Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 września 2016

Nie wszystko złoto... Natura Estonica, linia Hydrating Boost

Hej!

Dzisiejszy post miał ukazać się o wiele wcześniej, a przepraszanie za odstępy w pisaniu powoli staje się tradycją, ale muszę się Wam przyznać, że ostatnio cały świat techniki sprzysiągł się przeciwko mnie. Najpierw padła mi karta SD, na której miałam zrobione na bloga zdjęcia - dlatego też nie kontynuowałam wyzwania kosmetycznego. Później szwankować zaczęła moja komórka, ale na szczęście doszłam z nią do ładu, a teraz - tuż po moim powrocie do Polski (wyjazd do Anglii przedłużył się z dwóch do pięciu tygodni) mój laptop również postanowił zrobić mi pod górę i się zepsuć. Tego posta piszę na laptopie awaryjnym z mooocno rozwaloną obudową (jest z drugiej ręki) i tylko prawą ręką, bo lewą... trzymam monitor, by nie opadł. Najważniejsze jednak, że - mimo grzania się - działa. Jedynie myśl o wiszącej nade mną stracie materiałów na studia (również tyczących się licencjatu) napawa mnie przerażeniem :(

Ponadto ogłoszenie parafialne - jeśli komentujecie, zostawiajcie mi linki do siebie! Po ostatnich zmianach Bloggera ciężko mi potem znaleźć Wasze blogi...

No, ale dość biadolenia - dziś pomiauczę trochę o tej czwórce - czwórce, z którą wiązałam pewne nadzieje, ale cóż... Tak bywa.



sobota, 13 czerwca 2015

Dermokonsultacje Sylveco i co z nich wynikło

Dziś nieco nietypowo, bo nie będzie ani opisu kosmetyku, ani mojego narzekania na polskie koleje, ani nawet nie będę po raz kolejny podejmować wyzwań w stylu "do sierpnia zrzucę x kg, od dziś zaczynam ćwiczyć'. Dziś przeczytacie o tym, jak to się stało, że z dnia na dzień zmieniłam swoją pielęgnację twarzy.



Marka Sylveco zapewne nie jest Wam obca i nieraz obiła się o uszy (czy też oczy) - jej temat niejednokrotnie był poruszany w blogosferze i przeważnie koleżanki-blogerki wypowiadają się o niej w pozytywnym tonie, wiele z nich zachwyca się tymi kosmetykami ze względu na naturalny skład i działanie. Osobiście (mimo chęci) nie miałam z nimi styczności innej, niż właśnie opisy na blogach aż do dnia 7 maja.

niedziela, 31 maja 2015

Nowości majowe

No tak, maj już praktycznie się kończy, a ja dopiero teraz pokazuję Wam kolejną porcję nowości :) To będzie taki typowo lekki, niedzielny post. No i jak wiadomo - im bliżej sesji, tym student dalej ucieka od nauki...

1. Przesyłka od Vipery
Vipera postanowiła mnie zaskoczyć i obdarować mnie "skromnym" upominkiem. Ładny mi "skromny"... Kiedy otworzyłam paczkę, opadła mi szczęka. Tyle dobroci, tyle wspaniałości! Musiałam wyglądać jak kot, który właśnie dostał tuńczyka :D Wiecie, oczy jak pięć złotych i ogon jak szczotka do butelek z tej radości :D
Vipera Cosmetics - jeszcze raz dziękuję! :)
Na zdjęciu widzicie krem BB, brązowy tusz do rzęs, dwa lakiery do paznokci (miętkę, którą pokazywałam już na Instagramie i moje już-ukochane bordo), a także hamstera i czerwony woreczek do niego, który mnie zauroczył :) Czerwony... No tak, w końcu nazwa mojego bloga jest, jaka jest :)


piątek, 10 kwietnia 2015

Krem BB DIY z e-naturalne.pl

Zawsze z zazdrością czytałam posty innych blogerek, które traktowały o samodzielnie robionych kosmetykach. Wydawało mi się to czarną magią, czymś co najmniej na równi z posyłaniem Balroga tam, skąd przyszedł, przez samego Gandalfa. Od jakiegoś czasu ciekawią mnie też kremy BB, ale że ciężko dobrać mi dobrze dopasowany kolor (skóra w żółtym, ale zimnym odcieniu, taka kość słoniowa), pomyślałam "może w końcu zrobię coś sama?" - i BUM, tak powstał Chocapic... to znaczy, pomysł :) Później było już z górki - znalazłam gotowy zestaw do samodzielnego przygotowania kremu BB na stronie e-naturalne.pl (konkretnie ten - klik). Wysyłka nastąpiła bardzo szybko (aż byłam pod wrażeniem), ale i tak zestaw przeleżał w lodówce dobre dwa tygodnie, bo bałam się go ruszyć.

