Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 maja 2014

Odżywka Timotei Precious Oils - czy sentymenty popłacają?

Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie maleńkim sukcesem, którym była pierwsza w życiu naprawa laptopa! Mała rzecz, a cieszy - mimo tego, że pierwotna diagnoza nie okazała się wszystkim, co trzeba było poprawić. Poza tym cieszę się piękną majówkową pogodą... zza okna. A Wy jak spędzacie majówkę? :)

Timotei jest jedną z tych firm, które kojarzę jeszcze z dzieciństwa. Pamiętam kasety z muzyką, które przez chwilę dodawali jako prezent do swoich produktów i chyba koszyczki, które wchodziły chyba w skład jakiegoś zestawu. Ciężko mi sobie przypomnieć dokładnie, bo miałam ledwo kilka lat, ale muzykę pamiętam wyraźnie :)
Odżywkę do włosów, o której będzie mowa, kupiłam w czasie jakiejś zimowej promocji w Biedronce. Nie kosztowała dużo (coś mi się plącze w głowie, że 4,99zł?), miałam sentyment do marki, i akurat potrzebowałam odżywki - więcej argumentów nie było mi trzeba. Wzięłam opakowanie do łapki, czytam... a tam ekstrakt z jaśminu, olejek arganowy, migdałowy... Poleciała do koszyka :)

Odżywka przeznaczona jest do włosów normalnych i suchych. Zamknięta w ładnej buteleczce z perłowobiałego/beżowego plastiku, opatrzona dwoma etykietami - z czego przednia jest całkiem estetyczna, a do przeczytania tylnej mogą być w niektórych przypadkach potrzebne okulary. Butelka o pojemności 200ml zakończona jest zielonym wciskanym dozownikiem, który daje nam odpowiednią ilość produktu. Producent, jak wiele innych firm, dał się ponieść modzie na zero parabenów czy barwników i takie obietnice też umieścił na opakowaniu.

Opis producenta:
"0% parabenów. 0% barwników. Do włosów normalnych lub suchych.W delikatny sposób nawilża włosy. Bogata, upiększająca formuła z organicznym ekstraktem z jaśminu, drogocennym olejkiem arganowym oraz olejkiem migdałowym, która intensywnie nawilży nawet suche włosy aby uszlachetnić ich piękno. Napełnia włosy żywym blaskiem i nadaje subtelny zapach. Pomaga uzyskać jedwabiste w dotyku i lśniące włosy każdego dnia."

W promocji udało mi się ją kupić za - tak mi się wydaje - 4,99zł, ale widzę że można ją upolować za około 10zł.

Taki ładny dozownik :)

Skład:
Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Dimethicone (silikon zmywalny łagodnym szamponem), Stearamidopropyl Dimethylamine (antystatyk, ułatwia rozczesywanie, naturalna odżywka do włosów, fajnie działa na strukturę włosów i skórę głowy), Jasminum Officinale (Jasmine) Flower Extract (wspomniany ekstrakt z jaśminu), Argania Spinosa Kernel Oil (olej arganowy), Prunus Amygdalus Dulcis Oil (olej ze słodkich migdałów), Cocos Nucifera Oil (olej kokosowy), Behentrimonium Chloride (konserwant, mocno oczyszcza skórę i włosy, ma właściwości antystatyczne, wygładza, ułatwia rozczesywanie), Paraffinum Liquidum (parafina), Amodimethicone (silikon zmywalny łagodnym szamponem), Cetrimonium Chloride (konserwant, nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie), Glycerin (działa osłonowo, łagodzi, nawilża, wygładza), Parfum (kompozycja zapachowa), Sodium Chloride (zwykła sól kuchenna), Dipropylene Glycol (substancja rozpuszczająca pochodzenia chemicznego, dająca się zmieszać z wodą, służy jako substytut gliceryny), Disodium EDTA (stabilizator pochodzenia chemicznego, często zanieczyszczony konserwant), PEG-7 Propylheptyl Ether (według znalezionych informacji bezpieczny i wzmacnia włosy, ale jeśli ktoś wie lepiej - proszę mnie poprawić), PEG-150 Distearate (emulgator, regulator lepkości), Lactic Acid (kwas mlekowy), DMDM Hydantoin (popularny konserwant, w odpowiednich warunkach może uwalniać formaldehyd – substancję rakotwórczą i drażniącą, ale słabo wchłanialną z poziomu skóry. Wrażliwcy, uważajcie. Nie stosować w okresie ciąży i laktacji), Phenoxyethanol (konserwant,  (niby bezpieczniejsza alternatywa dla parabenów), Butylphenyl Methylpropional (składnik kompozycji zapachowej), Linalool (składnik kompozycji zapachowej)
Malutka czcionka... ale za to opis w 4 językach.

