Zawsze z zazdrością czytałam posty innych blogerek, które traktowały o samodzielnie robionych kosmetykach. Wydawało mi się to czarną magią, czymś co najmniej na równi z posyłaniem Balroga tam, skąd przyszedł, przez samego Gandalfa. Od jakiegoś czasu ciekawią mnie też kremy BB, ale że ciężko dobrać mi dobrze dopasowany kolor (skóra w żółtym, ale zimnym odcieniu, taka kość słoniowa), pomyślałam "może w końcu zrobię coś sama?" - i BUM, tak powstał Chocapic... to znaczy, pomysł :) Później było już z górki - znalazłam gotowy zestaw do samodzielnego przygotowania kremu BB na stronie e-naturalne.pl (konkretnie ten - klik). Wysyłka nastąpiła bardzo szybko (aż byłam pod wrażeniem), ale i tak zestaw przeleżał w lodówce dobre dwa tygodnie, bo bałam się go ruszyć.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
piątek, 10 kwietnia 2015
czwartek, 11 lipca 2013
DIY: Spray odstraszający komary
Ci mali krwiopijcy są w stanie niesamowicie uprzykrzyć życie... zwłaszcza mi. Nie wiem od czego to dokładnie zależy, ale jeśli szłam na jakieś ognisko czy inne spotkanie z ludźmi w terenie, zawsze wracałam najbardziej pogryziona.
Pojechałam raz jedyny na Woodstock w 2009 roku, rozbiliśmy się w lesie... było fajnie, chłodno, cień - ale mój ówczesny chłopak, widząc co się dzieje, z własnej woli pomaszerował z pola woodstockowego do Kostrzyna w celu zakupu jakiegoś Off'a czy innego środka odstraszającego komary. Piękny gest, ale... po użyciu tego, co zakupił, komary zaczęły gryźć mnie jeszcze bardziej.
Inna sytuacja tego typu to Koronacja Królewska 2012 w Gnieźnie, na której moja drużyna wikińska, z racji posiadania łodzi która woziła turystów po jeziorze, była zmuszona rozbić się nad wspomnianym jeziorem. Spędziłam tam dwa lub trzy dni, i każdego dnia ukąszeń przybywało. Już drugiego dnia na moich rękach i stopach nie było wolnego miejsca na kolejne ugryzienia, a słysząc przez sen bzyczenie komara dostawałam furii. Pamiętam że ktoś z drużyny widząc mój stan podzielił się ze mną zakupioną w aptece witaminą B mającą komary odstraszać, ale niestety - nawet to nic nie pomagało.
W tym roku, choć na szczęście ominą mnie trzy dni pomieszkiwania nad tym jeziorem, nie mam zamiaru dać się wypić komarom jak soczek truskawkowy. Ostatnimi czasy nie wychodzę często z domu, ale nie przeszkadza im to przysparzać mi kolejnych i kolejnych bąbli... przeglądając Zielony Zagonek (klik) znalazłam przepis na całkowicie naturalny spray odstraszający komary.
Potrzebne nam będą:
- po garści melisy, rozmarynu, kocimiętki i mięty
- szklanka wody destylowanej lub octu jabłkowego (przy wykorzystaniu octu spray jest trwalszy, lepiej wpływa na skórę, można go przechowywać poza lodówką, a po zapachu i tak szybko nie ma śladu)
- cytryna (jeśli jednak używasz wody destylowanej).
Z zebranymi składnikami postępujemy w następujący sposób:
- zioła rwiemy na małe kawałki (nie kroimy, w ogóle nie używamy do tego celu metalu)
- wersja z wodą destylowaną - zagotuj wodę, zalej wrzątkiem zioła, zakręć słoik i pozostaw na 30 min. Kiedy przestygnie, dodaj sok z cytryny i odcedź zioła, potem wlej do atomizera i gotowe.
- wersja z octem jabłkowym - pozostaw mieszaninę octu z ziołami na co najmniej tydzień w ciemnym i chłodnym miejscu, od czasu do czasu potrząsając słoikiem i mieszając. Następnie przecedź przez sitko i wlej do atomizera.