sobota, 14 marca 2015

Mizeria po kociemu... krem do twarzy na dzień Alterra z winogronem i białą herbatą

Pewnego dnia podczas wizyty w Rossmannie trafiłam na coś, o czego istnieniu nie miałam pojęcia. Weszłam tam po słynną pastę oczyszczającą Ziaji, a na półce obok stał... krem na dzień Alterry. Co w tym takiego dziwnego? Ano to, że do tej pory na hasło "krem Alterry" kojarzyła mi się jakaś różowa tubka, która zbierała niespecjalnie dobre recenzje w blogosferze. Krem był akurat w promocji i zapłaciłam za niego jakieś 8,99zł, podczas gdy jego normalna cena to ponoć 13zł.
Prawdę mówiąc, ledwo go zauważyłam. Biały kartonik z całkiem ładną grafiką mimo wszystko nie wyróżniał się za bardzo na sklepowej półce i pewnie gdyby nie ta wielka cena z napisem "PROMOCJA", umknąłby on mojej uwadze. Ale jakoś tak wzięłam do ręki, zaczęłam oglądać... i bum, po krótkiej lekturze składu poleciał do koszyka.

sobota, 7 czerwca 2014

Kalina, Krem-korektor do twarzy Czysta Linia z wyciągiem z rokitnika i porzeczki

Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek była bardzo wybredna względem kremu do twarzy. Nie zaglądałam w składy (zresztą i tak były dla mnie ciągiem niezrozumiałych literek), irytujący był też fakt bycia wysypaną po niemal każdej próbie używania kremu przez dłuższy czas. Nie wiedziałam wtedy, że parafina może być tego powodem. Ślepo wierzyłam producentom, co potem kończyło się często odstawieniem kremu na półkę i to było ostatnie miejsce, w którym go widziano. Zmieniło się to, odkąd jestem stałym gościem w Blogosferze. Nauczyłam się kilku rzeczy - przede wszystkim zwracać uwagę na skład. Dzięki temu od dłuższego czasu niespodziewajki odwiedzają mnie rzadziej niż bywało to wcześniej, a i znajomy jest mi wdzięczny za zasugerowanie mu zmiany szamponu na taki bez Cocamidopropyl Betaine w składzie po tym, jak opisał objawy podobne do alergii na powyższe. 

Kiedy ten krem trafił w moje ręce jako część zawartości pudełeczka PinkJoy ,od razu zajrzałam do składu i ucieszyłam się nie widząc w nim parafiny. Miałam wtedy inny otwarty krem do zużycia, a nie lubię mieć otwartych zbyt wielu kosmetyków pielęgnacyjnych naraz (terminy ważności...), krem musiał poczekać na swoją kolej. Jak widzicie, w końcu się doczekał :)

Opis na kartce dołączonej do PinkJoy był następujący:
"Krem do twarzy przygotowany na bazie kompozycji ziołowej z dodatkiem wyciągu z porzeczki i rokitnika. Określany przez producenta mianem "korektora twarzy" ze względu na właściwości ukierunkowane na przywrócenie skórze młodego i promiennego wyglądu. Formuła kremu ma zapewnić skórze gładkość i blask, uelastycznić, zmniejszać widoczność zmarszczek oraz zapobiegać powstawaniu nowych. Polecany szczególnie dla skóry dojrzałej jako krem do codziennego stosowania w celu poprawy ogólnej kondycji skóry. Idealnie nadaje się również dla młodej skóry jako krem przeciwzmarszczkowy."

Kosmetyk mieszka sobie w ładnej, miękkiej zielonej tubce z szeroką nakrętką, na której można go spokojnie postawić. Nie napotkałam na żadne problemy z wydobyciem kosmetyku, tubka jest wyprodukowana z miękkiego plastiku i każdy da jej radę (mi udało się nawet ją lekko zmasakrować). Widywałam co prawda bardziej eleganckie opakowania, ale to też nie prezentuje się najgorzej postawione w łazience ;) Po otworzeniu tubki krem należy zużyć w przeciągu sześciu miesięcy.