To odżywka drogeryjna, więc nie łudźmy się - w nich zawsze jest chemia, najczęściej całkiem dużo chemii. Obietnica producenta jest jednak spełniona - nie ma parabenów i barwników, jest jedynie Phenoxyethanol. Skład idealny nie jest, ale mimo wszystko są dobrocie - i to wysoko w składzie: olej arganowy, ekstrakt z jaśminu, olej ze słodkich migdałów i olej kokosowy. Wszystko, co kochają włosomaniaczki :) Mamy też dwa zmywalne łagodnym detergentem silikony, więc nie musimy bać się nadbudowania. Parafina jest zaznaczona na czerwono, choć tak naprawdę w przypadku włosów może nam ładnie zadziałać - nie trzeba więc jej się bać. Nie bez kozery jest składnikiem wielu indyjskich włosowych kosmetyków... Mimo wszystko, kosmetyki z parafiną lepiej trzymać z daleka od skóry głowy. Mamy też Cetrimonium Chloride i Behentrimonium Chloride, co oznacza, że taką odżywką można spokojnie umyć włosy zamiast szamponu.

Wrażenia z używania:
Po analizie składu zapewne spodziewacie się, że będę narzekać, marudzić i płakać - jednak w przypadku tej odżywki skład (a raczej ilość chemii w nim) jest jedyną rzeczą, nad którą wypada mi szlochać. No, może poza zapachem - ten bowiem jest tak intensywny i duszący, że głowa mała. Gdyby był człowiekiem, byłby mordercą. Intensywnością dorównuje, a nawet przewyższa rosyjską odżywkę do włosów, która ostatnio sięgnęła dna (i o której możecie przeczytać TUTAJ). Na szczęście nie zostaje po spłukaniu, a przynajmniej nie w tak wyraźnej formie - inaczej chyba bym się udusiła.
Moje włosy pokochały tę odżywkę. Są po niej świetnie nawilżone, gładkie, łatwo się rozczesują. Przy odpowiednim postępowaniu potrafi zrobić z nich włosy idealne - zniszczenia gdzieś znikają, widać jedynie rozdwojone końcówki ( i to też słabo). Nie obciążała ich, choć moje włosy trudno obciążyć - nie powodowała również spuszenia. Myślę, że pewnie nieraz jeszcze po nią sięgnę, choć ta chemia w składzie odstrasza.

Aparat zrobił mi psikus... Odżywka w rzeczywistości jest bielutka :)


Moja ocena to mocne 4/5. Byłoby 5/5, gdyby nie zapach i chemia w składzie. Jeśli nie boicie się chemii - warto.

Pozdrawiam :)

czwartek, 13 marca 2014

Rosyjska odżywka do włosów "Piwo i Pszenica"

Odżywka, którą widzicie na zdjęciu, towarzyszy mi od miesiąca. Jest to jeden z produktów, który znalazł się zarówno w zwykłej, jak i limitowanej wersji rosyjskiego pudełka PinkJoy. Zebrała wiele pozytywnych opinii w Blogosferze i czytając kolejne recenzje miałam na nią coraz większą ochotę, dlatego ucieszyłam się kiedy otworzyłam swoje limitowane pudełko (zawartość do końca była tajemnicą) i znalazłam w nim właśnie wielką tubę odżywki. Z tej radości aż odstawiłam świeżo kupioną odżywkę Timotei Precious Oils. Jeśli chcesz wiedzieć jak się sprawdziła propozycja PinkJoy - czytaj dalej. ;)