W przypadku wersji z wodą destylowaną i cytryną, spray najlepiej trzymać w lodówce. W przypadku wersji z octem, może ona stać minimalnie pół roku w lodówce lub trzy miesiące poza nią.
Aplikujemy na nadgarstki, pachy, koło uszu i pod kolana w odstępie 1-2 godzin.
Zdecydowanie wypróbuję, ale najpierw muszę zaopatrzyć się w składniki. Dam Wam znać, jak poszło. :)
Inna sytuacja tego typu to Koronacja Królewska 2012 w Gnieźnie, na której moja drużyna wikińska, z racji posiadania łodzi która woziła turystów po jeziorze, była zmuszona rozbić się nad wspomnianym jeziorem. Spędziłam tam dwa lub trzy dni, i każdego dnia ukąszeń przybywało. Już drugiego dnia na moich rękach i stopach nie było wolnego miejsca na kolejne ugryzienia, a słysząc przez sen bzyczenie komara dostawałam furii. Pamiętam że ktoś z drużyny widząc mój stan podzielił się ze mną zakupioną w aptece witaminą B mającą komary odstraszać, ale niestety - nawet to nic nie pomagało.
W tym roku, choć na szczęście ominą mnie trzy dni pomieszkiwania nad tym jeziorem, nie mam zamiaru dać się wypić komarom jak soczek truskawkowy. Ostatnimi czasy nie wychodzę często z domu, ale nie przeszkadza im to przysparzać mi kolejnych i kolejnych bąbli... przeglądając Zielony Zagonek (klik) znalazłam przepis na całkowicie naturalny spray odstraszający komary.
Potrzebne nam będą:
- po garści melisy, rozmarynu, kocimiętki i mięty
- szklanka wody destylowanej lub octu jabłkowego (przy wykorzystaniu octu spray jest trwalszy, lepiej wpływa na skórę, można go przechowywać poza lodówką, a po zapachu i tak szybko nie ma śladu)
- cytryna (jeśli jednak używasz wody destylowanej).
Z zebranymi składnikami postępujemy w następujący sposób:
- zioła rwiemy na małe kawałki (nie kroimy, w ogóle nie używamy do tego celu metalu)
- wersja z wodą destylowaną - zagotuj wodę, zalej wrzątkiem zioła, zakręć słoik i pozostaw na 30 min. Kiedy przestygnie, dodaj sok z cytryny i odcedź zioła, potem wlej do atomizera i gotowe.
- wersja z octem jabłkowym - pozostaw mieszaninę octu z ziołami na co najmniej tydzień w ciemnym i chłodnym miejscu, od czasu do czasu potrząsając słoikiem i mieszając. Następnie przecedź przez sitko i wlej do atomizera.
W przypadku wersji z wodą destylowaną i cytryną, spray najlepiej trzymać w lodówce. W przypadku wersji z octem, może ona stać minimalnie pół roku w lodówce lub trzy miesiące poza nią.
Aplikujemy na nadgarstki, pachy, koło uszu i pod kolana w odstępie 1-2 godzin.
Zdecydowanie wypróbuję, ale najpierw muszę zaopatrzyć się w składniki. Dam Wam znać, jak poszło. :)
Pozdrawiam!
Etykiety:
DIY,
kocimiętka,
komary,
melisa,
mięta,
niewłosowo,
ocet,
odstraszający,
rozmaryn,
spray
niedziela, 30 czerwca 2013
DIY: Laminowanie włosów!
Od jakiegoś czasu głośno jest wśród włosomaniaczek o tzw. laminowaniu włosów żelatyną.
Jest to domowa wersja zabiegu fryzjerskiego, z użyciem żelatyny wieprzowej. Zabieg jest na pewno łatwy do wykonania, a czy przyjemny - to zależy, czy traficie na żelatynę śmierdzącą, czy nie ;)
Celem zabiegu jest wypełnienie ubytków w strukturze włosa naturalną keratyną. zamknięcie łuski na całej długości włosa oraz likwidacja rozdwajających się końcówek (znaczy się, sklejenie? Bo nic poza nożyczkami przecież nie zlikwiduje rozdwojonych końcówek...). Dzięki temu włosy będą wygładzone, błyszczące, miekkie, nie będą się puszyć, będą też grubsze, cięższe, "mięsiste", a końcówki będą łatwiejsze do rozczesania i będą mniej się plątać.