Sam krem nie wyróżnia się szczególnie na pierwszy rzut oka. Krem jak krem - nie jest tak gęsty byśmy mieli problem z aplikacją, ale nie jest też rzadką emulsją spływającą po dłoniach w trakcie aplikacji. To, co go wyróżnia, to zapach. Krem pachnie absolutnie cudownie, bardzo ziołowo. Zdaję sobie sprawę że nie wszystkie z Was lubią takie zapachy, ale akurat ja wolę taki zapach niż słodko-mdłe pudrowe nuty zapachowe. :)

Skład:
Aqua (woda), Zea Mays (Corn) Oil (olej z kukurydzy), Glyceryl Stearate (zmiękczacz, nieszkodliwy ale wrażliwców może podrażniać), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Isopropyl Myristate (substancja otrzymywana z kwasów tłuszczowych. Nawilża, chroni, natłuszcza, wygładza. W dużych stężeniach podrażnia skórę i błony śluzowe wywołując swędzenie), Ethylhexyl Stearate (filmotwórczy emolient, zmiękcza), Cyclopentasiloxane (silikon lotny, wygładza), Butyrospermum Parkii (masło shea), Dimethicone (silikon, wygładza), Potassium Cetyl Phosphate (emulgator pochodzenia roślinnego), Sorbitol (nawilżacz, wiąże wodę na powierzchni naskórka), Hiphophae Rhamnoides Fruit Juice (wyciąg z owoców rokitnika), Hipophae Rhamnoides Oil (olej rokitnikowy), Ribes Nigrum Leaf Extract (ekstrakt z liści czarnej porzeczki), Urtica Diotica Leaf Powder (sproszkowane liście pokrzywy zwyczajnej), Chamomilla Recutita Flower (kwiat rumianku), Achillea Millefolium Extract (wyciąg z krwawnika pospolitego), Hypericum Perforatum Flower/Leaf/Stem Extract (wyciąg z dziurawca zwyczajnego), Creatine (dodaje energii, przyspiesza syntezę keratyny i kolagenu), Allantoin (goi, koi, likwiduje podrażnienia), Niacinamide (witamina B3), Acrylates /C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (niestety, nie mam pojęcia...), Triethanoloamine (chemiczny regulator PH, lubi uczulać, podrażniać, stosowany przez dłuższy czas może być toksyczny), Peg-40 Hydrogenated Castor Oil (chemicznie zmieniony olej rycynowy, bez korzyści dla skóry), Cera Alba (wosk pszczeli), Disodium EDTA (stabilizator pochodzenia chemicznego, często zanieczyszczony konserwant), Alcohol (tu jako naturalny konserwant, może wysuszać), Phenoxyetanol (niby bezpieczniejsza alternatywa dla parabenów), Methylparaben (konserwant), Propylparaben (konserwant), Ethylparaben (konserwant), Parfum (kompozycja zapachowa).

Nie jest idealnie, zdecydowanie nie jest. Nie jestem przekonana do stosowania silikonów w takich kosmetykach jak krem do twarzy. Tutaj zastosowano je jako wygładzacze skóry i teoretycznie pozbywamy się ich w trakcie mycia twarzy, ale kurczę - po co? Do tego Triethanoloamine, który,  jeśli dobrze pamiętam (a jeśli nie, to mnie poprawcie) ułatwia transport substancji w głąb skóry poprzez zwiększanie jej przepuszczalności (ale wszystkich - nie tylko tych dobrych). Zmieniony chemicznie olej rycynowy który i tak nie daje nam żadnej korzyści, Disodium EDTA które jest akurat groźniejsze w razie spożycia niż stosowania na skórę, ale i tak lepiej unikać. Alkohol, podejrzewam, jako naturalny konserwant - okej, ale po co za nim stadko innych konserwantów, w tym parabenów? Jakoś nie mam zaufania do mieszanin takich substancji.
Żeby nie było, że marudzę - czerwonych substancji jest dziewięć, żółtych cztery, a krem ogółem liczy sobie coś ponad trzydzieści składników. Nie ma co narzekać, bo dobrocie są, jest ich dużo i wysoko w składzie. Sądząc po tym, że kompozycja zapachowa znajduje się na końcu składu, to pewnie im zawdzięczamy ten świetny zapach.

