaeus Fruit Extract (ekstrakt z maliny), Mentha Aquatica Leaf Extract (ekstrakt z mięty), CI 77288, CI 16035, CI 17200, CI 42090 (barwniki)

Źródło: Google
Nie jestem chemikiem. Moje analizy składu opierają się na informacjach, które znajduję w Internecie. Tak czy inaczej, skład średnio pasuje mi do nazwy 'Nature Secrets' i to jest kolejny powód, dla którego więcej tego żelu już nie zakupię. Nie dość, że aż dwa silne detergenty na początku składu, to sporo chemii (fakt że żółtej, ale co do niektórych składników po prostu nie miałam pewności), kompozycja zapachowa dość wysoko, a wspomniane wyciągi z maliny i mięty na samym końcu składu - tuż przed barwnikami. Swoją drogą - wydaje mi się, że polietylen został tu zastosowany w roli zielonych kulek-ścierulek, a ostatnimi czasy w tej formie wzbudził on przerażenie niektórych (afera z bodajże kosmetykami Agafii). Dziewczyny - używałam, żyję. Nie ma powodu do niepokoju :)

Podsumowując:
(+) atrakcyjny wygląd
(+) ładny zapach (do czasu, niestety)
(+) ścierające drobinki
(+) niewygórowana cena

(-) SKŁAD niewiele mający wspólnego z naturą
(-) za mała ilość ścierających drobinek
(-) przesuszona skóra po użyciu
(-) bardzo intensywny zapach który może przeszkadzać


2,5/5. Nie kupię więcej.

Pozdrawiam!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Mały marcowy post denkowy

Witajcie!

Te z Was które śledzą profil mojego bloga na Facebooku wiedzą, co mnie ostatnimi czasy powstrzymywało od blogowania i nie tylko. Moja Mama zachorowała na zapalenie płuc, a że Kotowa odporność jest ostatnimi czasy na poziomie rozwielitki... Moi znajomi żartują już, że nawet głupią kawą jestem w stanie się zatruć i wyłączyć z funkcjonowania na kilka dni. Tym razem jednak, tak jak i moją Mamę, dopadło mnie zapalenie płuc. Nie chcecie wiedzieć, ile wydałyśmy na leki. Pewnie gdybym nie lekceważyła aż tak własnego zdrowia mówiąc sobie "Spokojnie, przejdzie", byłoby inaczej - inna sprawa, że nie powinnam lekceważyć choroby, z powodu której mało nie pożegnałam się z tym światem w wieku 10 lat.
Tak czy inaczej, zaczynam już ogarniać co się wokół mnie dzieje, więc możecie się spodziewać mnie tutaj częściej :)

Dziś szybka wrzutka z marcowego zużycia. Powiem Wam szczerze - nie miałam głowy do smarowania się rozmaitymi mazidłami, w większości leżałam i słuchałam muzyki - tak więc możnaby śmiało stwierdzić, że zużyłam w tym miesiącu dużo więcej opakowań lekarstw, niż kosmetyków! :D Na dłuższą metę to bardzo do mnie niepodobne. Tak czy inaczej, przedstawiam Wam mało imponujący wynik marcowego Projektu Denko:


Od naszej lewej widzimy:

1. Miniaturka toniku Rival de Loop z Rossmanna, którą skończyłam w sumie na początku marca. Nie było nam razem źle, ale poszukam czegoś innego.

2 i 4. Wszystkim znany płyn micelarny BeBeauty z Biedronki, który opisywałam tutaj: (klik)
Tutaj romans był bardzo ognisty, ale... tylko przez pierwsze opakowanie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale przy drugim opakowaniu płyn zostawiał na twarzy jakąś klejącą warstwę, ponadto wyskakiwały mi niespodziewajki. Na pewno to nie wina kremu, bo w nim nie ma co zapychać, więc pozostałą zawartość jednej z buteleczek pewnie przeznaczę do czyszczenia pędzli czy tam aplikatorów do cieni. No nic... poszukam czegoś innego.