Potrzebujemy:
- żelatyny spożywczej
- miseczki
- ciepłej wody
- odżywki (z dodatkiem olejów w składzie) lub oleju (używanego do olejowania włosów)
- folii (reklamówka się nada)
- ręcznika
- opcjonalnie suszarki (ten zabieg lubi ciepło)
A zabrać się za to należy tak:
A zabrać się za to należy tak:
Włosy owijamy szczelnie folią (można wykorzystać, jak wspominałam, zwykłą reklamówkę) a następnie ręcznikiem i pozostawiamy na co najmniej 45 minut. Jeśli masz suszarkę, możesz wysuszyć żelatynę na włosach ciepłym nawiewem - zwiększy to efektywność zabiegu. Dokładnie spłukujemy najlepiej letnią wodą, bo potem może być ciężko pozbyć się glutków z włosów. ;)
O czym należy pamiętać przy laminowaniu włosów?
- Laminujemy nie częściej, niż co 2tyg/3-4 mycia, by uniknąć przeproteinowania włosów.
- Efekt jest natychmiastowy i doraźny, ale to nie oznacza że już masz zdrowe włosy. Trzeba pamiętać o kuracji nawilżającej i odżywczej, inaczej włosy mogą być w gorszym stanie niż przed zabiegiem!
- Jeśli nie widzisz efektów laminowania, zmodyfikuj nieco metodę laminowania lub dodaj inną odżywkę (co też uczynię).
Przetestowałam. Efekty?
W moim przypadku - średnie, ale nie wiem czy nie miał na to wpływu dodany do mieszanki miód. Wbrew temu, co było mówione, włosy lekko się napuszyły na końcach, ale były bardziej sypkie i jakieś... ładniejsze. Likwidację rozdwojonych końcówek można włożyć między bajki, ale poprawa stanu włosów jest na pewno. Szkoda tylko, że doraźna...
Na pewno nie jest to jednak mój ostatni raz z laminowaniem. Po prostu coś musiałam zrobić źle. :)
Na pewno nie jest to jednak mój ostatni raz z laminowaniem. Po prostu coś musiałam zrobić źle. :)
Pozdrawiam!
Etykiety:
DIY,
laminowanie włosów,
włosy,
żelatyna
sobota, 29 czerwca 2013
DIY: Perfumy w kremie
Niewłosowy post. Raz na jakiś czas można, a co! :)
Od kilku tygodni (i od czasu, kiedy nauczyłam się jako-tako czytać składy) interesuję się kosmetykami naturalnymi, głównie DIY. Staram się nie popadać przy tym w skrajności typu "To ma konserwanty/parabeny/w ogóle jest chemiczne, nie będę tego używać, nie i koniec, wywalam wszystko z zawartością tej substancji!", bo biorąc pod uwagę skład spożywanego przeze mnie jedzenia... czułabym po prostu hipokrytką. Nie należę do najbogatszej warstwy społeczeństwa (choć nie mam z tego powodu kompleksów), zakupy robię przeważnie w Biedronce która jest najbliżej mojego miejsca zamieszkania (kilka km od miasta właściwego) - i do tego nie dysponuję samochodem. Sięgając po pierwszy lepszy produkt spożywczy widzę w składzie sporo E-cośtam... Nie twierdzę, że żywność z tego sklepu jest niesmaczna, o nie! - ich pasta tuńczykowa do kanapek nie ma sobie równych! - ale powiedzmy sobie szczerze, chemia jest WSZĘDZIE. W jedzeniu z Biedronki, Lidla, Tesco, Auchan, Carrefoura czy co tam jeszcze znajdziecie koło Waszych domów. A kto ma w dzisiejszych czasach tyle silnej woli, samozaparcia, ale i przede wszystkim czasu i pieniędzy by wytwarzać żywność samodzielnie? Nie mówiąc już o tablicy Mendelejewa, którą znajdziecie w powietrzu... Tak więc marzenie o 100% naturalności uważam za niestety niemożliwe do spełnienia. :( Ale... czy to znaczy, że nie mogę przynajmniej ograniczyć chemii, jaką przyjmuję? Jasne, że mogę.