Opakowanie:
Odżywkę dostajemy w (moim zdaniem) wielkiej tubie o pojemności 200ml i owa tuba to pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po otworzeniu pudełka. Zajmowała praktycznie całe, a reszta kosmetyków była ułożona wokół niej. Osobiście uważam, że w przypadku odżywki do włosów opakowanie w formie tuby nie jest zbyt trafione, buteleczki przemawiają do mnie bardziej. Rozmiar tuby też jest chyba nieco przesadzony - wspomniana Timotei Precious Oils w 200ml buteleczce jest mniejsza od jej piwnej koleżanki. Plastik jest nieprzezroczysty, ale jeśli spojrzy się pod światło widać, ile produktu jest. Tak też zrobiłam po otrzymaniu PinkJoy i jakoś dziwnie się poczułam widząc, że tuba jest wypełniona w 3/4, a może i trochę mniej. Nie mówię że zostałam oszukana - po prostu powstaje takie dziwne wrażenie, któremu mniejsze opakowanie mogłoby spokojnie zaradzić.
Tuba zakończona jest dozownikiem, który - choć wydaje się mały - dobrze spełnia swoje zadanie. Zakrętka dobrze współpracuje z mokrymi rękoma. Szatę graficzną całości oceniam pozytywnie - jest całkiem ciekawa :)


Skład:

Aqua (woda), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Parfum (kompozycja zapachowa), Cetrimonium Chloride (konserwant, nabłyszcza, ułatwia rozczesywanie), Behentrimonium Chloride (konserwant, mocno oczyszcza skórę i włosy, ma właściwości antystatyczne, wygładza, ułatwia rozczesywanie), Ceteareth-20 (PEG, emulgator, nie wolno używać na podrażnioną i uszkodzoną skórę), Panthenol (nawilża, działa przeciwzapalnie, mocno stymuluje odnowę skóry i procesy gojenia, łagodzi podrażnienia), Propylene Glycol (nawilża), Isopropyl Alcohol (działanie odtłuszczające, oczyszczające, ale to środek rozpuszczający pochodzenia chemicznego i jest toksyczny), Glycerin (działa osłonowo, łagodzi, nawilża, wygładza) , Beer (piwo - o jego wpływie na włosy pisałam tutaj <klik>), Triticum Vulgare (Wheat) Germ Oil (ekstrakt z pszenicy - działa łagodząco i wygładzająco), Glycine Soja (Soybean) Oil (olej sojowy), Citric Acid (kwas cytrynowy - zmiękczacz, konserwant, przeciwutleniacz), Lactic Acid (kwas mlekowy - działa przeciwstarzeniowo, antybakteryjnie, nawilża), Methylparaben (konserwant), Ethylparaben (konserwant), Methylchloroisothiaizolinone (konserwant), Methylisothiazolinone (konserwant), Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde (syntetyczna substancja zapachowa, zapach kwiatowy)

Rosyjskie kosmetyki zyskały uznanie w większości za naturalne składy, jednak ten powyżej nie pasuje do tego opisu. Kompozycja zapachowa bardzo wysoko w składzie, zaraz po niej chemia przetykana czasem czymś dobrym. Sporo składników wygładzających, kilka o działaniu antystatycznym. Moim zdaniem - gdyby przymknąć oko na chemię - ta odżywka mogłaby się sprawdzić na włosach nie wymagających superbogatej pielęgnacji. Co ciekawe, odżywka nie zawiera silikonów. Cieszy, że faktycznie zawiera wspomniane piwo i wyciąg z pszenicy. Nie cieszy duża ilość chemii i konserwantów.