Jak sprawdził się w polu?
Dość dobrze, ale nie obędzie się bez zastrzeżeń. Przede wszystkim - krem mnie nie zapchał, i już tutaj ma pierwszy plus. Drugim jest zapach i szybka wchłanialność - nie musiałam długo czekać z nałożeniem makijażu. Nie ocenię działania przeciwzmarszczkowego bo zwyczajnie nie mam na czym tego testować (i obym jeszcze dłuższą chwilę nie miała :D), ale z wygładzaniem skóry mimo zawartości silikonów było trochę słabo. Po aplikacji kremu mogłam wręcz wyczuć je na skórze - trochę dziwne uczucie, a i tak skóra nie wyglądała na wygładzoną. Pomimo tego że krem nieźle nawilżał, nie do końca było to nawilżanie wystarczające dla zaspokojenia potrzeb mojej skóry i często czułam, że moja cera "nie napiła się" wystarczająco. W trakcie stosowania pojawił się też problem z suchymi skórkami na nosie - zrozumiałabym coś takiego w zimę, ale wiosną?

Moim zdaniem krem-korektor to zbyt szumne określenie, choć kto wie - może u kobiet borykających się z problemem zmarszczek czyni cuda. U mnie widocznych cudów nie było, ale sięgnęłabym po ten krem ponownie z racji wielu roślinnych dobroci. Krem miał być ziołowy i zdecydowanie jest ziołowy - z chemiczną domieszką, ale wciąż.

Oceniam na 3+/5 :)

Jak spędzacie weekend? U mnie niestety nauki do egzaminów ciąg dalszy... :(
Pozdrawiam!

czwartek, 8 maja 2014

Zakochany Kot, czyli nawilżający krem odprężający Tołpa Dermo Face Hydrativ

Jak zapewne niektóre z Was pamiętają, jakiś czas temu cera Kota wypowiedziała wojnę parafinie i bardzo dobitnie okazywała swe niezadowolenie, zmieniając swoją nieświadomą faktu właścicielkę w ludzką wersję czerwonego muchomora - z tym wyjątkiem, że tu były czerwone kropki na jasnym tle, nie odwrotnie. Kiedy wreszcie dotarło do mnie o co może chodzić, uśmiechnęło się do mnie szczęście - wygrałam w zimowym rozdaniu Jaskółki krem, i to nie byle jaki! Nawilżający krem odprężający Dermo Face Hydrativ ciekawił mnie okrutnie, zwłaszcza że firmę Tołpa znałam jedynie z Waszych blogowych postów. Ale chwila, moment... czy ja w ogóle pochwaliłam się Wam wygraną? Jeśli nie, to przepraszam najmocniej za tę zbrodnię! Dostałam wtedy mnóstwo wspaniałości - aż mruczałam! Wspomniany krem, farbę do włosów (którą zdążyłam już zużyć) i maaasę próbek :) Dzięki, Jaskółko! Wiem że późno, ale podobno lepiej późno niż później :)

Wracając do tematu postu - przypadło mi do gustu opakowanie kremu. Ładna, aluminiowa, nadająca się do recyklingu tubka mieszcząca 40ml kremu jest plusem również dlatego, że nie zasysa powietrza i bakterii, dzięki czemu krem jest dłużej wolny od wątpliwych atrakcji za nimi idących - choć przyznam bez bicia że raz czy dwa udało mi się zassać trochę powietrza do środka tubki. Duża nakrętka umożliwia też bezproblemowe postawienie kremu w pozycji pionowej. Jest jeden minus - jak nam się tubka zabrudzi, ciężko ją doczyścić, dlatego przepraszam za stan tubki na zdjęciach. Ile bym nad nią nie siedziała, ona i tak uparcie nie chciała dać się całkowicie doczyścić :(
Krem dostałam już bez kartonowego pudełka, więc ciężko ocenić mi w pełni szatę graficzną produktu, ale podoba mi się kilka rzeczy w projekcie graficznym tubki. Etykieta jest przejrzysta, znajdziemy na niej wszystkie potrzebne informacje dotyczące kremu. Z tyłu znalazło się też miejsce na krótki opis i sposób użycia :)

Opis producenta: 
"Nasz dermokosmetyk uzupełnia poziom nawilżenia skóry i działa odprężająco. Intensywnie nawilża, odżywia i uelastycznia. Łagodzi podrażnienia i przywraca komfort. Relaksuje skórę i eliminuje oznaki stresu. Wspomaga regenerację mikrouszkodzeń i odbudowę bariery ochronnej. Zabezpiecza przed negatywnym wpływem środowiska i wolnych rodników."