Wracając do tematu - przeglądając blogi trafiłam na blog Arsenic, która akurat prezentowała przepis na perfumy w kremie. Przepis jest bardzo prosty i nawet dla żółtodziobów (którym niewątpliwie jestem) będzie realny do wykonania.
Potrzebujemy:
- wazeliny (najzwyklejszej, cena w aptece ok 2zł)
- olejków eterycznych
- pojemniczka na zrobione perfumy
- garnuszka
- wody
- naczynia (szklanego lub plastikowego, u mnie plastikowe się sprawdziło)
Wodę wlewamy do garnuszka i stawiamy na gazie. Do naczynia wkładamy potrzebną ilość wazeliny. Gdy woda się już podgrzeje, wstawiamy naczynie do garnuszka (tzw kąpiel wodna). Po tym, jak wazelina się ogrzeje i roztopi, dodajemy kilka kropel wybranego olejku eterycznego, mieszamy i przelewamy do pojemniczka, w którym chcemy je przechowywać. Odstawiamy do stężenia.
Jeśli perfumy będą miały Waszym zdaniem zbyt rzadką konsystencję, można dodać trochę wosku pszczelego, jeśli zaś zbyt zbitą - odrobinę (naprawdę odrobinę) oleju.
Moje są o zapachu różanym, i już je kocham.
Pozdrawiam!
Od kilku tygodni (i od czasu, kiedy nauczyłam się jako-tako czytać składy) interesuję się kosmetykami naturalnymi, głównie DIY. Staram się nie popadać przy tym w skrajności typu "To ma konserwanty/parabeny/w ogóle jest chemiczne, nie będę tego używać, nie i koniec, wywalam wszystko z zawartością tej substancji!", bo biorąc pod uwagę skład spożywanego przeze mnie jedzenia... czułabym po prostu hipokrytką. Nie należę do najbogatszej warstwy społeczeństwa (choć nie mam z tego powodu kompleksów), zakupy robię przeważnie w Biedronce która jest najbliżej mojego miejsca zamieszkania (kilka km od miasta właściwego) - i do tego nie dysponuję samochodem. Sięgając po pierwszy lepszy produkt spożywczy widzę w składzie sporo E-cośtam... Nie twierdzę, że żywność z tego sklepu jest niesmaczna, o nie! - ich pasta tuńczykowa do kanapek nie ma sobie równych! - ale powiedzmy sobie szczerze, chemia jest WSZĘDZIE. W jedzeniu z Biedronki, Lidla, Tesco, Auchan, Carrefoura czy co tam jeszcze znajdziecie koło Waszych domów. A kto ma w dzisiejszych czasach tyle silnej woli, samozaparcia, ale i przede wszystkim czasu i pieniędzy by wytwarzać żywność samodzielnie? Nie mówiąc już o tablicy Mendelejewa, którą znajdziecie w powietrzu... Tak więc marzenie o 100% naturalności uważam za niestety niemożliwe do spełnienia. :( Ale... czy to znaczy, że nie mogę przynajmniej ograniczyć chemii, jaką przyjmuję? Jasne, że mogę.
Wracając do tematu - przeglądając blogi trafiłam na blog Arsenic, która akurat prezentowała przepis na perfumy w kremie. Przepis jest bardzo prosty i nawet dla żółtodziobów (którym niewątpliwie jestem) będzie realny do wykonania.
Potrzebujemy:
- wazeliny (najzwyklejszej, cena w aptece ok 2zł)
- olejków eterycznych
- pojemniczka na zrobione perfumy
- garnuszka
- wody
- naczynia (szklanego lub plastikowego, u mnie plastikowe się sprawdziło)
Wodę wlewamy do garnuszka i stawiamy na gazie. Do naczynia wkładamy potrzebną ilość wazeliny. Gdy woda się już podgrzeje, wstawiamy naczynie do garnuszka (tzw kąpiel wodna). Po tym, jak wazelina się ogrzeje i roztopi, dodajemy kilka kropel wybranego olejku eterycznego, mieszamy i przelewamy do pojemniczka, w którym chcemy je przechowywać. Odstawiamy do stężenia.