3. Żel pod prysznic Oriflame Nature Secrets o zapachu maliny i mięty. Kupiony w promocji, długo czekał na zużycie bo wybitnie nie mogłam przekonać się do takiego połączenia zapachowego. Zawiera drobinki peelingujące i delikatnie chłodzi, więc w sam raz na lato. Nie przewiduję dalszych przygód z tym żelem.

5. Podkład Oriflame Everlasting w odcieniu True Ivory (?). Nie jestem pewna co do odcienia, bo miałam go ładny kawałek czasu i opakowanie zmasakrowało mi się przez noszenie go w kosmetyczce - niestety, starła się także nazwa odcienia. Kolor mi pasował, ale niestety krycia i poprawiania stanu cery (co obiecywał producent) nie zauważyłam. Z radością zdenkowałam, za jakieś dwa tygodnie pomyślę o czymś sensowniejszym.

6. Antyperspirant w kulce Oriflame Nature Secrets o zapachu maliny i mięty. Nie mam wielkich potrzeb jeśli chodzi o antyperspiranty, więc nawet dobrze wspominam, ale zapach niestety na dłuższą metę mi nie podszedł. Być może zastąpię jakimś ałunem.

A teraz lecę nadrabiać zaległości w życiu :)
Pozdrawiam!


czwartek, 13 marca 2014

Rosyjska odżywka do włosów "Piwo i Pszenica"

Odżywka, którą widzicie na zdjęciu, towarzyszy mi od miesiąca. Jest to jeden z produktów, który znalazł się zarówno w zwykłej, jak i limitowanej wersji rosyjskiego pudełka PinkJoy. Zebrała wiele pozytywnych opinii w Blogosferze i czytając kolejne recenzje miałam na nią coraz większą ochotę, dlatego ucieszyłam się kiedy otworzyłam swoje limitowane pudełko (zawartość do końca była tajemnicą) i znalazłam w nim właśnie wielką tubę odżywki. Z tej radości aż odstawiłam świeżo kupioną odżywkę Timotei Precious Oils. Jeśli chcesz wiedzieć jak się sprawdziła propozycja PinkJoy - czytaj dalej. ;)

Opakowanie:
Odżywkę dostajemy w (moim zdaniem) wielkiej tubie o pojemności 200ml i owa tuba to pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po otworzeniu pudełka. Zajmowała praktycznie całe, a reszta kosmetyków była ułożona wokół niej. Osobiście uważam, że w przypadku odżywki do włosów opakowanie w formie tuby nie jest zbyt trafione, buteleczki przemawiają do mnie bardziej. Rozmiar tuby też jest chyba nieco przesadzony - wspomniana Timotei Precious Oils w 200ml buteleczce jest mniejsza od jej piwnej koleżanki. Plastik jest nieprzezroczysty, ale jeśli spojrzy się pod światło widać, ile produktu jest. Tak też zrobiłam po otrzymaniu PinkJoy i jakoś dziwnie się poczułam widząc, że tuba jest wypełniona w 3/4, a może i trochę mniej. Nie mówię że zostałam oszukana - po prostu powstaje takie dziwne wrażenie, któremu mniejsze opakowanie mogłoby spokojnie zaradzić.
Tuba zakończona jest dozownikiem, który - choć wydaje się mały - dobrze spełnia swoje zadanie. Zakrętka dobrze współpracuje z mokrymi rękoma. Szatę graficzną całości oceniam pozytywnie - jest całkiem ciekawa :)


Skład:

Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Parfum (kompozycja zapachowa), Cetrimonium Chloride (konserwant, nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie), Behentrimonium Chloride (konserwant, mocno oczyszcza skórę i włosy, ma właściwości antystatyczne, wygładza, ułatwia rozczesywanie), Ceteareth-20 (PEG, emulgator, nie wolno używać na podrażnioną i uszkodzoną skórę), Panthenol (nawilża, działa przeciwzapalnie, mocno stymuluje odnowę skóry i procesy gojenia, łagodzi podrażnienia), Propylene Glycol (nawilża), Isopropyl Alcohol (działanie odtłuszczające, oczyszczające, ale to środek rozpuszczający pochodzenia chemicznego i jest toksyczny), Glycerin (działa osłonowo, łagodzi, nawilża, wygładza) , Beer (piwo - o jego wpływie na włosy pisałam tutaj <klik>), Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil (ekstrakt z pszenicy - działa łagodząco i wygładzająco), Glycine Soja (Soybean) Oil (olej sojowy), Citric Acid (kwas cytrynowy - zmiękczacz, konserwant, przeciwutleniacz), Lactic Acid (kwas mlekowy - działa przeciwstarzeniowo, antybakteryjnie, nawilża), Methylparaben (konserwant), Ethylparaben (konserwant), Methylchloroisothiaizolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde (syntetyczna substancja zapachowa, zapach kwiatowy)