Konsystencja i zapach:
Niezbyt gęsta maź (może nawet odrobinę za rzadka), półtransparentna, koloru białego. Łatwo się rozprowadza. Zapach jest bardzo mocny i po użyciu pozostaje we włosach, jednak nie jest to - jak możnaby pomyśleć - zapach typowo piwny, mi bardziej kojarzy się z drożdżami. Moim zdaniem jest przyjemny, choć na dłuższą metę może męczyć. Tyle dobrego że nie pachniemy jak pan Zdzisiu spod monopolowego :)

Wrażenia z użytkowania:
Po pierwszym użyciu byłam nią zachwycona. Włosy były niesamowicie błyszczące, takie "sypkie", gładkie, rozczesywały się bez problemu. Z każdym kolejnym jednak coraz bardziej rzucały mi się w oczy wady tej odżywki. Po pierwsze - końcówki poskarżyły mi się na brak silikonów, a przy moich włosach to mus. Po drugie - włosy już na drugi dzień po umyciu (a myję je co 3-4 dni, bo częściej nie trzeba) zaczynały "marnieć", nie mówiąc o tym, że (mimo zawartości antystatyków) włosy elektryzowały się jak szalone, choć zwykle tego nie robią! Domyślam się, że na moje włosy to po prostu zbyt lekka artyleria i potrzebują bogatszego składu... Kolejną wadą (początkowo braną za zaletę) był pozostający we włosach zapach. On jest fajny, póki nie musicie wyrwać z kopytka za podjeżdżającą na sam koniec peronu SKM-ką. Udało mi się dobiec do rzeczonej SKM-ki, ale zgrzałam się i zaciągnięcie się zapachem odżywki jedynie mnie dobiło - po prostu zaczęło mnie mdlić.

Czy kupię ponownie?
Nie. Raz że słabo dostępna, dwa - moje włosy jej nie lubią. Wykończę bo niewiele mi jej zostało, ale nie przewiduję kontynuowania tej znajomości.
Ocena: 2/5

Wiem, że wiele z Was było zadowolonych z tej odżywki. Jak spisywała się u Was? A może wolicie inną? :)

Pozdrawiam! 


poniedziałek, 18 listopada 2013

Green Pharmacy - Jedwab w płynie: Serum na łamliwe końcówki

Po długiej nieobecności chciałabym opisać dla Was kosmetyk, którego poszukiwałam długo - a na który udało mi się wreszcie natknąć w jednej z drogerii należących do sieci Rossmann. Jest to specyfik zapewne doskonale Wam znanego rodzaju, a nosi on nazwę "jedwab do włosów".

W największym skrócie - takie preparaty to koktajl silikonów i różnych substancji kondycjonujących mający zabezpieczyć nam końcówki przed różnego rodzaju uszkodzeniami. Nazwa "jedwab" nie zawsze jest trafna - bywa bowiem, że taki preparat wcale nie ma nic wspólnego z proteinami jedwabiu, które według nazwy powinien zawierać. ;)
Na rynku dostępnych jest wiele produktów tego typu - chociażby jedwab Chi, Farouk (który odradzam ze względu na alkohol w składzie - przy dłuższym stosowaniu może nabroić), Marion (który bardzo sobie chwaliłam), a także Green Pharmacy - o którym właśnie będzie ta notka.

Zdjęcie wzięte z Internetu
Jak wspominałam - dłuuugo poszukiwałam tego serum. Zainteresowałam się nim po wielu pozytywnych recenzjach w blogosferze, a że akurat potrzebowałam takiego produktu (moje serum Oriflame Hair-X właśnie się skończyło, choć i tak kończyłam je z bólem...), to postanowiłam poszukać. Nie mogłam go niestety znaleźć w sklepach w swojej rodzinnej miejscowości (co mnie dziwi, bo jednak aż tak mała nie jest) - udało mi się go dorwać przy okazji wyjazdu.