A w składzie czają się...
Aqua (woda), C12-C15 Alkyl Benzoate (emolient, mieszanina składników syntetycznych uzykiwanych m.in. z ropy naftowej, stosowany zamiast naturalnych lipidów), Octocrylene (filtr chemiczny, jedyny używany w kosmetykach naturalnych), Glycerin (działa osłonowo, łagodzi, nawilża, wygładza), Polysilicone-15 (Filtr UV, chroniący skórę przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego, dozwolony do 10%), Biosaccharide Gum – 1( fucogel - pochodzenia roślinnego, mieszanina naturalnych węglowodanów, otrzymywany jest z kukurydzy i soi, substancja o długotrwałym i głębokim nawilżaniu, przez co skóra nie wysusza się i jest gładka, wpływa wyraźnie rewitalizująco i stymulująco na skórę, osłabia reakcje alergiczne i koi podrażnienia), Butyl Methoxydibenzoylmethane (jeden z najczęściej stosowanych filtrów UV, niestety niefotostabilny - stabilizuje go towarzystwo Octocrylene), Ethylhexyl Palmitate (stabilny emolient tłusty, nawilża, zmiękcza i wygładza skórę, tworzy warstwę okluzyjną), Propanediol (naturalny konserwant, nawilżacz, emulgator, poprawia konsystencję), Peat Extract (wyciąg z torfu, pochodzi ze skał osadowych bogatych w kwasy huminowe, minerały, celulozę; znany też jako borowina), Hydroxyethyl Urea (nawilżacz, zmiękcza, utrzymuje wilgotność), Aluminum Starch Octenylsuccinate (pochodzenia mineralnego, regulator lepkości, nierozpuszczalne w wodzie, pozostawia na skórze film), Cetearyl Alcohol (natłuszczacz), Saccharide Isomerate (zmiękczacz, emolient, długotrwale nawilża), Caprylyl Glycol (zmiękcza, wygładza, tworzy warstwę okluzyjną), Stearic Acid (stabilizator emulsji, ułatwia docieranie substancji aktywnych w głębsze warstwy skóry), Parfum (kompozycja zapachowa), Cetyl Alcohol (emolient, stabilizator emulsji, zmiękcza, wygładza), Triticum Vulgare (Wheat) Germ Extract (wyciąg z kiełków pszenicy), Saccharomyces Cerevisiae Extract (drożdże), Sodium Hyaluronate (kwas hialuronowy, bardzo silny nawilżacz), Salvia Sclarea Extract (ekstrakt szałwii muszkatołowej), Tocopheryl Acetate (antyoksydant, syntetyczna wit. E), Ceteareth-20 (emulgator), Sodium Polyacrylamide (tu nie mam pojęcia, jeśli ktoś wie proszę o korektę), Xanthan Gum (stabilizator, zagęstnik, nie wchodzi w konflikty ze skórą), Magnesium Aluminum Silicate  (składnik absorbujący i wygładzający skórę, polepszający optycznie jej wygląd, nieszkodliwy), Potassium Phosphate (kolejny składnik na temat którego nie mogę nic znaleźć, ktoś wie?), Carbomer (reguluje lepkość, tworzy film na skórze), Disodium EDTA (stabilizator pochodzenia chemicznego, często zanieczyszczony konserwant), Sodium Hydroxide (wodorotlenek sodu, regulator PH)

Skład wygląda na zupełnie nienajgorszy. Nie mam pewności czy dobrze zanalizowałam wszystkie składniki, ale mimo wszystko są tu tylko dwie potencjalnie niefajne substancje. Nie jest źle :) Zgodnie z obietnicą producenta: 0% alergenów, sztucznych barwników, PEG – ów, oleju parafinowego, konserwantów (parabenów i donorów formaldehydu). Podoba mi się to, zwłaszcza że w składzie można też znaleźć obiecane dobrocie :)


A jak wspominam używanie?
Pokochałam ten krem od pierwszego użycia. Idealna konsystencja i świetne działanie łagodzące. Co prawda zdecydowanie nie wchłaniał się do matu i bywało, że świeciłam się po nim niczym żaróweczka, ale za to pięknie nawilżał skórę i koił podrażnienia. Moja skóra jakby porzuciła focha i stała się gładka i promienna. Nic w tym kremie nie zdołało jej zapchać. Jedynym maleńkim minusem było to, że zapach kremu - całkiem przyjemny i delikatny, ale jednak - pozostawał na moich dłoniach po aplikacji i zmuszało to do mycia rąk po każdym użyciu.