Rosyjskie kosmetyki zyskały uznanie w większości za naturalne składy, jednak ten powyżej nie pasuje do tego opisu. Kompozycja zapachowa bardzo wysoko w składzie, zaraz po niej chemia przetykana czasem czymś dobrym. Sporo składników wygładzających, kilka o działaniu antystatycznym. Moim zdaniem - gdyby przymknąć oko na chemię - ta odżywka mogłaby się sprawdzić na włosach nie wymagających superbogatej pielęgnacji. Co ciekawe, odżywka nie zawiera silikonów. Cieszy, że faktycznie zawiera wspomniane piwo i wyciąg z pszenicy. Nie cieszy duża ilość chemii i konserwantów.


Konsystencja i zapach:
Niezbyt gęsta maź (może nawet odrobinę za rzadka), półtransparentna, koloru białego. Łatwo się rozprowadza. Zapach jest bardzo mocny i po użyciu pozostaje we włosach, jednak nie jest to - jak możnaby pomyśleć - zapach typowo piwny, mi bardziej kojarzy się z drożdżami. Moim zdaniem jest przyjemny, choć na dłuższą metę może męczyć. Tyle dobrego że nie pachniemy jak pan Zdzisiu spod monopolowego :)

Wrażenia z użytkowania:
Po pierwszym użyciu byłam nią zachwycona. Włosy były niesamowicie błyszczące, takie "sypkie", gładkie, rozczesywały się bez problemu. Z każdym kolejnym jednak coraz bardziej rzucały mi się w oczy wady tej odżywki. Po pierwsze - końcówki poskarżyły mi się na brak silikonów, a przy moich włosach to mus. Po drugie - włosy już na drugi dzień po umyciu (a myję je co 3-4 dni, bo częściej nie trzeba) zaczynały "marnieć", nie mówiąc o tym, że (mimo zawartości antystatyków) włosy elektryzowały się jak szalone, choć zwykle tego nie robią! Domyślam się, że na moje włosy to po prostu zbyt lekka artyleria i potrzebują bogatszego składu... Kolejną wadą (początkowo braną za zaletę) był pozostający we włosach zapach. On jest fajny, póki nie musicie wyrwać z kopytka za podjeżdżającą na sam koniec peronu SKM-ką. Udało mi się dobiec do rzeczonej SKM-ki, ale zgrzałam się i zaciągnięcie się zapachem odżywki jedynie mnie dobiło - po prostu zaczęło mnie mdlić.

Czy kupię ponownie?
Nie. Raz że słabo dostępna, dwa - moje włosy jej nie lubią. Wykończę bo niewiele mi jej zostało, ale nie przewiduję kontynuowania tej znajomości.
Ocena: 2/5

Wiem, że wiele z Was było zadowolonych z tej odżywki. Jak spisywała się u Was? A może wolicie inną? :)

Pozdrawiam! 


poniedziałek, 10 marca 2014

Hardkorowo... czyli peeling do twarzy "Czysta Linia"!

Witajcie!

Na początku tego posta chciałabym Was przeprosić za moją kilkudniową nieobecność. Musiałam się też trochę pozbierać po tym, co zobaczyłam parę dni temu, a w weekend miałam zjazd w szkole. Te z Was, które lubią profil bloga na Facebooku pewnie kojarzą, o co chodzi z tym, co zobaczyłam... W telegraficznym skrócie mogłabym napisać, że złapałam focha na cały świat w związku z okrucieństwem, jakie spotkało pewnego małego kotka. Nie godzę się, nigdy się nie godziłam i nigdy się nie zgodzę na okrucieństwo wobec zwierząt, stąd to co zobaczyłam dosłownie mnie załamało. Ale dość już o tym... Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe.