Jak wygląda, widzicie na zdjęciu obok. Przepraszam, że wzięte z Internetu, ale po kilku tygodniach noszenia w torebce serum po prostu nie nadaje się do pokazania. Nadruk z etykietki niestety bardzo łatwo się ściera, i etykietka mojego opakowania serum nie jest już nawet czytelna - i to uważam za pierwszy minus produktu. Kolejnym minusem jest moim zdaniem dziwna nakrętka, która co prawda zabezpiecza pompkę przed przypadkowym naciśnięciem, ale nie chroni przed dostawaniem się do niej zanieczyszczeń (schowajcie kiedyś na szybko do torebki ciastko francuskie, nawet w woreczku...). Plusem jest za to przezroczysta buteleczka o pojemności 30 ml. Widać jak na dłoni, ile produktu jeszcze nam pozostało - bez żadnego rozkręcania opakowań, które niestety zdarzało mi się przy jedwabiach konkurencyjnych firm. Cena - około 10zł.

Co obiecuje nam producent?

"Mocno skoncentrowane serum wygładza końcówki włosów. Chroni je przed rozdwajaniem i uszkodzeniami. Daje jedwabisty efekt na całej długości. Przeznaczone do włosów cienkich delikatnych,łamliwych, wrażliwych, zmęczonych zabiegami fryzjerskimi. Lekka formuła nie obciąża, wzmacnia, a naturalne składniki dają lśniący i zdrowy wygląd. Olejek ryżowy i kameliowy wspiera regenerację uszkodzonej struktury,a ekstrakt aloesu i olejek cedrowy daje włosom nawilżenie. "

Sposób użycia: Rozprowadzić 1-2 kropelki serum na końcówki suchych lub zwilżonych włosów. Nie spłukiwać.

 Co piszczy w składzie?

Cyclopentasiloxane (silikon lotny, odparowujący z włosa), Dimeticonol (silikon łatwo zmywalny łagodnym szamponem, np. Babydream), Olea Europea (Olive) Fruit Oil (oliwa z oliwek), Aloe Barbadensis Extraxt (ekstrakt z aloesu), Oryza Sativa (rice) Germ Oil (olej ryżowy), Camellia Sasanqua (Camellia) Seed Oil (olej kameliowy), Pinus Sibirica Nut Oil (olej cedrowy), Parfum, Limonene , Citronellol ,Geraniol, Benzyl Alcohol, Benzyl Benzoate, Farnesol, Amyl Cinnamal.

Jak więc widzicie, skład całkiem przyjemny. Dużo olejków, ekstrakt z aloesu, łagodne silikony, zero parabenów, alkoholu czy SLS. Wrażliwcom radzę jednak uważać m.in. ze względu na Geraniol.
Mimo że skład jest dość przyjazny, tu pojawia się kolejny minus - wbrew nazwie produktu, nie zawiera on protein jedwabiu. Jedwab, który nie zawiera jedwabiu :) Patrząc jednak na to co ma w zamian myślę, że mogę mu to malutkie kłamstwo darować.

Jak spisuje się u mnie?

Dobrze. Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze. Serum jest przezroczyste, dość gęste, o bardzo przyjemnym słodkim zapachu. Bardzo przypadło mi do gustu :) Aplikacja serum jest w zasadzie bezproblemowa - pompka odmierza wystarczającą ilość, należy tylko rozetrzeć w dłoniach i nanieść serum na suche bądź końcówki. Po użyciu tego serum moje włosy są miękkie, wygładzone, i nie wyglądają aż tak strasznie ;) - a odkąd używam go regularnie widzę jakby nieco mniej zniszczeń.  Niezaprzeczalną zaletą tego produktu jest świetny skład za niską cenę, a także brak alkoholu, SLS i innych przykrych niespodzianek.

Czy kupię ponownie?

Zdecydowanie tak. Myślę, że to będzie stały mieszkaniec mojej włosowej kosmetyczki.

A Wy używacie tego serum? Jak sprawdza się u Was? A może znacie inne produkty tego typu które dobrze się spisują?


Pozdrawiam, miau! :)

wtorek, 1 października 2013

Letnio-jesienny haul!

Witajcie w pierwszym dniu października!

(Wam też ciężko uwierzyć, że już jesień? Dopiero był lipiec...)