Po raz pierwszy w jakże krótkiej historii tego bloga mam przyjemność przyznać kosmetykowi najwyższą ocenę - 5/5 :) Myślę, że wrócę do niego jeszcze nie raz i nie dwa!

A teraz lecę, czeka mnie codzienny trening... W końcu się zobowiązałam, prawda? :)

Pozdrawiam!

PS: Obiecuję, że znajdę lepsze tło do zdjęć ;)

środa, 26 lutego 2014

Walka z cieniem - krem nawilżający pod oczy Bioliq 25+

W sumie, powinnam napisać "z cieniami" ;)

Od dziecka mam problem z cieniami pod oczami. Miałam przez to robiony szereg badań lekarskich, ponieważ podejrzewano u mnie anemię, którą mogłam odziedziczyć po Mamie. Badania jednak nic nie wykazały - byłam zdrowa jak ryba, a lekarz skomentował to słowami "No cóż, widocznie taka jej uroda". Cienie w zestawieniu z bladą karnacją powodowały, że wyglądałam na ciągle chorą i Mama nieraz czuła na sobie podejrzliwe spojrzenia innych kobiet - zupełnie, jakby nie opiekowała się mną odpowiednio, stąd kupiła mi mały kremik pod oczy i pilnowała, bym go używała. A ja byłam zdrowa i w najlepsze zdzierałam łokcie i kolana na podwórku.

O ile pochodzenie cieni zostało wyjaśnione przynajmniej do stopnia pozwalającego wykluczyć chorobę, o tyle sam problem cieni pozostał - może troszkę zmniejszyły się z wiekiem, jednak wciąż są widoczne. Pomimo wielu tutoriali nie bardzo potrafię je tuszować, więc zawsze są w jakimśtam stopniu widoczne - może nie wyglądam jak panda, ale wciąż. Po jakimś czasie byłam z tym pogodzona i już nawet nie próbowałam nic z nimi robić, nie używałam nawet kremów pod oczy - te produkty dla mnie kompletnie zniknęły, gdy trochę podrosłam. Dlatego ucieszyłam się, kiedy w styczniowym pudełku ShinyBox trafił mi się krem pod oczy Bioliq 25+. Sama na pewno bym go sobie nie kupiła, gdyż uznałabym to za zbędny zakup - a tak zostałam w pewnym sensie zmuszona do walki z cieniami, bo przecież szkoda kremu, a sam się nie zużyje! :)

Opakowanie:

Produkt dostajemy w biało-pomarańczowym, estetycznym kartoniku. Szata graficzna bardzo mi się
podoba - ładna, przejrzysta, bez wodotrysków i zbędnych fajerwerków. Można znaleźć na nim wszystkie najważniejsze informacje dotyczące kremu, skład i datę ważności. W samym kartoniku znajdziemy białą tubkę z średnio twardego tworzywa o pojemności 15ml. Niestety tubka nie jest transparentna, więc nie widzimy ile jeszcze pozostało w niej zawartości, a zakończona jest dozownikiem-dzióbkiem, dzięki któremu nie ma problemów z dozowaniem i można zaaplikować sobie pożądaną ilość kremu.

Żałuję, że jeden z moich kotów przerobił kartonik na wióry. Pokazałabym go lepiej.

Od producenta:

"Nawilża i regeneruje delikatną skórę wokół oczu. Zmniejsza opuchliznę i cienie. Pielęgnuje i intensywnie nawilża delikatną skórę wokół oczu. Zawarty w kremie wyciąg z orchidei purpurowej (Orchis mascula) działa kojąco i łagodząco. Krem wspomaga regenerację naskórka oraz skutecznie zmniejsza opuchliznę i cienie pod oczami. Dodatkowo chroni skórę przed niekorzystnym wpływem wolnych rodników, opóźniając powstawanie pierwszych zmarszczek."