Jeśli perfumy będą miały Waszym zdaniem zbyt rzadką konsystencję, można dodać trochę wosku pszczelego, jeśli zaś zbyt zbitą - odrobinę (naprawdę odrobinę) oleju.
Moje są o zapachu różanym, i już je kocham.
Pozdrawiam!
Etykiety:
DIY,
niewłosowo,
perfumy w kremie
piątek, 28 czerwca 2013
DIY: Płukanka cynamonowa (spisująca się również jako psikacz)
Od dziecka uwielbiałam cynamon, i to we wszystkim - w dżemie jabłkowym, w kompocie, pierniczkach, i czym tylko się dało... To dla mnie bezcenna przyprawa, mimo że w zasadzie nie wolno jej stosować w dużych ilościach. Ale właśnie... przyprawa. A jak ona może pomóc moim włosom?
Przekopując się przez starsze posty na blogu Anwen trafiłam na post dotyczący wykorzystania cynamonu jako składnika domowej płukanki do włosów... i ten pomysł mnie oczarował. Cynamonowy zapach we włosach! Ocieplenie koloru włosów! Objętość! Obietnica błysku, zdyscyplinowania, i lepszego układania się fryzury! Chyba w życiu nie zerwałam się sprzed komputera szybciej, niż wtedy :D
Dzierżąc słoiczek z cynamonem w ręku (przechowuję przyprawy w słoiczkach), zagotowałam wodę i postąpiłam według przepisu Anwen, a jest on następujący: należy wsypać czubatą łyżeczkę cynamonu do dużego kubka (objętość około 400ml, a takich mam pod dostatkiem), zalać gorącą wodą, wystudzić i kilkukrotnie przecedzić, a następnie użyć uzyskanego płynu do ostatniego płukania włosów. Z racji możliwego ocieplenia koloru włosów płukanka ta nie jest polecana blondynkom ani osobom, którym zależy na utrzymaniu chłodnego odcienia włosów - jednak czytałam posty blondynek, którym nic takiego ta płukanka nie uczyniła.
Niestety, moje marzenia o zapachu cynamonu we włosach rozwiały się bardzo szybko - czuć go było jedynie póki włosy nie wyschły. Dodatkowo byłam nieco przestraszona, bo włosy były... dziwne. Sztywne, "tępe", zupełnie jakby niespecjalnie były zadowolone tym, co z nimi robię... ale kiedy wyschły, byłam zachwycona. Rzeczywiście, włosy były BARDZO błyszczące, lepiej się układały, sprawiały wrażenie nawilżonych (acz za to nie ręczę), objętość również się zwiększyła. Nie zaobserwowałam natomiast efektu ocieplenia koloru włosów (choć na moich porzeczkowoczerwonych włosach chyba już trudno uzyskać taki efekt ;) ).
A może psikacz?
Przy następnym myciu nie miałam czasu na zrobienie tej płukanki, więc postanowiłam wypróbować inny sposób. Zwolnił mi się akurat atomizer, więc postanowiłam sprawdzić czy owa mikstura sprawdzi się też w roli psikacza. Pomniejszyłam proporcje (1/4 łyżki cynamonu zalana 100ml wody), przygotowałam w dokładnie taki sam sposób, ale zamiast polać włosy po myciu przelałam płyn do atomizera i spryskałam nim włosy. Efekt był równie dobry, jak w przypadku płukanki cynamonowej - chociaż moje włosy wyglądały na bardziej zadowolone po użyciu atomizera niż płukanki. Szczerze nie mam pojęcia od czego to zależy. Oczywiście w zależności od porowatości włosów efekty mogą być różne, niektóre włosy to polubią, niektóre nie... ale myślę, że warto spróbować. Jedynym minusem tej metody jest fakt, że pomimo kilkukrotnej filtracji płyn może zapchać atomizer... :(
Spróbujecie? :)
Pozdrawiam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