Jak wiecie, choroba skóry uziemiła mnie pod względem urodowo-pielęgnacyjnym na dobre trzy miesiące. Od czasu do czasu jednak pozwoliłam sobie na małą zachciankę i kupowałam jakąś rzecz, tak ku pokrzepieniu ducha. Śmiałam się z samej siebie że muszę szybko poradzić sobie z grzybicą, inaczej wszystkie te kosmetyki pójdą na marne - miną terminy ważności! :D Ponieważ już wydaję się rzeczywiście z tego wychodzić (dzięki wielkie dla Izu za trzymanie kciuków!), postanowiłam przedstawić Wam co też nowego przez te trzy miesiące się u mnie pojawiło...


 Od lewej:
  1.  Odżywczy balsam do ciała Nivea z olejkiem migdałowym, do skóry suchej - próbka, dostałam jako gratis przy zakupach w Rossmannie.
  2. Farba do włosów Verona Revia, odcień 07 - Rubin. Zainteresowała mnie ta farba, postanowiłam przetestować.
  3. Farba do włosów Joanna Naturia, odcień 243 - Czarny Bez. To do małych modyfikacji fryzurowych, jakie planuję ]:->
  4. Jedwab w płynie - serum na łamliwe końcówki Green Pharmacy. Cieszę się, że w końcu go znalazłam...
  5. Odżywka Wella ProSeries Volume - zakupiona w promocji w Rossmannie, ostatecznie oddana Mamie ponieważ z moimi włosami nie dała sobie rady. W moim przypadku efekt garnka na głowie jest po prostu nieśmiertelny.

  1. Szampon Babydream, Rossmann. Wreszcie go dopadłam! Niestety, nie jestem do końca pewna czy wyszło mi to na dobre...
  2. Maska do włosów i odżywka Alterra Granat i Aloes - trzeba przedstawiać? :)
  3. Szamponetka Delia Cameleo - cieszyłam się, że w końcu udało mi się ją znaleźć, zwłaszcza w tym kolorze (o ile przez "dziką śliwkę" mam rozumieć pokazaną na opakowaniu czerwień). Nie zawiera ona w swoim składzie MEA, co niezmiernie mnie cieszy. 
  4. Odżywka do włosów w sprayu z olejem arganowym i masłem shea Isana - i to jest mój absolutny HIT! Kupiłam w ciemno i zdecydowanie nie żałuję. :)
  5. Olejek Alterra Migdały i Papaja - kupiony do włosów. Ten z brzozą i pomarańczą też dobrze się sprawdził, ale chciałam spróbować czegoś innego. :)
A teraz coś, o co sama nigdy bym się nie podejrzewała - otóż Kot kupił sobie... dwie czerwone szminki.


Co prawda kosztowały one 1,50zł za sztukę (kupione w chińskim supermarkecie, ale obie są produkcji polskiej - Cantare i MB Cosmetics). Powiedzmy sobie szczerze - za taką cenę nie ma prawa być mowy o dobrej jakości, ale spodobały mi się kolory. Nigdy takich nie miałam gdyż preferuję raczej blade barwy, ale za łączną kwotę 3zł chyba można było zaszaleć...zwłaszcza że nadchodziło wesele, na które byłam zaproszona. Inna sprawa, że jak przyszło co do czego, nie mogłam ich użyć.

Tak się prezentują na ustach:
Ciemniejsza czerwień
Jaśniejsza czerwień - i dopiero teraz zorientowałam się, jak krzywo pomalowałam usta! :D Cóż... na co dzień nie maluję ich wcale.




Jasna czerwień w chłodniejszym świetle.

Kupiłam także eyeliner Verona i cień Vollare - w tym samym chińskim supermarkecie i w bardzo podobnych cenach.

W słońcu, by lepiej pokazać kolor cienia.


Mam również słabość do zapachów. Te poniżej - chińskie - kupiłam za 3zł za buteleczkę. Niebieski "Summer" bardzo mi się podoba (choć czuć chińszczyzną), natomiast pomarańczowy... ciężko będzie go zużyć.
Swoją drogą - czy tylko mnie bawią te ich genialne nazwy wyglądające jak losowo wybrane słowa ze słownika języka angielskiego?