Cena: 10-14 zł za tubkę (15ml)

Dostępność: łatwo dostępny, ale widywałam go głównie w aptekach.

Skład:

Aqua, Cetearyl Ethylhexanoate (tworzy film zapobiegający uciekaniu wilgoci), Cyclopentasiloxane (silikon lotny, zapobiega uciekaniu wilgoci, zmiękcza i wygładza), Isohexadecane (parafina, tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną, daje dobry poślizg przy rozsmarowywaniu), Cetyl Alcohol (emolient tłusty, emulgator, kondycjonuje skórę i włosy), Alcohol/ Onoporum Acanthium Flower/ Leaf/ Stem Extract (wygląda na to, że ekstrakt z popłochu pospolitego), Glycerin,(nawilża, umożliwia transport innych składników w głąb skóry) Macadamia Integrifolia Seed Oil/ Tocopherol (olej macadamia, przeciwutleniacz), Dimethicone (silikon, odpowiada za wygładzenie skóry/włosów, może zapychać), Glyceryl Stearate Citrate (emolient pochodzenia roślinnego, wygładza i zmiękcza), Glycerin/ Hesperidin Methyl Chalcone/ Steareth-20/ Dipeptide-2/ Palmitoyl Tetrapeptide-7 (przepraszam Was, ale nie mam pojęcia...), Glycerin/ Orchis Mascula Extract (ekstrakt z orchidei purpurowej, działa kojąco i łagodząco), Glycerin/ Prunus Serrulata Flower Extract (ekstrakt z kwiatów wiśni japońskiej), Butylene Glycol/ Laureth-3/ Hydroxyethylcellulose/ Acetyl Dipeptide-1 Cetyl Ester (ponownie, nie mam pojęcia), Glycerin/ Euphrasia Officinalis Extract (wyciąg z świetlika), Tocopherol (antyoksydant, działa kojąco i łagodząco na skórę), Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (nie mam pojęcia), Benzyl Alcohol/ Metyhylchloroisothiazolinone/ Methylisothiazolinone (konserwanty), Disodium EDTA (stabilizator, konserwant, często zanieczyszczony), Lactic Acid (kwas mlekowy, silne działanie nawilżające) Sodium hydroxide (wodorotlenek sodu, regulator lepkości), Parfum, BHA (konserwant i przeciwutleniacz, jeśli stężenie jest niskie, chroni skórę przed wolnymi rodnikami).

Niestety, nie mam wiedzy na tyle rozległej, by połapać się w tym składzie w stu procentach. Jest w nim kilka rzeczy których nie znam (a chciałabym), i nie podoba mi się zbytnio obecność parafiny - tak, po ostatnim odkryciu stanowię małą, jednoosobową, parafinową inkwizycję ;)

Konsystencja:

Krem jest koloru białego, jest bardzo lekki i szybko się wchłania. Chwilę po jego wklepaniu można bez problemu przystąpić do robienia makijażu i nic się nie dzieje. Po jego nałożeniu czuć lekki chłodek, a przynajmniej ja tak mam.




Zapach:

Bardzo delikatny, ale raczej uniwersalny. Nie pozostaje na skórze.

Wrażenia z używania:

Pozytywne. Krem - jak już wspominałam - szybciutko się wchłania, więc nie jest kłopotliwy w stosowaniu. Używam go od momentu dostania styczniowego pudełka, dwa razy dziennie, i w połączeniu z delikatnym masażem okolic oczu dał całkiem ładne rezultaty. Cienie trochę straciły na widoczności, okolica oczu jest też dobrze nawilżona. Radzi sobie z redukcją niewielkiej porannej opuchlizny (i chwała mu za to!). Czy daje radę z opóźnianiem pierwszych zmarszczek - ciężko powiedzieć, używam go za krótko by to stwierdzić. Przypadł mi do gustu ze względu na lekką formułę... i jakby nie patrzeć, nie tak ciężką cenę. Myślę, że dla osoby nie posiadającej jeszcze pierwszych zmarszczek (przynajmniej zbyt dużych) nada się całkiem dobrze.

Czy kupię ponownie?

Nie, poszukam czegoś bez parafiny. Tak na wszelki wypadek.

Ocena: 3,5/5

Pozdrawiam!



 

Rubinowy Kot na tropie pielęgnacji włosów Template by Ipietoon Cute Blog Design