Zmieniając temat na mniej ponury - powyższy materiał na zupełnie inny post - dziś chciałabym pokazać Wam peeling do twarzy Czysta Linia, który dostałam w limitowanej edycji pudełka PinkJoy. 

Od producenta:

"Zawarte w peelingu drobiny pestek moreli wygładzają i delikatnie stymulują regenerację komórek skóry, a rumianek pomaga zmniejszyć podrażnienia i zaczerwienienia. Skóra staje się dokładnie wygładzona, oczyszczona i lepiej wchłania składniki zawarte w kremach czy maseczkach."

Opakowanie:

Peeling mieszka sobie w ładnej, zielonej tubeczce o pojemności 50ml. Niestety nie potrafię czytać cyrylicy więc niewiele Wam powiem odnośnie tego co jest na tubeczce napisane. Problematyczne jest to, że tubka nie jest przezroczysta i nie widać ile jeszcze produktu zostało, ale myślę że w przypadku peelingu da się to przeżyć.
Otwór tubki jest wystarczająco duży by nie utrudniać aplikacji kosmetyku. Ostatecznie to peeling do twarzy, więc nie potrzebujemy masakrycznie dużego dozownika - nie mówiąc już, że byłby problematyczny, bo co w przypadku zaaplikowania sobie zbyt dużej ilości? :)


Wygląd, zapach i konsystencja:

Powiem szczerze - kiedy czekając na swoje pudełko przeglądałam recenzje peelingu w sieci, byłam trochę przerażona. Na zdjęciach wyglądał jak mało zachęcająca, szaro-brązowa breja z drobinkami ściernymi. Dziś już tak nie zwracam uwagi na wygląd, a na działanie kosmetyku, ale wtedy byłam mocno zaskoczona :D Na szczęście w rzeczywistości nie jest tak strasznie. Peeling to średnio-gęsta masa koloru beżowego z zatopionymi w niej zmielonymi pestkami moreli. Bardzo dobrze rozprowadza się na skórze i dobrze się jej trzyma - nie ma problemu ze spływaniem. Pachnie przyjemnie, choć zdania bywają różne co do zapachu - jedni twierdzą, że pachnie owocami, a ja wyraźnie czuję rumianek. Pomimo niewinnego wyglądu drobinki pestek moreli są dość ostre i mocno ścierają naskórek, więc nie należy go używać częściej niż 1-2 razy na tydzień. Więcej może być po prostu za mocno... 


Złapałam dla Was trochę słońca. :)


Skład:
Aqua (woda), Prunus Armeniaca (Apricot) (morela), Silica (krzemionka, naturalny minerał, matuje), Glycereth-2 Cocoate (emolient, kondycjonuje), Cetearyl Alcohol (natłuszcza), Paraffinum Liquidum (parafina), Glyceryl Stearate(zmiękczacz, wrażliwców może podrażnić), Glycerin (gliceryna), Dimethicone (silikon), Zea Mays (Corn) Oil (olej z kukurydzy?), Kaolin (glinka, często występuje w naturze), Stearic Acid (stabilizator emulsji, ułatwia docieranie substancji aktywnych w głębsze warstwy skóry), Urea (mocznik, poniżej 10% nawilża, powyżej 10% złuszcza), Glycine Soya (Soybean) Oil (olej sojowy), Chamomilla Recutita (Matricaria) Flower/Leaf Extract (ekstrakt z rumianku), Ethylhexylglycerin (konserwant pochodzenia naturalnego, humektant), Potassium Cetyl Phosphate (emulgator pochodzenia roślinnego), Palmitic Acid (składnik konsystencjotwórczy), Sodium Lauryl Sulfate (silny detergent), PEG-40 Hydrogenated Castor Oil (chemicznie zmieniony olej rycynowy), Sodium Sulfate (siarczan sodu), Triethanolamine (chemiczny regulator PH, wysusza, może być toksyczny jeśli stosowany długo), Sodium Chloride (sól, tu wzmacnia właściwości ścierne), Xanthan Gum (stabilizator, zagęstnik, nie wchodzi w konflikty ze skórą), Disodium EDTA (syntetyczny stabilizator, często zanieczyszczony, może działać drażniąco), Parfum (substancja zapachowa), Methylisothiazolinone (chemiczny konserwant, może wywoływać alergię), Phenoxyethanol (półsyntetyczny środek konserwujący, niby alternatywa dla parabenów, ale szkodzi układom nerwowym zwierząt), Butylphenyl Methylpropional(składnik kompozycji zapachowej), Hexyl Cinnamal (syntetyczna gliceryna użyta tu jako składnik kompozycji zapachowej, może uczulać), Limonene (składnik kompozycji zapachowej), Linalool (składnik kompozycji zapachowej, potencjalny alergen)