  

Innym razem trafiłam na obniżkę cen biżuterii na dworcowym stoisku i za cenę 15zł sprawiłam sobie takie małe srebrne cacko. To taka nagroda za zdany egzamin, o którym pisałam Wam w którymś poście. :)


Mam dwie ulubione apteki w swoim mieście. W jednej z nich regularnie są promocje na suplementy diety. Zajrzałam do niej przy okazji, by wykupić leki na receptę - i wyszłam z trzema dodatkowymi produktami.

  1. Nursea Odporność z rutyną, cynkiem i ekstraktem z malin - data przydatności do 30 września, ale zgodnie z tym co mówiła farmaceutka leki można zużyć najpóźniej w ciągu kolejnych 3 miesięcy po ich terminie ważności. Zapłaciłam za opakowanie aż 1zł.
  2. Bust Forte - suplement diety na... powiększenie biustu. ;) Nie to, bym miała jakieś kompleksy ze względu na swój rozmiar - po prostu ciekawi mnie, czy takie cuda na kiju działają. Sytuacja taka sama jak w przypadku Nursei, z powodu krótkiego terminu ważności przeceniony na 1zł za opakowanie. Wzięłam z czystej ciekawości.
  3. Calcium C Forte - mój sojusznik w walce z osłabieniem, przeziębieniami i oczywiście grzybicą. W zasadzie to chyba jedyne tabletki musujące które po rozpuszczeniu mogę wypić bez krzywienia się. Cena - 3zł.
Jak widzicie, trochę tego się nazbierało. W najbliższym czasie postaram się opisać moje "wrażenia" z używania przynajmniej części powyższych produktów. Na pewno napiszę o jedwabiu Green Pharmacy i odżywce Isany, jak również i Babydream. Ciekawi mnie jak spiszą się farby - farby Joanny co prawda są mi bardzo dobrze znane, ale nigdy wcześniej nie używałam farb z serii Revia. Cóż, jeśli tym razem nie skończę z czarnymi włosami, jak to miało miejsce równo rok temu po tym, jak producent mojej poprzednio ulubionej farby zmienił jej recepturę (odcień Ciemna Czerwień), nie będzie źle...

Na koniec coś do posłuchania. Zdecydowanie różni się to od muzyki której słucham na co dzień, ale... podoba mi się. Mimo że zwykle uciekam od muzyki popularnej najdalej, jak się da. (nie, nie jestem hipsterem... po prostu mam "paskudny" gust muzyczny. ;p )

Zostawiam Was z Laną i uciekam. Pozdrawiam serdecznie! :)



czwartek, 27 czerwca 2013

Co też piszczy w Kota włosowej kosmetyczce...

...i nie, to na pewno nie mysz :)

W dalszym ciągu nie mam okazji, by ktoś w końcu pomógł mi zrobić zdjęcie moich włosów - więc pomyślałam, że póki tego w końcu nie zrobię, napiszę o produktach do pielęgnacji włosów których właśnie używam :)

Moje włosy nie mają tendencji do przetłuszczania się, więc zwykle myję je co 3-4 dni. Jako że pod wpływem promocji (a przed rozpoczęciem włosomaniactwa) nabyłam aż 4 szampony (Joanny nawet całą linię kosmetyków...) zawierające niestety SLeS, muszę je jakoś wykończyć - więc używam ich do metody kubeczkowej, o której pisałam TU. Rozważam zwyczajne wyrzucenie ich do kosza, bo skóra głowy reaguje... no... średnio :(

No więc, zacznijmy od szamponów:

Szampony



Szampon Joanna Argan Oil (obecnie już na wykończeniu), Szampon Alterra Granat i Aloes
Używane zamiennie, ze względu na zawartość alkoholu w Alterrze (którego należy unikać, jeśli nie chce się ryzykować przesuszenia włosów czy skóry głowy). Warto dodać, że Alterra niestety zawiera organiczny odpowiednik SLeS o nazwie SCS, który jest w zasadzie identyczną substancją... tyle, że pozyskiwaną z kokosa. Alkohol i SCS... bez metody kubeczkowej chyba bym się bała.
Raz na dwa tygodnie używam szamponu Gloria Malwa z Czarną Rzepą, której zdjęcia niestety nigdzie nie mogłam znaleźć :( Ostatnimi czasy kupiłam go w Rossmannie za powalającą cenę 1,99zł.


Odżywka do spłukiwania (d/s)



Odżywka Alterra Granat i Aloes
Na chwilę obecną moja jedyna odżywka d/s, bo odżywka d/s Joanny Argan Oil już mi się skończyła. Trzymam zwykle 15-30 min z nałożoną na głowę reklamówką uformowaną w gustowny turban i owiniętą ręcznikiem, w celu zatrzymania ciepła.

Maski:


Maska Joanna Argan Oil i Alterra Granat i Aloes
Maska Joanny przypadła mi do gustu pomimo zawartości parafiny w składzie, trzymana 30min-60min pod wspomnianym reklamówkowo-ręcznikowym turbanie dawała jakieś rezultaty... ale nie pobije Alterry. Na tą drugą jednak należy uważać ze względu na alkohol wysoko w składzie.


Odżywki bez spłukiwania (b/s)


Dobrałam baaaardzo źle te zdjęcia... niestety, ciężko było i już o takie.
Odżywki Joanna Naturia w wersji z miodem i cytryną dla włosów suchych/zniszczonych oraz z makiem i bawełną dla włosów farbowanych. Dużo częściej używam tej pierwszej, bo w obecnej chwili zależy mi na poprawieniu stanu włosów niż na ochronie koloru. Jedyne co mi przeszkadza to BARDZO rzadka konsystencja. Pamiętam, że kupiłam te odżywki, potem poczytałam skład (na temat czego nie miałam jeszcze pojęcia) i... odstawiłam obie, bo przestraszyłam się Cetyl Alcohol i Cetearyl Alcohol - podczas gdy to samo dobro dla włosów :D Cieszę się że zostałam wyprowadzona z błędu, bo odżywki spisują się świetnie.

Odżywka w sprayu b/s

Dwufazowa Odżywka Joanna Argan Oil w sprayu
Moje włosy polubiły się bardzo z tym psikaczem, mimo że stosowałam go trochę niestandardowo ("włoski, chcecie pić? PSIK" ) i bywało, że nawet codziennie. Przy takim stosowaniu rzecz jasna nieco obciążała mi włosy, ale byłam w stanie jej to wybaczyć ;) Zwłaszcza przez zawartość olejku arganowego, który dla włosów suchych i zniszczonych jest baaardzo dobrym rozwiązaniem.
Nie jestem pewna, czy kupię jeszcze raz, ponieważ moje włosy polubiły się również z innym psikaczem na który przepis podam w jednym z następnych postów :)

Serum na końcówki:

Serum na końcówki Joanna Argan Oil. W składzie widzę, że zawiera silikony z wszystkich grup, więc postępuję z nim raczej ostrożnie. Jest już na totalnym wykończeniu, ale trzeba mu przyznać, że spisywało się ładnie. Nie wiem, czy do niego wrócę.

Olej
Olejek Alterra Brzoza i Pomarańcza - w założeniu mający służyć do walki z cellulitem, ja jednak używam go do olejowania włosów raz-dwa razy w tygodniu, i spisuje się świetnie. No, może czasem troszkę puszy mi włosy, ale nie ma tragedii ;) Jest to mój pierwszy olej, później będę szukała innego.




Podsumowując, na pewno nie jest to zestaw super-hiper-mega-genialny dla moich włosów, ale jestem w trakcie jego ulepszania. Mam niesamowity żal do Rossmanna za to, że za każdym razem kiedy go odwiedzam szampon Babydream (szukam niebieskiego) ginie jak kamień w wodę :D ale w końcu uda mi się go znaleźć. Zastanawiam się też, czy nie lepszym wyjściem dla końcówek byłoby zabezpieczanie ich olejem (malutką ilością) zamiast serum... Cóż, przemyślę.

Pozdrawiam!
 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design