Jak widzicie, skład średni. Jest trochę dobroci, ale jest też "trochę" chemii. No i parafina.

Wrażenia z używania:

Pomimo faktu, iż moja skóra jest w otwartym konflikcie z parafiną, postanowiłam wypróbować ten peeling. Używałam go od momentu otrzymania PinkJoy tak, jak jest zalecane - czyli 1-2 razy w tygodniu, nie dłużej niż 1 minutę. Zaraz po użyciu peelingu zapobiegawczo myłam twarz białoruskim żelem do mycia twarzy z tej samego boxa, ale nie wiem czy to pomogło parafinie w jakikolwiek sposób odczepić się od mojej twarzy :P

Pierwszą rzeczą jaką mnie zaskoczyła była ostrość drobinek - czułam się, jakbym przecierała sobie twarz papierem ściernym. Po zmyciu peelingu ciepłą wodą okazywało się jednak, że nie było aż tak źle - twarz była zaróżowiona, ale wygładzona i taka... ładna. Suche skórki zniknęły. Nie odnotowałam żadnych podrażnień, które mogłyby wystąpić po użyciu peelingu. Miły zapach umila użytkowanie.

Czy kupię ponownie?

Raczej nie, bo nie ma cudownego składu, do tego jest niedostępny w Polsce. Wiem że ma być dostępny w sklepie PinkJoy, który kiedyś w końcu ruszy - ale wciąż skłaniam się raczej ku spróbowaniu czegoś innego.

Pisanie posta nadzorował mój starszy kiciuś :)
Kociego nadzoru uniknąć się nie da!

Podsumowując: 3/5

Co o nim myślicie? Używałyście? A może macie jakieś propozycje co do peelingów "twarzowych"? :) 

Pozdrawiam i życzę tak ładnej wiosny jak ta za moim oknem!

poniedziałek, 3 marca 2014

Marzec miesiącem olejowania

źródło: blog Anwen ;)

Jak zapewne widziałyście, Anwen organizuje nową akcję - Marzec Miesiącem Olejowania. W skrócie polega ona na tym, by przez miesiąc olejować włosy przed KAŻDYM myciem. Jeśli czyjeś włosy nie lubią tak częstego olejowania można to ograniczyć, ale dobrze byłoby chociaż spróbować - prawda? ;)
Jak tylko zobaczyłam jej post wiedziałam, że się zgłaszam. A Wy? :)

Moje włosy akurat nie przepadają za olejowaniem przed myciem (a przynajmniej takie odniosłam wrażenie), ale myślę że powinnam dać im dłuższy czas na sprawdzenie ich preferencji. A nuż widelec takie olejowanie się sprawdzi?
Używanymi przeze mnie olejami będą olejek do masażu Alterry (migdały i papaja) i olejek ze słodkich migdałów, który trafił mi się w Shinybox - ale ten drugi będzie uzupełniająco, np. co tydzień. Jest to pewne złamanie wymogów akcji ponieważ Anwen chciałaby, by używać tylko jednego oleju, ale raz na jakiś czas chyba nie zaszkodzi. :) Akcję rozpoczynam od dziś.

O akcji można przeczytać i zgłosić się do niej tutaj <klik>.

Co myślicie o takich akcjach? Przyłączycie się? :)

Pozdrawiam!







PS: Wchodzę dziś na bloga, a tu 2014 wyświetleń i 17 obserwatorów <3 Dziękuję!
 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design